Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Opowiadannie

Pryhody Pudlaszoŭ

1. Pryhody Antonija

Antonij wernuŭsia z roboty i po prywyczci skazaŭ:

– Zdrastwuj Nadieczka.

U kwartiry odnako nichto ne odozwawsia. Była hłuchaja tiszina. Wuon szto dnia tak witaŭsia iz swojeju Nadioju, a praŭdu każuczy z jeji duchom, bo wona ŭmerła poczti poŭroku tomu. Tiszina spryjaje dumci. Antonij znimaŭ czarawiki, stawiŭ teczku na swoje miestie, siadaŭ ŭfotel i pohrużaŭsia ŭ swoich uspominkach. Use prypominaŭ tuolko toje, szto było dobre. Może mieŭ taki charakter i nepryjatnych dumok do sebe ne dopuskaŭ, a może wsio szto kiepskie zabyŭ. Teper szcze raz paczaŭ peredumowati swoje życie. Sietoho dnia joho dumki byli zwiazany z Nadioju. Sidieŭ i sobie szeptaŭ pod nosom, tak jak by komuś roskazowaŭ:

– Prożyli my z soboju trydcet’ piat’ let. Proletiło jak odin deń. Oj, to nawet buolsz czym trydcet’ piat’. Szcze treba dodati tyje leta szto my z soboju chodili. Wsio pomniu jakby to było wczora. Poznakomilisia my szcze w licei. Nadia była w druhuj, a ja ŭ czetwertuj klasi. Tak ŭ jouj zadurywsia, szto pro maturu woobszcze ne dumaŭ. Bez pererywa chotieŭ byti z jeju. Chodili my do kina, na potańciuoŭki, pomahaŭ jeji odroblati lekcji, a sam ne uczywsia. Czasom siadaŭ do kniżok, ale dumka utikała do jei, sowsiem ne muoh skupitisia na tuom szto czytaŭ. Jakoje szczastie szto Nadia mieła boolsz rozsudku. Kotorohoś dnia skazała:

– Tosik, do twojei matury budem wstreczatisia tuolko ŭ suboty. Ja tobie daju moju znimku. Znaj szto ja pro tebe toże dumaju, ale uczusia. I ty musisz robiti toje same. Musisz zdati siety egzamin. Jeśli ty zawalisz maturu, to ja ne budu z toboju wstreczatisia.

– Och, Nadieczka, jak ty tohdy mnie pomohła! Maturu zdaŭ nenaihuorsz. Twoju fotohrafiu do sioho dnia noszu w portfelowi. To mój najdoroższy talizman. Nadieczka, maja lubimaja Nadieczka.

Antonij perestaŭ howoriti i sidieŭ otupieŭszy. Oczy byli zapluszczany, chot’ ne spaŭ.

Po kilku minutach ocznuŭsia i dalej howoryŭ sam do sebe:

– Nadieczko, dobre znajesz, szto ty była u mene perszoju i odinoju żenszczynoju. Nijakaja buolsz mene ne prytiahała. Mnoju toże diwczyniata chyba ne interesowalisia. Musit wyczuwali, szto ja ŭ tobie zadurany i żadna ne maje do mene prystupu. Tak dobre nam było odne z odnym, a ty tak chutko odyszła. Czy ty musiła mene zostawiti? Mnie ŭże szejsiat tri roki, nu nedoŭho bude szejsiat sztyry. Chutko stareju. Jak samomu dożyti do smerti? Nadia, ty nawet ne znajesz jak mnie bez tebe smutno. Kob ne ty, to ja sfiksowaŭby z sioi samotnosti. Jak tuolko złapaje mene durnoje nastrojenije, to zwoniu do sestri i wona zwodit mene na zemlu. Zaraz zaczynaje pytati: Antonij, czy ty zapłatiŭ podatok? A czynsz za mieszkanie? Tak pytaje i pytaje, pokuol mene ne złapaje, szto czohoś ne zrobiŭ, tohdy zaczynaje mene wstydati. Antonij, buojsia Boha, to ty szcze ne zapłatiŭ za wywozku smietia. Toż zapłatisz karu. Tak poŭstydaje, poŭstydaje mene, a posli znoŭ pytaje:A ty zadzwoniŭ do Koli? Aty kupiŭ koubasu na nedilu? Ja każu, szto mnie ne treba, a wona na toje: a jak ja pryjedu, to czym mene poczastujesz? Tak nadaśt’ mnie roboty, szto czasom nema koli podumati pro tebe.

Antonij znoŭ na chwilinu zamoŭk.

– Nadieczka, ja ne zminiaŭ swoich prywyczok. Posli roboty ja idu prosto do domu. Szto mnie treba to kupuju ŭ sklepi, tam u podwali moho biura. Szcze idu do świetlici poihrati w brydża z kolehami. Telewizji ne ohladaju. Ja prisiahnuŭ, szto po twojuoj smerti czerez ceły ruok ne wkluczu ani radziwa, ani telewizora. To ż w naszuj kwartiry żałoba. Och, Nadia moja, Nadieczka.

Antoni pererwaŭ swoju dumku. Sztoś dobiwałosia do joho uma. Ne muoh poniati, u czuom dieło, aż uczuŭ tichutki hołos Nadi:

– Ne perejmajsia, wsio zmienitsia.

– Nadia, Nadieczka, szto zmienitsia? – skazaŭ wuon w hołos.

Nadia odnako ŭże ne odozwałasia. Douho żdaŭ. U tuom czasi pryszło jomu do hołowy, szto wuon jeje perestraszyŭ.

– Och, naszto ja, durny, hołosno odozwaŭsia! – mieŭ pretensiju sam do sebe. Wspominki o swojuom życiuletii. Do hołowy pryszli inny dumki.

– Może ja powinion zabratisia za poradki ŭ mieszkani. Pani Daria dobre pracze, ale ja wałkoniuś, – podumaŭ.

– Dariu do roboty pryniaŭ Kola, – toper Antoni znoŭ naczaŭ mormytati pod nosom.

Wuon uże piat’ liet żywe ŭ Americi i pryswoiŭ ichnije prywyczki. Każetsia, uże kilka dion o smerti Nadi pojszoŭ do biura praci i wybraŭ kandydatku na hospodyniu ŭ naszuoj kwartiry. Druhoho dnia rano kobieta pryszła do nas uzhodniti, szto i jak. Ja ne chotieŭ żadnoji hospodyni i nawet z jeju ne howoryŭ. To Kola uzhodniŭ z jeju wsiaki podrobnosti i priniuos mnie podpisati ŭmowu. Ja podpisaŭ ne czytajuczy. Posli toho, jak wona uże wyjszła, ja ŭzmysłowiŭ, szto muszu juoj otdawati połowinu mojo sztomiesiacznoho zarobku. Kola skazaŭ, szto wona nemnoho zarobit, ale chotieła kob była medyczna strachuoŭka i dlatoho tuolki kosztuje. Ja połowinu budu pokrywati, – skazaŭ. Nawet prysłaŭ swoju czast’ za perszy dwa misiaci, ale ja do joho zadzwoniŭ i skazaŭ, kob buolsz toho ne robiŭ. Ja dam sobie rady.

Antoni znoŭ sidieŭ niczoho ne dumajuczi. Po kilku minutach ocznuŭsia i swoim zwyczajom staŭ politykowati.

– Och, Boże, szto w Puolszczy narobiłosia, uweli kapitalizm. Ja, jak jakiś pan pryniaŭ do roboty hospodyniu. Wona moja robuotnicia. Taak. Tuolko ja ne kapitalist, a skromny księgowy. Uot tobie i majesz. Darka do roboty prichodit dwa dnie u tyżniowi – wo wtorok i ŭ piatniciu. Zajmajetsia domom wuosim hodin, od wośmi rano do sztyroch po południu. Kalo tak uzhodniŭ, a ja niczoho ne zminiaŭ. Ja jei mało koli baczu. To, po mojomu nedobre, – dumaŭ. – Lepi było b, kob wona prychodiła hodinu czy dwie puźniej, tohdy ja z jeju moh by chot’ trochu pohoworyti. Use czas chutczyej minaŭ by.

Jak pojawiłasia takaja dumka, to była pryczina zazwoniti do sestri.

– Nastia?

– Tak, Antoni.

– Możesz zo mnoju pohoworyti?

– Mohu.

– Och, jak tam mój krestny?

– Spasibo, Tolik dostaŭ stypendyjum, chwataje na zapłatu za internat i obiedy. Teper nam bude lehczej.

– Och, a jak moja lubimaja dieŭczynka?

– Sonia woszła w okres diwczaczoho buntu. Ale ne narykaju.

– Może nechaj prijede do mene w nedilu.

– To pohowory z jeju, może pryjede.

– Och, Nastia, znajesz ja podumaŭ, szto poproszu moju hospodyniu, kob prychodiła do roboty ŭ innych hodinach, ale ne znaju, czy wypadaje sztoś takoje jei proponowati. Znajesz, hodiny jei roboty zapisany w umowi.

– Antonij, pohoworyti ne szkodit.

– Och, diakuju tobi. Jak to dobre – mieti rozumnu sestru.

Antonij odnako odkładaŭ rozmowu z Darkoju. Odważyŭsia deś po dwuoch tyżniach. Wernuŭsia do domu trochu raniej. Darka czystiła szyby ŭ kredensi. Zaczaŭ rozhowor od pohody, posli pochwaliŭ ji robotu i jakby neuchuod’ skazaŭ:

– Pani Dario, mnie każetsia, szto byłoby lepi wam i mnie, kob wy prychodili do nas czut’ puźniej. My razom zjeli by obied, trochu pohoworyli by z soboju.

– Ja uże dumała pro takoje, ale perszuj ne wypadało proponowati, – odkazała. – Na kotory czas maju prychoditi?

– Och, pani Dario, szto wy tak do mene oficjalno. Ja do niczoho ne prymuszaju. Kali budete mohli, tohdy prychod’te.

– Od perszoho kwietnia mohu byti ŭ roboti od deseti do szesti po południu.

– Och, Pani Dario, jak ja tieszusia szto my tak hładko dohoworylisia.

Darka, chot’ howoryła jakoś oficjalno, to zrobiła dobre wrażennie na Antoniowi. Same ważne szto wuon zobawczyŭ w jei żenszczynu. Do siei pory traktowaŭ jei, można skazati, bezpłciowo.

Darka pouszła do domu, a Antonij sieŭ w foteli i naczaŭ diakowati swojuoj Nadi. Jak żyła to taksamo diakowaŭ jei za wsio. Po jei smerti diakowaŭ juoj za każdu dobru dumku, kotora jomu pryjszła do hołowy. Może dla toho wony tak zhuodno żyli? Ne każdy deń wuon dumaŭ pro Nadiu. Prychodili toże druhi myśli o proszłuom. Teper naczaŭ dumati pro sestru.

– Starsza nazywałasia Hania. Neboraczka umerła ŭ petnadcet’ let, – pryhanuŭ . – Ja byŭ poczti dwa roki starszy od jei. Jakaja wona była fajna dieŭczyna. Bawiłasia zo mnoju, razom odrabiali lekcji. Nigdy ne chotieła, kob ja jei ŭ czum-nebut’ pomahaŭ. Ja sama, ja sama, – wse kazała. Odoszła z powodu durnoho wospalenia mozhu. Ne znaju, czuom bat’ki ne zaweźli ji do bolnici, lekarye juoj pomohli b. Może bat’ki dumali, szto somo pruojde, a może taki jei los. Nichto ne znaje wyrokuŭ bożych. Szkoda, ja jei ciełe życie szkodowaŭ, a teper jakoś to szcze buolsz szkada. Nu, szto ż, niczoho ne zrobisz.

Antonij jakiś czas sidieŭ bezdumno. Posli znoŭ naczaŭ roskazowati sam sobie.

Na druhi ruok po jei smerti urodiłasia Nastia. Ja z jeju ŭże ne mieŭ wspuolnoho jazyka, tak jak z Hanioju. Ja byŭ namnuoho starejszy. My do sebe pribliżylisia po smerti naszoho taty. Nasti tohdy było szesnadcet’ liet. Ja uże byŭ żonaty, u nas uże byŭ Kola, ale musiŭ zastupiti juoj bat’ka. Pomahaŭ juoj jak muoh. Moja Nadia ne proczyła, chot’ nam samym ne proliwałosia. Nastka kuonczyła liceum i chutko wyjszła zamuż. Żywe w Kliszczelach, a praŭdu skazaŭszy, koło Kliszczel. Robit na Stacji w Czeremusi.

Antonij jakoś nerwowo poworuszyŭsia ŭ foteli.

– Och, – skazaŭ sam do sebe, – toper wona ŭdoma. Muszu perekazati juoj nowost’! – wybraŭ nomer telefona.

– Nastia? Och, jak tieszusia, szto czuju twouj hołos! Szto ŭ tebe nowoho? U mene? Och, wiedajesz… Ja zminiŭ hodiny roboty mojei hospodyni. Bude robiti do szesti weczera. Chot’ trochu pohoworu z jeju.

Nastia pochwalila Antonija i perekazała swoju prośbu:

– Tosiek, moja znakoma z Biełorusi zajmajetsia pryhranicznoju tourhoŭloju. W Czeremusi i Kliszczelach uże jei towaroŭ ne kuplajut. Szto inszoho w Biłostoku. Nu, ale z Prużan do Biłostoka ŭ odin deń ne oberne. Na noczleh u hatelowi wona ne zarobit. Może ty jei perenoczowaŭ by? Chot’ odin weczur mieŭ by z kim pohoworyti.

– Och Nastia, jak ty za jeje ruczajeszsia, to nechaj pryjizżaje.

Minuło może dwie nedili. Chtoś zapukaŭ u dwery kwartiry Antonija. Dumaŭ szto susied maje jakujuś potrebu. Pomyliŭsia. Za porohom stojała neznakoma jomu żenszczyna z torboju rynocznoho prodawcia.

– Zdrastwujtie, – odozwałasia, – mienia zowut Luba, ja k wam po poruczeniju Nastki.

– Och, tak, sestra howoryła, szto wy choczete perenoczowati. Nu, zachod’te.

Luba woszła, zniała kurtku i spytała, czy może umytisia.

– Och, tak… – roztierano skazaŭ Antonij. Wojszoŭ do łazienki, wyniaŭ z szafoczki czysty rucznik i juoj podaŭ.

Antonij, chot’ dosiuol ne ohladawsia za żenszczynami, to wsi-otaki byŭ mużczynoju. Jakby neuchuod’ zmieryŭ jei okom.

– Niczoho kobietka, – podumaŭ. Musit uże poŭsotni prożyła i kilohramoŭ juoj troszku prybyło, szto pry jei newysokim rosti wyhladaje koŭbenkowato. Dobre, szto nosit douszy, jasny wołosy.

Luba doŭho pluskałasia w łazienci, może poŭczasa. Wuon w tym czasi zaparyw czaj, nakroiŭ koŭbasy i chleba na poŭmisok. Buolsz niczoho ne mieŭ. Wona wyszła ŭ spudnici i bluźci z welikim dekoltom i korotkimi rukawami. Wziała swoju propastnu torbu, wyniała z jei jakijś pakunok i podala Antonijowi.

– Eto wam podarok.

– A szto to? – spytaŭ trochu speszany.

– Eto panorama mojewo horoda Prużany. Ona zdiełana na dierewiannoi tarełkie. Jejo można postawit’ na kredens libo powiesit’ na stienu. Eto na pamiat’ naszej wstreczi.

Antonij naczaŭ rozwiwati prezent, a wona znuoŭ nyrnuła w swoju torbu. Teper wyniała butelku wuodki i tort.

– U mienia siewodnia jubilej – mnie piat’dziesiat let.

– Och, Luba, ja winszuju wam takoi ważnoi rocznici. Pidisiat liet to można skazati – połowina życia. Szcze tuolki pered wami, szto za wami.

– Da, można tak skazat’. Wot, wodka biełarusskaja, a tort – polskij.

Antonij bez słowa podyszoŭ do kuchonnoho kredensa i jakby zastyŭ na jakiś moment. U joho hołowie prolitali wsiakije myśli. Odna joho zastanowiła.

– Prijchała do Biłostoku zo mnoju obchoditi swoje świato? Musit wona blefuje. Czoho wona chocze?

Rys. Dominika M. Szmurło
Rys. Dominika M. Szmurło

(protiah bude)

Wasia Platoniszyn

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis