Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Rozmowa

Dzień dobry Matko Boska!

Rozmowa z Wojciechem Koronkiewiczem, dziennikarzem, społecznikiem, autorem książki „Z Matką Boską na rowerze”

Jerzy Sulżyk: – Wierzysz w cuda?

Wojciech Koronkiewicz: – Jako dziecko poważnie zachorowałem. Trafiłem na wiele miesięcy do szpitala, lekarze nie dawali szans na przeżycie. Ale Mama ofiarowała mnie Matce Boskiej i przeżyłem. Brzmi jak z Mickiewicza, prawda? Nawet pojechaliśmy z Mamą do Różanegostoku, aby podziękować. Głęboko zatem w cuda wierzyłem. Kiedy dorosłem, musiałem zająć się normalnymi  sprawami – zarabianiem pieniędzy. Praca, żona, dzieci, samochód… Miejsca na cuda nie było. Dopiero rok temu. Gdy pojechałem do Supraśla, gdzie jedna z ikon zaczęła wydzielać mirrę. Przy bramie klasztoru spotkałem mężczyznę. Zapytałem czy mogę obejrzeć cudowny obraz, odpowiedział: „Ależ oczywiście, panie Wojtku”. Widziałem go pierwszy raz w życiu, a zwrócił się do mnie po imieniu. Otworzył drzwi świątyni, wkoło twarze świętych, opowiadał o ikonie Matki Boskiej. Że oto teraz w czasie pandemii dała znak. Że jest z nami, żebyśmy się nie lękali. „Co tu się dzieje? Co on mówi?” – pomyślałem. „Ten człowiek odbiera znaki od Matki Boskiej?”. Powiedział, że święty obrazek, który kupiłem, powinienem przyłożyć do ikony, aby nabrał mocy. Choć nie do końca w to wierzyłem, to jednak obrazek do ikony przyłożyłem. Poprosiłem Matkę Boską o wsparcie. Wróciłem do domu. Opowiedziałem wszystko Żonie. Powiedziała – napisz o tym. I tak zacząłem pisać. Podróżować. Bo takich miejsc, gdzie ukazała się Matka Boska, jest więcej. Więcej jest ludzi jak ów Jan, ikonograf z Supraśla, którzy potrafią z Matką Boską rozmawiać. Ja też zacząłem się do Niej zwracać. Kiedy w Supraślu przykładałem obrazek do ikony, powiedziałem: „Matko Boska, pomóż mi znaleźć pracę”. Człowiek nie mając pracy czuje się niepotrzebny, zbędny. Myśli, że do niczego się nie nadaje. Ja tak się czułem. Kiedy napisałem książkę, znowu poczułem się pewniej. Pozwoliła mi znów w siebie uwierzyć. Prośba została spełniona.

Wiara w cuda jest domeną religijności ludowej. Magicznego podejścia do Boga, Jezusa, Matki Boskiej. Wiary, że Bóg to nie jest abstrakcyjne Uniwersum, tylko Matka Boska spotkana na przykład gdzieś na łące?

– Tak właśnie jest. Zajechałem do Starego Kornina, a tam w cerkwi wiszą kajdany. Kobieta sprzątająca świątynię opowiedziała o jeńcu. Prowadzony na śmierć poprosił o ostatnią modlitwę. Kiedy się modlił, kajdany nagle spadły. Uznano to za znak Boga, że człowiek ów jest niewinny. Podszedł kolega i szepnął mi na ucho: „Niezły cwaniak musiał być, jak kajdany sam sobie zdejmował”. Jedna opowieść i dwie interpretacje  – pani z cerkwi wierzyła, że to Opatrzność wskazała niewinnego. Kolega stroił żarty. To od nas zależy, którą z tych opcji przyjmiemy. Czy racjonalną, czy też magiczną? Czy wrócimy do bycia dzieckiem, które wierzy w cuda? I wiary w to, że dobro zawsze wygrywa?

Albo inna historia. Między wsią Puchły i Soce są rozstaje, gdzie straszy podobno duch dziedzica. Ów dziedzic chciał siłą nawracać ludność prawosławną na wiarę unicką. I teraz za to pokutuje. Pojechałem, żeby go zobaczyć. Przeprowadzić wywiad. Co to dla mnie?! Oto ja, dziennikar,z pojadę zrobić wywiad z duchem dziedzica. Ale jak przyszło co do czego, kiedy słoneczko zaszło, to nawet ja, racjonalny dziennikarz, ba! lewicowiec, dostałem stracha! Usłyszałem jak ptak woła: „Uciekaj! Uciekaj!”. Wsiadłem szybko na rower i zwiałem. Łatwo się śmiać i twierdzić – ja w cuda nie wierzę! Ale kiedy jesteś taki mądry i odważny, to jedź w nocy na rozstaje. Tam gdzie pokutuje ów dziedzic! I zobaczymy, co powiesz!

Po napisaniu tej książki poszedłem do antykwariatu. Akurat przyszedł  mężczyzna, antykwariusz mówi: „Poznajcie się, Wojtek napisał książkę o Matce Boskiej, ten zaś pan jest teologiem”. Teolog zapytał o naturę moich objawień. Jakie to były objawienia?  „Jak to jakie? Normalne. Bezpośrednie… jechałem rowerem”. On mówi, nie ma takich. Są konfesyjne i jakieś tam jeszcze… nawet nie zapamiętałem. Niezrozumiałe dla mnie nazwy. Ja jestem prosty chłopak ze wsi. Uważam, że każdy ma prawo wierzyć po swojemu. Nie bez powodu jest aż tyle obrazów Matki Boskiej. Matka Boska Częstochowska, Różanostocka, Płonkowska lub Bielska… Każdy może się modlić do swojej własnej.

Dlaczego ludzie potrzebują dowodów na istnienie Boga? Cudów właśnie?

– To jest dobre pytanie, ale nie umiem odpowiedzieć. Jeden idzie do kościoła, drugi do cerkwi. Mój dziadek  chodził modlić się nad rzekę. Każdy potrzebuje spotkać Boga inaczej. Kiedy byliśmy z córką u szeptuchy, usłyszeliśmy niezwykłą modlitwę. Nie była to typowa formułka. Szeptucha w modlitwie opowiadała, że Matka Boska szła przez łąkę, zbierała kwiaty, kogoś spotkała. Traktowała Matkę Boską, jak kogoś znajomego. To było piękne. Gdy Matka Boska lub też święty jest kimś bliskim. Kimś, kogo można spotkać na łące czy na rowerze. Nie tylko wysoko na ołtarzu. Bardzo podobało mi się w odwiedzanych cerkwiach, że obrazy Matki Boskiej są tak nisko, że można patrzeć jej prosto w oczy, dotknąć,  porozmawiać.

Wojciech Koronkiewicz koło Krynoczki
Wojciech Koronkiewicz koło Krynoczki

Gdy postanowiłeś wyruszyć na swoje wyprawy, to miałeś konkretny plan, czy były to spontaniczne działania?

– To był zupełny przypadek. Moja pierwsza podróż – ot zwykła ciekawość. Przeczytałem w prasie o ikonie, która wydziela mirrę. Złoto znam, mam przecież obrączkę. Kadzidło też wąchałem. Ale mirra? Co też to może być? Pojechałem, sprawdziłem. Potem kolejne wyprawy. Każda podróż uczyła czegoś innego. Ot choćby tego, że plan się czasem zmienia. Wybierałem się do Bielska Podlaskiego. Jestem już na dworcu i nagle lampka się w głowie zapala – jedź do Hodyszewa. I choć byłem poumawiany w Bielsku, pojechałem do Hodyszewa. Innym razem chciałem pojechać z Gredel do Knoryd. Odwiedzić dwa święte źródełka w ciągu jednego dnia. Porównać. Które głębsze? Gdzie woda chłodniejsza? Gdzie smaczniejsza? Jadę, a droga mi się plącze. Nie wiem którędy jechać. Dzwoni do mnie Jurek z Koszel: „Gdzie jesteś, czekam od rana”. Zawróciłem i droga od razu się wyprostowała. Byłem u Jurka w kwadrans. Jak to tłumaczyć? Przypadek? Być może. Jak chcesz rozśmieszyć Boga, to powiedz mu o swoich planach. Tak się mówi, prawda? Nie zaplanujesz każdego kroku. Zawsze wydarzy się coś, co cię zaskoczy.

Zadam trochę prowokacyjne pytanie: Ty, lewicowiec, pisałeś o Matce Boskiej? Którą Matkę Boską wolisz, prawosławną czy katolicką?

– No tak. Jeśli święty Piotr  przy bramie raju sprawdza kto na kogo głosował, to pytanie rzeczywiście jest prowokacyjne. Jak lewicowiec śmiał pisać o Matce Boskiej! Ano śmiał. Mam wrażenie, że dla Niej nie miało to znaczenia. W moim lewicowym domu jest mnóstwo obrazów Matki Boskiej. Z każdej wyprawy starałem się przywieźć kolejny obrazek. Który wizerunek jest ulubiony? Kiedyś w Bielsku Podlaskim odwiedziłem panią, przez lata pracowała w sklepie spożywczym. Pewnego dnia, podczas świąt, doznała olśnienia. Przy rodzinnym stole wszyscy się śmiali, cieszyli, a ona siedziała i… zastanawiała się, czy w sklepie towar wyłożony na półkach, czy nie ma za długiej kolejki do kasy? Wtedy zrozumiała, że praca czegoś ją pozbawiła. Zaczęła malować ikony. Jedną z ikon stworzyła na desce z podłogi w cerkwi w Maleszach. Batiuszka robił remont i w prezencie podarował drewno ze starych desek. To jest właśnie mój ulubiony obrazek Matki Boskiej. Namalowany przez kobietę, która tworząc ikony odnalazła spokój i szczęście. Nie wiem jak ta Matka Boska się nazywa. Kiedy przychodzę,  mówię „Dzień dobry, Matko Boska, dziękuję ci za to, co mnie dziś spotkało. To był piękny dzień”. Teraz pewnie ktoś pomyśli , że jestem wariatem. Bo rozmawiam z obrazami. Ale niech się śmieje. Tak właśnie jest. Kiedy jeździłem rowerem za Matką Boską, były to najpiękniejsze wakacje w moim życiu.

To brzmi jak tytuł twojej książki.

– Gdy pracowałem w telewizji, odwiedziłem pewną poetkę i zapytałem, kiedy najchętniej pisze wiersze. Odpowiedziała „Najlepiej się pisze przy dojeniu krów. Wtedy jest rytm – jak mleko leci do wiadra, to mi się sylaby układają”. Jadąc rowerem miałem podobnie. Najlepiej się jedzie, jak można z kimś porozmawiać. Ale z kim rozmawiać, gdy się jedzie samemu? Więc mówiłem do Matki Boskiej. Prosiłem, żeby cerkiew była otwarta. Żebym mógł wejść, obejrzeć obraz. Mam wrażenie, że Ona czasami pomagała. W Kożanach jest słynna ikona. Cudami słynąca. Zajechałem, batiuszka drzwi akurat zamykał.  „Dzisiaj nabożeństwo jest w świętym miejscu”. Ale spojrzał na mój rower i postanowił otworzyć. Oprowadził po świątyni. To jest piękna ikona, z naprawdę piękną historią, z bieżeństwa. Kiedy ludzie byli zmuszani do wyjazdu zabierali co najpotrzebniejsze. To co najdroższe. Ikony, przed którymi modlili się od lat, przed którymi modlili się ich ojcowie, matki, dziadowie i pradziadowie. Tak też było w Kożanach. Kiedy mieszkańcy wracali do Polski, nie chciano im owych ikon wydać. Ale jeden z gospodarzy z Kożan oddał wszystko co miał, oddał cały majątek, aby obraz odzyskać i z nim wrócić. Przywiózł go do Polski. Kiedy zaś umarł, ikona Matki Boskiej odprowadziła go na cmentarz.

Ikonograf Jan i cudowna ikona w Supraślu
Ikonograf Jan i cudowna ikona w Supraślu

Twoja książka przypomina notes z notatkami z podróży. Myślę, że musiałeś niemało postudiować historię odwiedzanych miejsc.

– Miałem też ściągę. Wspaniałą książkę ojca Grzegorza Sosny. Jego książka towarzyszyła mi stale. Zabierałem ją na każdą wyprawę. Czytałem księdza Sosnę i sprawdzałem na własnej skórze. Ta książka wskazywała mi miejsca, które warto odwiedzić. Ponadto doskonale wyjaśniała ich historię. Miałem przy sobie notes. Kiedy człowiek jedzie rowerem, czasami musi usiąść i odpocząć. Siadałem i zapisywałem. To co widziałem. I co słyszałem. Jak na rynku w Drohiczynie, gdzie dwóch panów rozprawiało: czy prawosławni wierzą w Matkę Boską, czy też nie wierzą? W miejscowości, gdzie się znajduje cudowna ikona Bogurodzicy. Do której od dziesięcioleci przybywają pielgrzymi. Tymczasem dwóch panów z miejscowości na tyle małej, że wszyscy się znają, i wszyscy o sobie wszystko wiedzą, zastanawiają się czy prawosławni uznają Matkę Boską, czy nie? Nigdy nie słyszeli o cudownej ikonie z ich miasta? Nigdy nie zaszli do cerkwi przy rynku? Nigdy ich to nie ciekawiło? Zrobiło mi się wstyd. Bo ja też jako katolik przez całe lata nie miałem potrzeby, by zajść do cerkwi. A przecież mój dziadek był prawosławny.

Długo jeździłeś, zbierając materiały na książkę?

– Wyruszyłem w połowie maja 2020 r. i w połowie września skończyłem  pisanie. Kiedy oddałem książkę do wydawcy i kiedy skończyły się moje wyjazdy, zrobiło się dziwnie. Odwykłem od normalnego siedzenia w domu z żoną i dzieckiem. Ale już jest dobrze.

Trzeba w takim razie coś pisać.

– Zacząłem pisać. Niestety tym razem idzie jak po grudzie. Gdy pisałem o Matce Boskiej,  pisałem w uniesieniu, tak jakby Ona mnie wspierała. Teraz chciałem napisać książkę miłą, przyjemną, trochę o regionalnych przysmakach, ciekawostkach. Tymczasem jakieś strasznie smutne historie wychodzą: śmierć, cmentarze, zapomnienie… Ale kto ma pomagać, kostucha?

To może warto dopisać ciąg dalszy „Z Matką Boską na rowerze”?

– Gdy ktoś pyta: „Czy będzie druga część?”, to jakbym medal dostał. Niektórzy dociekają, dlaczego nie byłem w innych miejscach, wymieniają miejscowości, które warto zobaczyć. Nie mogłem być wszędzie, odpowiadam. Ale samego mnie ciekawi – jak tam jest? W tych miejscach, których jeszcze nie odwiedziłem.

 To znaczy, że część druga byłaby chętnie czytana. Podlasie coraz bardziej się podoba. Także za sprawą takich opowieści jak twoje.

– W zeszłym roku z powodu koronawirusa podczas wakacji turystyka zagraniczna była praktycznie niemożliwa. Ludzie zostali więc w kraju. Nad polskim morzem tłok. Podobno już o szóstej rano zajmowano miejsca na plaży. Zakopianka – zatkana. Na Krupówkach procesja jak w Boże Ciało. W Bieszczadach brak miejsc na parkingach. Ja zaś wysiadałem z rowerem na jakiejś stacyjce – i nikoguśko! Cały świat należał tylko do mnie! Byłem wolnym człowiekiem. Mogłem wszystko! W pociągu spotykałem rowerzystów z całej Polski. Bardzo fajne małżeństwo ze Szczecina na przykład – przyjaźnimy się do tej pory, piszemy do siebie. Pytam, ich gdzie byli i co widzieli. Byli nad Wigrami, w Kruszynianach u Tatarów, w Supraślu, Białymstoku, teraz jadą do Białowieży, żubry zobaczyć. Wymienili stałe punkty wycieczek. Tymczasem Podlasie jest pełne niezwykłych miejsc – cudownych źródeł, które pomagają na wszelkie choroby. Są tu szeptuchy, które potrafią „zamawiać”. Pustelnicy, którzy cudownie się modlą. Kolorowe drewniane cerkiewki. Obrazy cudami słynące. Po prostu bajka. I nikt prawie o tym nie wie.

Turystyka opiera się głównie na odwiedzaniu i zwiedzaniu miejsc, które swoją sławą przyciągają tłumy. Podlasie – Białowieża, Paryż – Wieża Eifla, itd. Natomiast jak mi się zdaje, coraz więcej ludzi rozumie turystykę jako poznawanie nowych, nieznanych dotąd miejsc, odkrywanie świata. Turystyka staje się aktywnym poszukiwaniem, a nie tylko biernym zaliczaniem klasycznych atrakcji.

– Chciałbym, aby tak było.  Po przeczytaniu mojej książki zdarzały się pretensje: „Dlaczego nie dałeś mapki? Dlaczego nie zaznaczyłeś, ile jest tam kilometrów?”. Właśnie po to, żeby każdy mógł sam ustalić czego potrzebuje. „O, to bym chciał zobaczyć. Ten obraz, który pomaga na wady wymowy. I to źródełko, gdzie można leczyć choroby płuc. Tamto, które pomaga na bóle reumatyczne też by się przydało”. Chciałbym, aby moja książka była inspiracją. W jeden z weekendów w Białowieży był nieprawdopodobny najazd rowerzystów z całej Polski. Część z przyjezdnych była zaskoczona i w ogóle nie wiedziała, co tu w tej Białowieży wieczorem robić? Szukali dyskoteki, alkoholowych barów czy kasyna. Okazuje się, że w Białowieży takich hulanek nie ma. Część turystów wzruszyła ramionami „To ja dziękuję, jadę do Sopotu, gdzie mogę się bawić”. Ale druga część ucieszyła się „Ale fajnie! Dawno nie byłem w miejscowości, gdzie cisza, spokój i gwiazdy nad głową”. Podlasie jest dla tych drugich.

Podczas jednej z rowerowych wypraw do... Matki Boskiej
Podczas jednej z rowerowych wypraw do… Matki Boskiej

Wiesz, że pamiętam wszystkie swoje rowery! A ty?

– Ja też wszystkie pamiętam. Pierwszy był taki na czterech kółkach i potem jak się te dwa kółka z tyłu odkręciło, nagle poczułem co znaczy szybkość! I wolność. Drugim były „Wigry 2”. Siostra na komunię dostała. Ale jeździliśmy oboje. Potem miałem kolarzówkę bez przerzutek „Start”. Wreszcie rower mojego dziadka –  czarny, niemiecki „Simson”. Cudowny pojazd. „Ukrainę” miałem, a jakże. Nie do zdarcia. Teraz mam rower polskiej produkcji. Podarunek od teściowej. Bardzo go sobie chwalę. Teściową zresztą też.

Nie zdradzałeś roweru?

– Nigdy! Kupiłem samochód, ale to nie zdrada. Bo czasem, gdy nim jadę i widzę rowerzystę, to mu zazdroszczę. Poleciałem do córki do Londynu i tam też pożyczyłem rower. Gdy jestem na urlopie i nie mogę jeździć, to już po kilku dniach czuję się źle. Wracam do domu i wsiadam na rower. Witam się jak z przyjacielem. Który czekał na mnie i tęsknił. Ja też za nim tęskniłem. To jest po prostu miłość. Taka od pierwszego wejrzenia, która trwa i trwa i trwa. Rower jest doskonały,  perpetuum mobile. Nie potrzebuje paliwa. Mało tego! Kiedy nim jedziesz,  zachowujesz zdrowie. Naukowcy udowodnili, że podczas jazdy rowerem wyzwalają się endorfiny, czyli hormony szczęścia. Rowerzyści są szczęśliwymi ludźmi.

Jakie miejsca byś szczęśliwym rowerzystom polecił?

– W zasadzie wystarczy wstać od telewizora, odłączyć od głowy wszystkie kable. Telefoniczne, telewizyjne, komputerowe. Po prostu wstać, wyjść, wyjechać. Tak się zaczyna podróż. Za drzwiami mieszkania jest cały świat. Świat pełen niezwykłych ludzi, opowieści, świat pięknych miejsc, które warto odwiedzić, cudownych źródeł, obrazów. Moja książka to najlepszy dowód. Wybierz z niej sam, co ci najbardziej pasuje.

To ważna dla ciebie książka?

– Bardzo. To moja pierwsza książka. Cieszę się, że jest czytana. Jedna z prawosławnych koleżanek powiedziała: „Wojtku, bardzo dziękuję za tą książkę. Cieszę się, że ona powstała i że to ty ją napisałeś. Katolik, którego dziadek był prawosławny”. Podobno na Podlasiu wszyscy jesteśmy takimi mieszańcami. Zawsze był jakiś dziadek, lub babcia, która się zapatrzyła na katolika lub prawosławnego. To piękne. Miłość nie ma wyznania.

Twój egzemplarz książki wygląda inaczej niż mój.

– Tak, chciałem się pochwalić. Książka została przetłumaczona na język esperanto. To też swego rodzaju cud. Poprosiłem Elżbietę Karczewską z Białostockiego Stowarzyszenia Esperanto, aby przetłumaczyła jeden lub dwa rozdziały. Przesłałem tekst. Pani Ela zadzwoniła „Tylko jeden rozdział? Przetłumaczymy wszystko!”. Pracowało nad tym osiemnastu tłumaczy z całej Polski. Okładka jest zupełnie inna niż w wydaniu polskim. „Kun dipartino sur biciklo” tak brzmi tytuł w esperanto. Cieszy mnie bardzo to wydanie. Bo opowieść o podlaskich obrazach Matki Boskiej dotrze do ludzi na całym świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Jerzy Sulżyk

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis