Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Genius loci

1. Mezquita

Oliwne plantacje po horyzont. Z Puente Genil do Kordoby wiodła nas wzgórzami i dolinami Anadaluzji asfaltowa droga. Po trzech godzinach dojechaliśmy. Przy wjeździe miasto wyglądało jak każde inne – trochę nijako. Jednak gdy przejeżdżaliśmy Gwadalkiwir i ujrzałem w oddali słynny rzymski most i piętrzące się znad brzegu mury starego miasta, wiedziałem, że czeka mnie tu coś nowego, czego do tej pory być może jeszcze nie doświadczyłem.

Starożytny most na rzece Gwadalkiwir w Kordobie, fot. J. Sulżyk
Starożytny most na rzece Gwadalkiwir w Kordobie, fot. J. Sulżyk

I tak w końcu dotarłem do Mezquity. Wszedłem i zabłądziłem między ośmioma setkami kolumn. Nie do końca zorientowany co się wokół mnie w tej niezwykłej przestrzeni dzieje, przemieszczałem się chaotycznie w półmroku, wdeptując w jasne kałuże światła. Dopiero po godzinie może dotarło do mnie echo słów, które pięćset lat temu wypowiedział tu cesarz Karol V Habsburg. Właśnie przybył do Kordoby, by podziwiać nowo wybudowaną pośrodku okaleczonej Mezquity katedrę. Rozejrzawszy się wokół rzekł do dumnych (przez chwilę) budowniczych: Gdybym wiedział, co tu było, nigdy nie pozwoliłbym naruszyć dawnej budowli. Zniszczyliście coś, co było jedyne w swoim rodzaju i postawiliście coś, co można zobaczyć wszędzie. Szczerze i prawdziwie wybrzmiały te słowa, choć sam przecież nakazał ową katedrę w sercu słynnego meczetu zbudować jako znak triumfu chrześcijaństwa. A jednak stając pod nowym sklepieniem pokornie przyznał się do błędu, grzechu małostkowości i być może niezamierzonej pychy.

Schody dworu, którego nie ma, fot. J. Sulżyk
Schody dworu, którego nie ma
fot. J. Sulżyk

Cesarz wiedział co mówi. A ja ogromnej katedry – mimo jej architektonicznego przepychu – właściwie nie zauważyłem. Najlepiej zapamiętałem rzędy ławek, na których mogłem odpocząć po długim wędrowaniu. Tak, pierwszy raz byłem w świątyni, w której – nie opuszczając jej murów – oddawałem się przyjemności długiej, męczącej peregrynacji, chodzenia bez widocznego przed sobą celu, którego ani nie znałem, ani nie widziałem.

Mimo tłumu turystów czułem się przyjemnie samotny. Lecz nie dlatego, że towarzystwo ludzi bywa uciążliwe, irytujące czy nawet trudne do zniesienia. Ta samotność nie była prostym przeciwieństwem obcowania z ludźmi, tylko jakąś atawistyczną potrzebą spotkania się sam na sam z tajemnicą przeznaczoną wyłącznie dla mnie. Bo choć lubię spędzać czas w towarzystwie innych ludzi, to jednak silniejsze mam przeświadczenie, że prawdziwej niepewności, zagubienia w czasie i przestrzeni mogę doświadczyć tylko samotnie. I tak oto w kordobańskiej Mezquicie, słuchając odgłosów swoich kroków, mogłem rozpocząć moją podróż w głąb własnej duszy.

Wnętrze Mezquity, fot. J. Sulżyk
Wnętrze Mezquity, fot. J. Sulżyk

„Dlaczego idea jest mocniejsza od budowli?” – zapisałem pytanie na skrawku złożonej na pół ulotki o turystycznych atrakcjach Kordoby. Nieudana próba odpowiedzi na nie była jak otwarcie na oścież drzwi, przez które mogłem wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Sam nie wiem ile razy można powtarzać oczywiste prawdy i za każdym tym powtórzeniem mieć wrażenie jakby się jednak odkrywało coś nowego. I dzisiaj, pisząc te słowa dwa lata po mojej podróży do Kordoby, czułem się tak, jakbym znowu – nie wiadomo który to już raz – chciał posłuchać tego samego koncertu albo przeczytać kilka linijek ulubionego, znanego na pamięć, wiersza. Kolejny raz. I po co?

Biały domek, fot. J. Sulżyk
Biały domek
fot. J. Sulżyk

Starożytni Rzymianie mówili genius loci. Duch miejsca. Ukryty, lecz odczuwalny byt. Cesarz Karol V poczuł tego ducha i zrozumiał, że nie da się go zmienić. Bo jak? Przebudować sens? Jak przebudować ideę wspartą na setkach kolumn? Chyba tylko niszcząc je wszystkie, grzebiąc ideę pod gruzami bezładnie porozrzucanych kamieni (co współcześnie zupełnie gdzie indziej starali się urzeczywistnić w rewolucyjno-fanatycznym duchu terroryści z tzw. Państwa Islamskiego). Ale Mezquity nikt nie chciał niszczyć. Spróbowano więc wpleść nową ideę w stary, zastany porządek, co okazało się niemożliwe i nawet pobożny cesarz uznał ten zabieg za porażkę. Ważniejsze było dla niego to co zburzono, niż to, co zbudowano. Metamorfozy nie dostrzegł, bo ona tam nie nastąpiła. Duch miejsca przetrwał, a ja mogłem tego w XXI wieku doświadczyć.

Wnętrze Mezquity, fot. J. Sulżyk
Wnętrze Mezquity, fot. J. Sulżyk

Nie raz budowano na gruzach. Kordobańska Mezquita też tak powstała. Z marmurów i piaskowców rzymskich willi. Na miejscu kościoła, który wznieśli tu Wizygoci (oni z kolei budowali na ruinach rzymskiej świątyni). Arabowie opanowawszy miasto w 711 roku  uczynili je wkrótce największym ośrodkiem miejskim w basenie Morza Śródziemnego. W czasach swojej świetności, gdy istniał tu niezależny od Bagdadu Kalifat Kordoby, miasto liczyło od 800 tysięcy do nawet miliona mieszkańców. To rzeczywiście imponująca wielkość, dorównująca antycznemu Rzymowi w czasach jego potęgi.

Błądząc po starym mieście nie mogłem jednak odnaleźć nigdzie widocznych śladów tej wielkości, zanim nie wszedłem do Mezquity. Może tylko monumentalny, liczący szesnaście przęseł ciężki rzymski most na rzece Gwadalkiwir, dawał przedsmak tego, co później ujrzałem i czego doświadczyłem.

Dwór grobowiec w Jaryłówce, fot. J. Sulżyk
Dwór grobowiec w Jaryłówce
fot. J. Sulżyk

Tymczasem przechadzając się wąskimi ulicami miasta nie słyszałem nigdzie nawoływań muezzina wzywającego pobożnych muzułmanów do modlitwy (wiele lat wcześniej huczały do mnie z głośników na minaretach w węgierskim Egerze czy gorącym i szeleszczącym cykadami Rethymnonie na greckiej Krecie). Nie zauważyłem zgiełku targujących się kupców, nie słyszałem skrzypiących barek sunących z towarami po rzece, nie przemknął przez pomarańczowy zacieniony dziedziniec zamyślony Awerroes, jeden z największych uczonych swojej epoki. Czy to tu, w rodzinnym mieście, odnalazł nieśmiertelną duszę ludzkości, jej jeden, bezosobowy rozum i dostrzegł przy tym kres swojej własnej człowieczej duszy, małej, pojedynczej? Mógł podążać do liczącej 400 tysięcy tomów biblioteki Al-Hakama, w której roiło się od studentów, przychodzących tu z jednej z siedemnastu wyższych uczelni Kordoby. To tędy – via Al-Andalus, jak nazywali tę krainę Arabowie – dotarły do Europy cyfry hindusko-arabskiego systemu dziesiętnego, nazywane przez to zresztą aż do dziś cyframi arabskimi. Matematyka, filozofia, astronomia stały tu na daleko wyższym poziomie niż na barbarzyńskim wówczas zachodzie Europy, a wykształcenie i umiejętność posługiwania się słowem pisanym były bardzo powszechne. Szacuje się, że w X wieku w samej tylko Kordobie kopiowanych było od 70 do 80 tysięcy rękopisów rocznie. Było dla kogo!

Mezquita powstawała długo. Zrazu mniejsza, rozrastała się z kolejnymi inwestycjami, na które nie żałowano pieniędzy. W latach 784-785 wizygocki kościół św. Wincentego odkupił od chrześcijan emir Abd ar-Rahman I i kazał zbudować na jego miejscu meczet na planie kwadratu o boku 70 metrów. Cała budowla miała wówczas tylko(!) 5 tys. m.kw., a stropy jednej z sal podpierało zaledwie 110 kolumn. Po dalszych rozbudowach (najbardziej znaczącej w X w.), gdy Mezquita osiągnęła apogeum swego rozwoju, mogło w niej jednorazowo zmieścić się nawet 40 tysięcy osób. Modlący się stali na 23 tysiącach metrach kwadratowych. Jak się wtedy czuli, w tak wielkim tłumie? Wzruszali się, byli dumni ze swojej rozrastającej się wspólnoty, czy może dotykając bosymi stopami chłodnej kamiennej posadzki dostrzegali jedynie własną marność, nadchodzący nieunikniony kres każdej wielkiej cywilizacji? Gdy w 1226 r. kierujący rekonkwistą kastylijski król Ferdynand III Święty zajął Kordobę, nakazał przekształcić meczet w kościół. Budowli jednak nie niszczono, a dobudowywano jedynie kolejne kaplice. Dopiero w XVI w. cesarz Karol V nakazał zbudować wielką renesansową katedrę, ale i ta ingerencja nie zachwiała właściwej architektury Mezquity. Duch miejsca przetrwał.

2. Wzgórza Jaryłówki i grobowiec

Wzgórza. Niewysokie, ale jednak wystarczająco uparte, by sięgać nieba. Falujący horyzont, oglądany z szosy przy maleńkiej wsi Jaryłówka, nieco rozstraja wewnętrzną ciszę i spokój. Wzrok wędruje z jednego pagórka na drugi, chaotycznie, jakby chciał określić, który z nich jest najwyższy, a który najłagodniej schodzi do wspólnej doliny, a z której kolejny pnie się już bardziej stromo. Tuż za zjazdem z nowej asfaltowej drogi do wsi, skręciłem w prawo, w zarośnięty polny trakt. Małe czerwono-żółte jabłuszka zaścieliły ziemię pod rosnącymi przy drodze dzikimi jabłonkami. Spróbowałem jednego – miało nie do końca określoną słodycz, jakby lekko gorzkawą, pachniało owocowo-ziemiście. Wziąłem cztery do ręki i pozwoliłem się prowadzić po bardzo śliskiej po deszczu gliniastej drodze.

Historia układa się ze skrawków opowieści. I z tego, co wokół pozostało. Może to i niewiele, a może nie. W sam raz, aby wyruszyć na spacer po tych pagórkach wokół Jaryłówki. A kiedy już zaczynam układać w głowie opowieść o wzgórzach i dolinach, wyobrażając sobie, że być może każde z nich skrywa jakąś tajemnicę, pogrzebane w ziemi pozostałości po dawnych bogach i bożkach, kurhany może jakoweś z zasypanymi popiołami, gdy to wszystko sobie stwarzam jako nową opowieść, historię, słyszę od idącego obok znajomego, że to zwykłe morenowe pagórki, że nic tam nie ma, żadnych odnalezionych śladów. Ten mój znajomy ma dużą siłę przekonywania siebie i innych do własnych opinii, mówi prosto, otwarcie, rzuca na stół fakty i umiejętność logicznego myślenia. A więc morenowe pagórki. Piach i żwir po prostu. A ja myślałem, że to może wzgórza nomen-omen Jaryły, boga, bosego młodzieńca w białej szacie, na białym koniu. Pojawiającego się w najpiękniejszym momencie roku, na przełomie kwietnia i maja wraz z soczystą zielenią świeżych listków, traw i powoli bujającego zboża. Mam wielką słabość do tych dni w roku, szczególnie już majowych, bo tą porą, pewnego piątku przyszedłem na świat ku czyjejś chwale, choć nie potrafię dziś po pół wieku pobytu na Ziemi wskazać bez wątpliwości owego beneficjenta.

Dwór grobowiec w Jaryłówce, fot. J. Sulżyk
Dwór grobowiec w Jaryłówce
fot. J. Sulżyk

Jaryły nie ma co szukać, bo tu na pagórkach pnie się aż po horyzont wielkie pole kukurydzy, monokultura, jak wszystko zresztą, co dziś stwarza człowiek, przewidując swój kolejny sukces. Nie ma w nim miejsca dla Jaryły, za to zza kępy krzaków zamiast białego konia wychynął wielki łoś, bujając się komicznie na swoich długich, niezdarnych nogach. Z lewej strony. Ja szedłem na wprost, do dworu, topolową, a potem kasztanową aleją.

Dwór był kiedyś, a teraz go nie ma. Rozebrany stał się mimowolnie składnikiem kilku, a może kilkunastu domów, wybudowanych w okolicy bliższej i dalszej. Dostał nowe życie – można by rzec, choć to nieprawda, bo pogrzebane na miejscu dworu pod warstwą mchów, traw i krzaków wielkie kamienne konstrukcje piwnic i podmurowania, zaświadczają nadzwyczaj trwale o jego śmierci. Tak oto znalazłem się w grobowcu.

Kres życia dworu nie wyglądał tak dramatycznie jak śmierć jego właścicieli. Tych zamordowali – jakżeby inaczej – sąsiedzi. Przybyli ponoć z Chomontowiec (Komantacau – po białorusku, czyli właściwie). Kto zacz? Relacji dokładnych brak, a te, które pozostały, mają swoje niedopowiedzenia i, jak to często z relacjami bywa, dopasowują się do ich autorów, miejsca i czasu powstania. Potrzeba tu trochę wyobraźni i zdrowego rozsądku, które jednakże nie odbierają dramaturgii popełnionej zbrodni.

Było ciemno i strasznie (to z jednej z relacji). Wrześniowej nocy pamiętnego 1939 roku. Miejscowi biedni chłopi dowiedzieli się od Sowietów, że nastał właśnie ich czas, że Kraj Rad, gdzie szczęście i dobrobyt zapewnia nienaruszalny sojusz robotniczo-chłopski, przynosi ciemiężonym mieszkańcom Jaryłówki, Chomontowiec, Bobrownik, itd. długo wyczekiwaną sprawiedliwość. Że oni, do tej pory biedni i wykorzystywani przez panów, staną się w końcu ważni, a panowie odejdą w niepamięć, zostawiając całe swoje bogactwo. Dla kogo je zostawią? Dla nich – znaczy dla narodu. Nie wiadomo, kto powiedział: Treba panoŭ zabić! Nie wiadomo, ale wszyscy to powtarzali. Zaraz też pojawił się problem: Jak ich zabić, jak w Jaryłówce nikt nie ma broni? No i ktoś pognał na koniu do Chomontowiec, pa komantaŭcaŭ. To dookoła jakieś cztery kilometry, a na wprost nawet mniej niż dwa, na piechotę można w 20 minut dojść. W międzyczasie zbierano ekipę, która pójdzie na dwór. Nie każdy chciał iść – przynajmniej w Jaryłówce.

W końcu jednak udało się jakoś zabić właścicieli – 80 letnich Timofieja i Marię Trofimjuków i ich syna Wałodźkę. Komantaŭcy to zrobili, tak przynajmniej wynika z relacji jaryłaŭcaŭ (mieszkańców Jaryłówki). Czy znęcano się nad nimi przed śmiercią, nie widomo. Z krótkiej, niepotwierdzonej, informacji we wspomnieniach Łarysy Hienijusz, znanej białoruskiej poetki, spokrewnionej blisko z ofiarami, wynika, że jej ciotce wyrwano język i zdzierano pasy skóry z pleców. Innych szczegółów brak. Po dokonaniu zbrodni, przyszedł czas na świętowanie – pijaństwo i śpiewy. A potem na grabież. Każdy brał co chciał. Pomordowanych nieszczęśników zakopano za stodołą. Potem drugi syn Trofimiuków, Wicia, który w 1939 r. służył w polskim wojsku, zabrał ciała i pochował na prawosławnym cmentarzu w Bierestawicy (obecnie Białoruś).

Stary krzyż przy jednej z dróg za Jaryłówką, fot. D. Sulżyk
Stary krzyż przy jednej z dróg za Jaryłówką
fot. D. Sulżyk

Czas nie próżnował. Nowa epoka trwała niecałe dwa lata. Do czerwca 1941 r., gdy Niemcy postanowili, że wraz z nimi nadejdzie kolejna. Tym razem dłuższa – trzyletnia.  Władze szybko namierzyły sprawców zbrodni we dworze, którym ponoć wcześniej Sowieci przebaczyli, upominając tylko, żeby więcej nie urządzali samosądów. Nie wiadomo jaki ich los spotkał, ale w jednej z wypowiedzi pojawia się złowrogo brzmiąca nazwa Sztutowo (Stutthof), gdzie znajdował się niemiecki obóz koncentracyjny. Niemcy ukarali tych wszystkich miejscowych, u których znaleziono jakiekolwiek dworskie przedmioty, „wzięte” po tragedii 1939 r. Nawet Macieja, „jaki, zdajecca, tolki balejku z dwara ŭziaŭ”.

Ludzie mają na ogół praktyczne podejście do życia. Lubią okazje. Mówią wtedy: A dlaczego nie? Dlaczego nie wziąć balejki albo stołu, krzesła, zegara, butów… Co z tego, że za stodołą leżą jeszcze ciepłe ciała ich właścicieli. Liczy się praktyczne podejście do życia, korzystanie z tego, co oferuje świat. Siła i brutalność (nie żadna odwaga) dumnie kroczą na wojnie z przodu – w awangardzie. Dobro, delikatność i współczucie albo ukrywają się, albo giną wraz z dobrymi i odważnymi ludźmi.

A co było dalej? – pytałem sam siebie, spacerując po dworze-grobowcu, nie dostrzegając albo może nie rozumiejąc śladów nowej historii, która rozpoczęła się tu po wojnie. Niemcy w 1944 r. uciekli z dworu, a po nich znowuż przyszli… Sowieci.

Zastanawiałem się dlaczego cały ten powojenny czas, gdy najpierw żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, a potem miejscowy PGR rozgościli się tu na dobre, nie pozostawił po sobie wyraźnego śladu. Przynajmniej na tyle widocznego, bym mógł go zauważyć, rozszyfrować. Patrząc na wielkie kamienie, pozostałości schodów, lilakowe aleje, miałem wrażenie, jakbym widział tu dwór właśnie, a nie resztę dobudowanej rzeczywistości wokół, która dzisiaj istnieje jedynie w opowieściach mieszkańców Jaryłówki (na stałe przebywa tu tylko kilka osób, reszta raczej pomieszkuje, ciesząc się spokojem i widokiem na wzgórza i doliny).

Zawieszony w czasie przetrwał tu dwór (grobowiec), mimo że rozebrany na części i kawałki, cegła po cegle zniknął materialnie, zarośnięty i pogrzebany. Znowu ważniejsze okazało się to czego nie ma, od tego co pozostało albo co dobudowano. Jakieś resztki po wojsku, strzelnica, zbrojownia… Swoją historię zdaje się próbować budować „biały domek” – jak miejscowi nazwali zaprojektowany zręcznie, kryty czerwoną dachówką budynek mieszkalny dla zawodowych żołnierzy i ich rodzin. Dziś stoi pusty i zapomniany, choć jest jedna makabryczna opowieść…

Ale gdzie im tam do nieistniejącego dworu. Do zarośniętego parku, niewidocznych alei wśród topól i kasztanowców, starych jabłonek dawnego sadu.

Jerzy Sulżyk

W tekście wykorzystano informacje i cytaty z artykułu Heleny Głogowskiej „Był sobie dwór…”, Czasopis 10/94

 

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis