Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    11. Szumnaje zabojstwo uboŭca

    U 1946 r. na Sakolszczynie szumieła partyzanckaja jaczejka, jakoj prawadyrom byŭ Kaźmier Kamiński „Błyskawica” (raniej „Ryś”). Pad saboju mieŭ jon dwaccać czaławiek. Byli heto katoliki ad Janowa, Karycina, Czarnoŭsi (cipier Czornaj Biełastockaj)...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Ne može byti!

    Počynaju pisati novy cykl rozkazuv. Ne znaju, jak dovho dam rady. Nazbirała trochu historyjuv od ludi, kotory zhodilisie pohovoryti zo mnoju pro svoje žycie. Trudno takich znajti, bo bôlšosti našych ludi zdajetsie, što jich žycie nikomu ne cikave, tomu što vono nibyto było zusiêm zvyčajne,...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Prawda i mity

„Prorok” Ilja. Historia prawdziwa (cz. 10)

Przez kilka kolejnych lat do Grzybowszczyzny podążali masowo prawosławni chłopi z bliższych i dalszych okolic. Nawet zza Grodna, z Wileńszczyzny i Polesia, a najwięcej z nadnarwiańskich wiosek za Zabłudowem.

Całe dnie szli na bosaka, odziani w łachmany, z uwiązanymi do kijaszka na plecach zgrzebnymi woreczkami ze skromnym prowiantem w postaci kilku kromek chleba, butelki mleka i kawałka sera wysuszonego na słońcu w serdaku na płocie. Mieli tam też łapcie i odświętne ubranie na zmianę po dotarciu na miejsce. Czasem mężczyźni nieśli z przodu krzyż, a za nimi kobiety trzymały w rękach ikonę. Idąc wspólnie na głos się modlono i śpiewano nabożne ruskie pieśni.

20 stycznia 1937 r. „Prorok” z grupą zwolenników przed domem cerkiewnym w Grzybowszczyźnie nazajutrz święta Chrztu Pańskiego Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka
20 stycznia 1937 r. „Prorok” z grupą zwolenników przed domem cerkiewnym w Grzybowszczyźnie nazajutrz święta Chrztu Pańskiego
Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka

Tak właśnie zapamiętano tych pielgrzymów w moim Pałudniowym Wostrawie. Gdy przechodzili chmarą przez wieś, ktoś ich retorycznie zapytał, a dokąd to zmierzają.

Do Hrybowa, ko swietomu Ilji – w odpowiedzi padły trochę nietutejsze słowa.

Jon taki światy jak i ja – próbował uświadamiać gospodarz.

Tfu, tfu, odydi satana –przeżegnawszy się krzyknęli pielgrzymi, odwrócili głowy, zaintonowali modlitwę i przyśpieszyli kroku.

Byli już prawie u celu. Zostało im do pokonania tylko nieco ponad trzy kilometry piaszczystej drogi.

Pielgrzymi robili postoje w polu, nocowali w lesie. Moi ówcześni krajanie często złorzeczyli na udeptane przez nich wiejskie pastwisko. Eugeniusz Czyżewski w książce „Echa ostoi utraconej” pisze, że z tego powodu wzywano czasem nawet policję. Ale ta była bezradna i przy okazji robiła kontrole we wsi, nakładając na chłopów mandaty za różne drobiazgi, jak brak w obejściu miotły i bosaka na wypadek pożaru.

Ilja prapawieduje i iscelaje

Największe tłumy do cerkwi w Grzybowszczyźnie przybywały latem. Szczególnie 7 lipca w święto patronalne na Jana i 2 sierpnia na Ilju. Pielgrzymi już w przeddzień gromadzili się na pobliskim placu, gdzie zostawiali przyniesione przez siebie krzyże. Z czasem Klimowicz go ogrodził i zrobił tam cmentarz.

Zagubiony duchowo ubogi lud upatrzył sobie tu nowe święte miejsce. Uczestniczył w wielkim misterium, które dawało spokój i ukojenie. Tłumy napędzały rozchodzące się wieści o cudownych uzdrowieniach i proroctwach głoszonych przez Iljasza, a szczególnie jego współtowarzyszy. W tej atmosferze zrodziły się potem mity o zejściu na ziemię biblijnego proroka Ilji pod postacią zwykłego chłopa z Grzybowszczyzny, wreszcie o zbliżającym się końcu świata. Tak radykalna sekta uformowała się nieco później i daleko od Grzybowszczyzny, ton nadawali „nawiedzeni” fanatycy z nadnarwiańskich wiosek.

Póki co wokół cerkwi Iljasza panowało przede wszystkim wielkie religijne uniesienie. W gromadzącym się tłumie zawsze było sporo cierpiętników – chorych i kalek, którzy szukali tu dla siebie ratunku, licząc na cud. Niezwykłe uzdrowienia zdarzały się naprawdę. „Cuda” były czynione ręką „proroka” i to dosłownie. Iljasz kładł dłonie na głowie cierpiętnika, odmawiał werset z Ewangelii, ślinił palec i w chorym miejscu robił mu znak krzyża. Potem niekiedy choroba ustępowała. Być może samoistnie, bo organizm właśnie ją przezwyciężył, albo pod wpływem wmówienia sobie pokonania jej takim właśnie sposobem. Medycyna zna podobne przypadki, choć naukowo wytłumaczalne nie są.

Uzdrowienia od Iljasza doznał między innymi Michał Miniuk z Kaniuk koło Ryboł. W filmie Krzysztofa Wojciechowskiego opowiadał, iż pewnego razu odjęło mu rękę, była sparaliżowana. Poszedł do Hrybawa i pokazał ją Iljaszowi. Ten poślinionym palcem na nadgarstku zrobił mu znak krzyża. – Hospod’ iscelit tiebia – powiedział. Na drugi dzień ręka znów stała się władna.

Miniuk z czasem przystał do „proroka”, przeprowadził się do Krynek i do końca życia opiekował się Wierszalinem.

Z bliższych stron, bo z Jurowlan za Krynkami, przybył tu również Paweł Wołoszyn. On także wiele lat potem opowiadał dziennikarzom, że poszedł do Dziedka z chorobą. – Masz żółtaczkę – powiedział mu Klimowicz – brakuje ci witamin, musisz jeść dużo marchwi. Po jakimś czasie choroba minęła.

Iljasz postawił trafną diagnozę, gdyż służąc w carskim wojsku, a potem będąc w bieżeństwie, widział wiele przypadków różnych chorób. Miał bogate doświadczenie życiowe.

Wołoszyn wspominał też o jego proroctwach – jak to Dziedko przepowiedział, że koło Krynek będzie „wielka granica”. Mówił, że przed Krynkami, okazało się, że za. Tylko tyle się pomylił.

Tego typu przypadki wystarczyły, by wieść o cudach i proroctwach lotem ptaka rozeszła się po ówczesnych Kresach. „U Hrybawie Ilja prapawieduje i iscelaje” – powtarzano z ust do ust. Tak oto Grzybowszczyzna stała się miejscem masowych pielgrzymek.

Tłumy cisnęły się do „proroka”, by błogosławił, rozgrzeszał, uzdrawiał. Czasem ludzie padali całować mu nogi, zbierali do chusteczek piasek spod jego stóp jako święty. Klimowicza to irytowało. Chodził w ciężkich butach z cholewami. Złościł się, gdy niektórzy pobożnie doczołgiwali się do niego. – A masz, a zlizuj se, ty durna babo! – krzyczał w końcu, nadstawiając pokrytego kurzem buta.

Klimowicz nie uważał się ani za proroka, ani uzdrowiciela. Surowy z zewnątrz, miał jednak wrażliwą duszę. Chciał ludziom pomagać. Ciągle zajęty pracami budowlanymi i innymi sprawami przy cerkwi, zawsze wychodził do pielgrzymów i ich wysłuchiwał. Słowem Bożym wspierał potrzebujących. W cerkwi nabożeństw nie odprawiał, obsługiwał ją ostrowski batiuszka Sawicz.

Stan prawny świątyni wciąż nie był jednak uregulowany. Duchowieństwo prawosławne doniosło kurii w Grodnie o niebotycznym bogactwie, gromadzonym przez Klimowicza z ofiar wiernych, żaląc się na spadek w związku z tym dochodów swych parafii.

Przekazuje cerkiew pod jurysdykcję hierarchii

Był już rok 1934. Nowy biskup grodzieński Antoniusz w końcu postanowił przejąć prawnie cerkiew w Grzybowszczyźnie pod swoją jurysdykcję. Do rozmów z Klimowiczem władyka upoważnił batiuszkę Sawicza. Iljasz był od początku skłonny formalnie przekazać świątynię Cerkwi, być może nawet jako pierwszy poczynił kroki w tym kierunku. Marzył mu się bowiem wyśniony monaster obok świątyni, czego sam nie był przecież w stanie zorganizować. Archirej na to przystał, zgodził się przysłać do Grzybowszczyzny pierwszych mnichów. 1 maja 1934 r. Klimowicz nabył aktem notarialnym ponad 30 ha gruntów w sąsiednim obrębie Leszczany. Tam widział swój klasztor. Uradzono, że on także zostanie mnichem. Wybrał dla siebie imię zakonne Joan, na cześć mędrca z Kronsztadu.

30 czerwca u notariusza Tadeusza Nowickiego w Krynkach zostały podpisane dwa akty darowizny. Pierwszym Klimowicz przekazał konsystorzowi prawosławnemu w Grodnie, który reprezentował o. Sawicz – już jako proboszcz parafii w Krynkach – grunty koło Leszczan. Drugim darował cerkiew wraz z całą majętnością. Zastrzegł w nim dożywocie sobie, dwóm kobietom oraz synowi Wincentemu w razie jego powrotu z zagranicy. Konsystorz zobowiązał się do założenia na darowanym majątku klasztoru męskiego.

Na Jana, 7 lipca, do Grzybowszczyzny przyjechał sam władyka Antoniusz, by podczas świątecznego nabożeństwa dokonać obłóczyn Klimowicza na mnicha. Wtedy doszło do pewnego incydentu. Część zgromadzonych w świątyni wiernych raptem zaczęła śpiewać Chrystos woskresie iz miertwych oraz Radujsia, raduj, Nowyj Jerusalimie – uroczyste pieśni, które śpiewa się tylko na Wielkanoc i w okresie paschalnym. Radykalni zwolennicy Ilję czcili bowiem na równi ze zmartwychwstałym Chrystusem. Oburzony archirej kazał przegnać ich ze świątyni.

Jeszcze tego samego dnia pojawił się oddelegowany do Grzybowszczyzny przez władykę mnich – archimandryta. Był nim hieromnich Andronik (Matwiejew). Wkrótce przybyło tu jeszcze dwóch manachau. Miała to być namiastka przyszłego klasztoru.

W skromnej wspólnocie w Grzybowszczyźnie, do której wciąż tłumnie pielgrzymowali wierni, archimandryta zaczął wprowadzać swoje porządki. Bratu Joanowi nakazał całkowite posłuszeństwo, zgodnie zresztą z nauką Cerkwi. Miał tylko się modlić i wykonywać polecenia przełożonego. Został całkowicie odsunięty od spraw cerkiewnych, przede wszystkim materialnych, czyli kasy. Jego zdanie odnośnie kształtu wspólnoty i rozwoju ośrodka, które de facto stworzył, przestało się liczyć. Tym bardziej, że nic w tym kierunku nie robiono. Na tym tle niemal od razu między nim i archimandrytą zrodził się konflikt, który zaczął gwałtownie narastać.

W sprawozdaniach miesięcznych wojewody białostockiego oraz późniejszych różnorakich opisach tego sporu dominuje pogląd, że kością niezgody były pieniądze, które przy pominięciu Klimowicza trafiały teraz do archireja w Grodnie. Według Karpiuka „proroka” wyprowadzić z równowagi miało też niemoralne zachowanie archimandryty, jego kochanki na boku. Sądzę, że to tylko jedna z jego fantazji literackich, którymi ubarwił swą książkę.

W rzeczywistości Iljasz przede wszystkim poczuł się oszukany. Trudno mu się dziwić. Swą cerkiew wraz z zabudowaniami i dodatkowo ogromnym placem w pobliżu przekazał Cerkwi przecież pod przyszły klasztor. Najwidoczniej szybko dano mu do zrozumienia, że to tylko mrzonki. Władykę Antoniusza, który rzecz oczywista musiał takie decyzje konsultować z metropolitą w Warszawie, wizja chłopa z Grzybowszczyzny po prostu przerastała, takich planów nie traktował poważnie.

Ale Klimowicz jako fundator terenu był w pełni przekonany, że takie dzieło jest jak najbardziej realne. Trzeba tylko zacząć, jak w przypadku cerkwi, a sen Boży, o którym cały czas pamiętał, na pewno się spełni. W pewnym stopniu zresztą to potem udowodnił, budując na tym terenie swój Wierszalin. Nie uświadamiał sobie tylko jednego – wznoszenie prawosławnych świątyń, nie mówiąc o monasterach z prawdziwego zdarzenia, w Polsce międzywojennej wciąż było zabronione. W tamtym czasie, czyli w połowie lat trzydziestych, znów nasiliły się działania antyprawosławne, niebawem miało dojść do akcji burzenia cerkwi na południowym Podlasiu.

Zrzuca habit i idzie do sądu

Po kilku tygodniach od wyświęcenia brat Joan zaczął coraz bardziej domagać się od archimandryty większych praw do kierowania majętnością cerkiewną. Ten zagroził mu przeniesieniem do innego klasztoru. Klimowicz oświadczył, że nigdzie nie wyjedzie. Swym zwolennikom, którzy ciągle do niego przybywali, powiedział że nosi się z zamiarem zrzucenia z siebie szat zakonnych.

Napięta sytuacja trwała kilka miesięcy. Iljasz próbował z powrotem przejąć swą cerkiew. Zabiegał o interwencję posterunku policji w Szudziałowie. Tam pouczono go jednak, że swych pretensji powinien dochodzić na drodze sądowej.

Archirej próbował jeszcze ratować sytuację, zabierając z Grzybowszczyzny archimandrytę, a na jego miejsce przysyłając innego mnicha. Brat Joan miał być natomiast przeniesiony do innego klasztoru.

Klimowicz nie zezwolił jednak na osiedlenie się przy cerkwi nowego zakonnika i jesienią ostatecznie zrzucił z siebie habit. Mówiło się, że ze złości go podeptał, ale to nie pasowałoby do jego pobożnego charakteru. W listopadzie samowolnie przejął cerkiew z powrotem pod swój zarząd, zgadzając się, by w niedziele i święta obsługiwali ją przyjezdni duchowni. Do porozumienia nie doszło. Wtedy zabrał z cerkwi trochę ikon i przeniósł je do swojej zagrody w Grzybowszczyźnie, gdzie odtąd zbierali się jego zwolennicy, oczywiście już nie tak licznie jak przedtem. On sam zaś skierował sprawę do sądu.

Nie jest prawdą, jak piszą inni, że Iljasz zamknął cerkiew na kłódkę i stała ona pusta. Spór sądowy ciągnął się bardzo długo, bo ponad trzy i pół roku. W tym czasie świątynia prawnie pozostawała wciąż własnością Konsystorza Prawosławnego w Grodnie. Do jej obsługi archirej przysyłał coraz to nowych zakonników. Byli to kolejno hieromnisi Łukasz (Karpiec), Arseniusz (Baziaruk), Jan (Myśliwcew) i na koniec Serafin (Samojlik).

Klimowicz w sądzie pierwszej instancji sprawę przegrał. Pełnomocnik strony cerkiewnej, adwokat Szafałowicz z Grodna, wskazał że powód przyjmując stan zakonny tym samym zrzekł się na zawsze dóbr doczesnych. Białostoccy adwokaci reprezentujący „proroka”, Gruszkiewicz i Krzakowski, złożyli apelację. Podnieśli w niej, że ich klient został wyświęcony na mnicha podstępem, z naruszeniem prawa zakonnego. Nie przeszedł bowiem nowicjatu – wstępnego etapu posłuszanija w klasztorze. Sąd Okręgowy w Białymstoku przychylił się do takiej argumentacji i wydał wyrok korzystny dla Klimowicza. Konsystorz prawosławny odwołał się do wyższej instancji. 7 stycznia 1936 r. postanowieniem Sądu Apelacyjnego w Warszawie sprawa wróciła do Białegostoku celem ponownego rozpatrzenia. Wyrok zapadł po roku, znów na korzyść Klimowicza. Sąd Administracyjny, do którego odwołał się konsystorz, 27 listopada 1937 r. utrzymał go w mocy.

10 lutego 1938 r. komornik Sądu Grodzkiego w Sokółce na podstawie prawomocnego wyroku wprowadził Klimowicza w ponowne władanie cerkwią i pozostałym majątkiem, darowanym wcześniej konsystorzowi.

Cdn

Jerzy Chmielewski

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў лютым

    555 – 29.02.1468 выданьне „Судзебніка” Казіміра IV – першага збору законаў Вялікага Княства Літоўскага. 495 – У 1528 г. нар. князь Андрэй Курбскі, нашчадак у простай лініі роду Рурыкавічаў. Заслужаны паплечнік Івана IV Жахлівага (Грознага), здольны палкаводзец, адукаваны чалавек. У …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2023 Czasopis