Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Popiół i pamięć

Pamięć wie więcej, niż może powiedzieć słowo.

Pamięć wie więcej, niż słowo chce powiedzieć.

Pamięć, nie słowo, chce powiedzieć wszystko

– i nie może.

To, co w słowach:

Wspomina M.K. [Maria Koterman]

To było w sobotę, akurat na katolicką Matkę Boską Gromniczną. W naszej chacie byłam ja z siostrą, mama, młodszy brat Józek, tato drzemał na stołku przy piecu. Na wieczorynki przyszły dwie moje koleżanki, jedna przędła na kołowrotku, druga robiła na drutach. Nagle wpadł do chaty mój starszy brat Władek i powiada, że palą Szpaki. Widać łunę i dym. Mama powiedziała, że trzeba powynosić rzeczy z chaty, bo przyjdą i nas też spalą. Potem ktoś zastukał w ścianę domu, tato wyszedł i do izby już nie wrócił. Potem ktoś strzelił w okno i zgasła karbidówka. Popadaliśmy na podłogę. Kiedy uniosłam głowę, to zobaczyłam, że nasza wieś też już się pali. „Idź na strych i wynieś stamtąd co nieco” – powiedziała do mnie mama. Poszłam i zobaczyłam ze strychu, że na ulicy leżą zabici ludzie. I jest jasno jak w dzień, od ognia. Zeszłam na dół i powiedziałam mamie. Mama wzięła polski obraz Matki Boskiej, mieliśmy jeden,i wyszła na podwórze. My wszyscy za nią. Brat, pamiętam, zdążył zabrać ze sobą szkolny tornister. Chodziliśmy do szkoły w Zaniach, uczył tam nasz najstarszy brat Janek, w domu go wtedy nie było, bo starsze chłopaki i gospodarze już od dawna w chatach nie nocowali. Komu jak wypadło, niektórzy na stryszku w chlewie albo na gruszy, przywiązani sznurkiem, żeby nie spaść, kiedy przysną. Stoimy przed naszym domem, a oni idą ulicą i wstępują na nasze podwórko. Jeden z nich wyciąga pistolet i przystawia do mojej głowy. „Polacy czy Białorusy?” – pyta. „Panie, my Polacy, nie zabijajcie nas” – mówi mama. „Jak pan nie wierzy, to spyta sąsiadki. Ona katoliczka”. Przez ulicę mieszkali katolicy, nasi sąsiedzi. Mama zobaczyła, że sąsiadka ***cka stoi przed domem i pomyślała, że weźmie nas w obronę. No bo żyliśmy z nimi jak jedna rodzina, mówię prawdę, jak na spowiedzi. Oni byli biedni, a nasza mama była bardzo dobra, współczuła im i pomagała, czym mogła. I jeden z nich poszedł się pytać, czy my Polacy. I ta ***cka odpowiedziała mu, wie pan, z taką pogardą czy może złością: „Tak, tak, Polaki”. On wrócił i strzelił z pistoletu prosto w głowę mamy. Widziałam, jak strasznie bryznęła krew z maminej głowy. Mama upadła koło chaty. Brat Józek rzucił się do ucieczki, za chatę i opłotkami, strzelali za nim, ale nie trafili. Przesiedział całą noc w okopach za wsią, wrócił na drugi dzień, już na pogorzelisko. A nas z siostrą i tymi dwiema koleżankami wepchnęli do chaty. Jeden z nich przyniósł od sąsiadów snop słomy, którym oni zakrywali wejście do piwniczki, bo nie mieli drzwi, zaciągnął go na strych i podpalił. A potem poszli podpalać dalej. Byłyśmy pewne, że oni zawiązali drzwi, żebyśmy nie mogły wyjść, i wpełzłyśmy pod łóżko. Ale w chacie było już pełno dymu, krokwie trzeszczały i zaczynały padać. Wyrwałam wewnętrzne okno, mieliśmy podwójne, jak na zimę, drugą ramę wypchnęłam na dwór. Pod oknem mieliśmy sadzawkę, ale na nią też już padała płonąca słoma ze strzechy. Woda się paliła! Choć był luty, to woda nie zamarzła, bo akurat wtedy przyszła odwilż. Nie było jak wyskoczyć, wszędzie był ogień. Ale nie szło już wytrzymać, zaczęłyśmy się dusić. Wtedy wzięłam siostrę na ręce, siostra miała siedem lat, ja czternaście, i rzuciłam się przez płomienie do sieni i na dwór. Drzwi na szczęście nie były zawiązane. Za mną wybiegły moje koleżanki. Pobiegłam przez ulicę do tych sąsiadów katolików i nie pytając o pozwolenie wśliznęłam się do ich chaty i ukryłam się tam z siostrą. Tam, gdzie mieszkali Polacy, nie podpalali, tylko Białorusów. I domów po obu stronach nie podpalali, żeby katolicy się nie spalili. W naszej wsi były cztery polskie rodziny, ze „szlachty”. No i tamta sąsiadka, co to powiedziała „tak, tak, Polaki”, wpadła do chaty i wygnała nas stamtąd jak parszywe psy. Ja z siostrą pobiegłam w kąt ich obejścia, tam oni mieli kupę chrustu czy jakiegoś jałowca, i tam leżały jakieś pierzyny, bo im wcześniej powiedzieli, że będą palić Białorusów, żeby powynosili co cenniejsze na dwór, gdyby od pożaru i ich chata się zajęła. Ale i stamtąd nas przepędzili. Schowałyśmy się w końcu w kurniku, który stał koło obejścia tych sąsiadów. Tam przesiedziałyśmy aż do rana, nie wychodziłyśmy, kiedy oni gromadzili się i nawoływali „Zbiórka! Zbiórka!”, a potem poszli drogą w stronę Świryd.

Wspomina N. A. [Nina Antoniuk, siostra Marii Koterman]:

Leżałam w tym kurniku na kurzym pomiocie w samej koszuli. Siostra przykazała mi, żebym się nie ruszała. A sama leżała przy drzwiach. Widziałam, jak siostra trzęsie się i dygocze. Ze wsi dolatywały strzały, przez szczeliny między deskami widziałam, że za opłotkami stały ich podwody, czekały, aż tamci we wsi pozabijają ludzi i spalą domy. Potem oni bardzo długo się zbierali. Rano siostra znalazła brata Janka i Janek zaniósł mnie do stodoły, która jakoś się nie spaliła. Sama już nie miałam siły iść. Wtedy brat zawiózł mnie do Świryd do krewnych. Wiosną wróciłam do Zań, do babci. Zanie po pożarze opustoszały, ludzie długo nie wracali, ukrywali się w innych wsiach. Tato, kiedy wrócił w niedzielę rano, zobaczył, że mama spaliła się razem z chatą, zostały tylko same kości. Tato zebrał je w kawałek płótna, zbił z desek trumnę i pochował mamę razem z innymi zabitymi za wsią, we wspólnej mogile, pójdziemy tam, ja panu pokażę. Cmentarz prawosławny był w Brańsku, ale ludzie bali się tam jechać i grzebać zabitych, żeby nas też nie pozabijali. Razem w tej mogile pogrzebano 24 osoby. Tamte nasze koleżanki przeżyły, ale tatę i mamę im zabili.

Wspomina A. K. [Aleksander Koterman, póżniej mąż Marii Koterman]:

Oni przychodzili do nas i wcześniej, zanim nas spalili, byli ze dwadzieścia razy. Rabowali, zabierali konie, świnie, odzież, chleb, wszystko, co im wpadło w oko. Przychodzili w nocy, stukali do okien. Kiedy gospodarz pytał „kto tam?”, odpowiadali, że „wojsko polskie”. My już wiedzieliśmy, kto to jest i czego chce. Wtedy miałem 19 lat, byłem na wsi, siedziałem z chłopakami u kogoś w chacie. W domach nie nocowaliśmy, bo jeśli kogoś złapali, to katowali. Usłyszeliśmy jakieś szmery i skrzypienie furmanek. Wyszedłem na dwór i zobaczyłem, jak otaczają wieś. Pytam się chłopaków, dokąd będziemy uciekać? Wszyscy się rozbiegli, gdzie kogo nogi poniosły. Ja pobiegłem przez sad w stronę lasu. Ale zgubiłem czapkę i zawróciłem. Wtedy mnie schwytali. I poprowadzili ulicą. Z jednej chaty wyjrzał staruszek, Michał mu było. Jego też wzięli i prowadzą ze mną. Zaprowadzili nas na gościniec, który idzie do Świryd. I tam kazali kłaść się na ziemię. Potem jeden z nich poszedł do wsi i długo nie wracał. Pewnie się pytał u dowódców, co z nami robić. We wsi słychać było strzelaninę, z obu stron zaczęli ją podpalać. Potem ten Polak, co poszedł, wraca, wyciąga pistolet i pyta Michała: „Polak czy Białorus?” „Białorus” – mówi wujek Michał. Tamten wystrzelił do niego dwa razy. Potem pyta o to samo mnie. Odpowiadam tak samo. On strzela do mnie. W pierwszej chwili wydało mi się, że rozłupało moją głowę i wybiło mózg. Ale chyba nie, bo skoro leżę i myślę, to jestem żywy i głowę mam całą. Słyszę, jak jęczy i strasznie chrypi wujek Michał. Chyba mu przestrzelili płuca, kątem oka widzę, jak się męczy i zwija koło mnie. „Popraw temu, co się tak wije” – odezwał się ten, co strzelał. I wtedy drugi puścił w wujka serię z automatu. Dobił go. Leżałem do czasu, dopóki nie zauważyłem, że oni odeszli od nas, by popatrzeć, jak pali się wieś. Powoli odpełzłem od nich, potem podniosłem się i zacząłem biec. I wtedy akurat rozpoczęła się strzelanina, nie wiem, strzelali za mną czy ludzi we wsi zabijali. Uciekałem. Ukryłem się w okopach, które pozostały po Niemcach, siedziałem tam i przemarzłem. Czułem, jak po moim ciele, pod ubraniem, cieknie krew. Trzeba było iść do ludzi. Ale dokąd pójść? Dokoła polskie wsie. Poszedłem do Ścionów, tam były dwie białoruskie rodziny. Postukałem do okna, otworzyła mi babuleńka. Powiedziałem, że jestem z Zań, że nas spalili i pozabijali ludzi. Przyszedł gospodarz, w izbie lampy nie zapalali, ale on wyczuł, że ze mną musi być niedobrze. Zaczął mnie oglądać i zobaczył, jak ze mnie cieknie krew. Byłem ranny w dwóch miejscach. Jedna kula przeszła przez szyję, druga trafiła w bark i wyszła koło łokcia. Gospodarz mnie opatrzył, a rano powiózł do Zań. Na ulicy zobaczyłem zabitego ojca. Wszedłem do domu, na pościeli leżała siostra z przestrzeloną piersią. I ten człowiek zaniósł siostrę na swoją furmankę i powiózł ją przez Brańsk do Bielska, do szpitala. Tam ją uratowali. W Zaniach tamtej nocy zabili 24 osoby. Wielu poranili. Nasz sąsiad wynosił z chaty swojego wnuczka, strzelali do nich z automatu, chłopaczek miał tylko cztery latka, a może i mniej, kule rozniosły go na strzępy, a sąsiadowi odstrzelili obie ręce. Oni potem wyjechali do ZSRR, pozostała tylko córka, żyje w Zaniach do dziś.

Jan Maksymiuk: Za co strzelano do ludzi w Zaniach i spalono wieś? Może ktoś z Zań zabił jakiegoś Polaka albo wydał go bezpiece i ci z lasu przyszli się zemścić?

A.K. [Aleksander Koterman]:

Nikt z nas nikogo nie zabijał. Strzelali do nas i katowali nas za to, że jesteśmy Białorusami, że wiara u nas inna. Wam, śmierdzącym Białorusom, miejsce tam, pod Moskwą, a nie tutaj, mówili nam nieraz. Musi pan wiedzieć, jacy tutaj u nas, „na szlachcie”, jak powiadają, ludzie żyją. Im księża w kościołach powiedzieli, że ruska wiara Matki Boskiej nie uznaje i oni w to uwierzyli i wierzą po dziś dzień.

Wspomina P. N. [Piotr Nikołajski]

Wchodzi ktoś ze wsi do naszej chaty i mówi, że wieś się pali. Ja na dwór, ale za opłotkami stoją z karabinami. Z powrotem do izby! Siedzieć i nie wychodzić! Wziąłem dwie swoje córeczki na ręce, wyszedłem na podwórze i pobiegłem przez ulicę, żeby szybciej do lasu. Strzelali za mną, kula trafiła w biodro, upadłem z córeczkami w bruzdę w ogrodzie. Nie wiem skąd wzięła się moja siostra, zabrała dziewczynki i poniosła je za wieś. A ja patrzę i widzę, że w ogrodzie leży moja mama, zabita. Podczołgałem się do niej, dotykam jej, ale ona się nie rusza. Leżałem tam koło mamy nie wiem jak długo, dopóki nie usłyszałem, jak krzyczą: „Zbiórka, zbiórka!”. Wieś płonie, oni idą ulicą, zauważyli nas, podszedł jeden, potem drugi. „Kurwa mać, nie ma naboi!” Potem podchodzi trzeci z karabinem, taki kurdupel, wzrostem metr, jeśli mierzyć razem z czapką. Strzela do mamy, już martwej. Potem do mnie. Leżałem, ale po strzale mnie podniosło. Nie rozumiałem, co się ze mną stało. Już nic nie widziałem. Kula wybiła mi jedno oko, przeszła przez nasadę nosa i wypchnęła drugie. To drugie oko, jak mi potem ludzie mówili, przez jakiś czas wisiało na jednej żyłce, Oni poszli dalej, a ja siedziałem tam bez oczu, ale żywy. I u tego kurdupla nie wystarczyło na mnie naboi.

* * *

Mogiła ludzi zabitych 2 lutego 1946 roku w Zaniach znajduje się jakieś dwieście metrów za wsią. Na początku lat 1970. na tym miejscu postawiono upamiętniając- tragedię tablicę z 24 nazwiskami. Najstarszy z zabitych miał 83 lata, najmłodszy – 4. Ten właśnie chłopaczek, którego ratował z płomieni dziadek, dopóki nie odstrzelono mu obu rąk.

Zanie spalił jeden z oddziałów tak zwanego Pogotowia Akcji Specjalnej (PAS), dowodzony przez „Burego” (Romualda Rajsa). Oddział składał się z akowców, którzy przyszli na Białostocczyznę z Wileńszczyzny, jak również z miejscowych Polaków.

– Niech pan nie zapisuje naszych nazwisk w gazecie – prosili mnie ludzie z Zań. – Opowiedzieliśmy panu wszystko tak, jak było. Ale naszych nazwisk pan nie zapisuje. Żyją nasze dzieci i nam trzeba żyć. Proszę zrozumieć, że strzelali do nas nie partyzanci z zagranicy, a nasi sąsiedzi z okolicznych wsi. Nie chcemy, żeby ci, którzy strzelali do nas wówczas, mścili się na nas i teraz. Kiedyś nazywano ich bandytami, teraz mówią, że to bohaterowie, bo walczyli o wolną Polskę.

Zapisałem te słowa 17 kwietnia 1990 roku w Zaniach, na białoruskiej wysepce w Rzeczpospolitej.

Nie czuję nienawiści do Polaków.

Jan Maksymiuk

„Niva”, 6 maja 1990 (przekład z biał. autora)

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis