Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Môj čeśki film (1)

Mnie krajoŭ čužych nia treba, jak nie varažy

Nie chaču čužoho chleba, radaścia čužych…

…spivali my tak za Dančykom, a mni i do hołovy ne pryjšło ani razu, što istôtnu časť svojoho žytia ja provedu daleko od rôdnoho Pudlaša, daleko od svojich baťkôv, od svojich znakomych, daleko od toho, što dobre znała i lubiła. Było-ne-było, uže dvadceť lit, jak my žyvemo v Čechiji. To byv velmi važny čas i dla mene, i dla mojoho muža, i dla diti. Choču z Vami, czytačami Časopisa, podilitisie svojimi vspominkami, dumkami, trochu pokazati, jak vyhladało naše žytie sered čechuv, jak môj pudlaśki svit perevernuvsie dohor nohami. Tomu ja zadumała napisati sity cykl: Môj čeśki film.

Počatok čeśkoji pryhody

Pjatoho lipenia 1998 roku naša simja – ja, Vania, Paveł, Igor i sobaka Samuił (Sammy) – pryletiła na lotnisko Ruzyně v Prazi. Pomniu, što tohdy svitiło sonečko i padav došč. Časom i takaja pohoda byvaje. Ale poka do toho…

Maksova rozvidka

Poplontavsie môj Maks po Prazi…

Pro možnosť praci v Radivi Svobôdna Europa v Prazi môj muž – kotoroho mnôho našych znakomych (a časom i ja) nazyvajut Maksom – doznavsie pud kuneć 1997 roku, i vže v styčniovi 1998, na naše Ruzdvo, peršy raz pojichav u Prahu. Zatrymavsie tam u znakomoho z biłoruśkoji redakciji Radiva, ale z amerykanciom, kotory miv zadecydovati, čy pryme joho do roboty, jomu ne vdałosie spotkatisie, bo toj same zachvorv i ostavsie v Vašyngtoni. Poplontavsie môj Maks po Prazi, pohostiovav i vernuvsie do Biłostoku.

– Nu j słava Bohu, – podumałosie mnie, – jakoś i tut budemo žyti.

Bo, po pravdi kažučy, mni ne velmi chotiłosie kudy-nebuď jichati. My same vyremontovali našu kvartiru, chłopci mili svojich koleguv, my znakomych, do mojich baťkôv u Bilśku było bliźko, testiova žyła z nami, čoho ž nam po sviti vołočytisie?

Ale muž znov pojichav u Čechiju, u lutum. Po dorozi do Varšavy na pojizd zvalivsie stovp, kotory pudderžuvav elektryčnu trakciju, rozorvany drot rozbiv okno v vagoni, u kotorum sidiv môj čołovik, i obsypav joho elektryčnymi iskrami. Vôn perelakavsie ne na žarty.

– Ja tohdy počuv, jak mni v očy zahladaje smerť. Musit, treba nam ostatisie v Biłostoku, bo to nedobry znak, – rozkazuvav mni Maks jakiś čas posli toji pojizdki, bo tak odrazu ne pryznavsie, što zdaryłosie po dorozi, kob ja ne perežyvała.

Na samolot muž ne dobravsie na čas i rozpustiv kupu hrošy na telefony z lotniska Okęcie v Prahu, kob perepisati lot na večer, i dovołôksie do hotela čuť žyvy koło pôvnočy. Ale na druhi deń vsio vže pujšło dobre, naveť velmi dobre! I môj Vania vernuvsie do chaty z „umovoju v rukach”. Praciu v Prazi, jak analityk po Biłorusi, Ukrajini i Pôlščy v Communication Division Radiva Svobôdna Europa, vôn miv počati vže 1 kvitnia 1998. I mni stało strašno.

Literaturny diła

Ja skazała, što choču sity dôm, žadion inšy…

Z odnoji storony moju dušu vže zamaniła dumka, kob vyrvatisie v šyrjšy svit i pominiati žycie (mni tohdy było 35 lit i ja, podług Dante, była vže v połovini dorohi našoho žytia). Z druhoji storony, odnak, mni ne velmi chotiłosie pokidati vsio, što ja miła v Biłostoku (nijakoho materyjalnoho bohactva my tam ne nažyli, ale siakije-takije koreni vže pustili).

My tohdy z mužom dovho hovoryli, planovali, obdumuvali, ryšali. Vyjšło na toje, što chłopci musiat dokônčyti škôlny rôk šče v Pôlščy. Mołodšoho Pavła, kotory chodiv do druhoji klasy, treba było zapisati na kurs angielśkoji movy, prynajmi na para mieseciôv, bo v Prazi našych chłopci čekała amerykanśka škoła. Igor, kotory byv u siomuj klasi, angielśku movu bôlš-menš znav, vôn učyvsie jiji v školi od pjatoji klasy.

Na dodatok my akurat tohdy šykovali pôlśkie vydanie knižki Adama Hlobusa „Demonokameron”. Perekładali erotyčny historyjki minśkoho piśmennika, musit, z 15 čołovik z Biłostôčyny. Usi perekłady prychodili do mene, ja jich redagovała, potum posyłała Maksovi v Prazi, vôn popravlav jich šče raz, a potum znov ja. Jak dobre, što vže byv Internet.

Nu i šč v tôm časi, ale trošku ranij, vyjšła antologija biłoruśkoji poeziji, „Za niebokresem Europy”, kotoru perekładali my z Maksom i Alina i Kola Vavreniuki. Na 25 marcia (80-tu ročniciu obviščania Biłoruśkoji Narodnoji Respubliki), koli odbyłasie prezentacija antologiji, z Minśka do Biłostoku pryjichali troje z jeji autoruv: Ludka Silnova, Halina Dubjanieckaja, Ihar Babko. Vony nočovali v nas, i mni zapometałosie, jak testiova, pobačyvšy Halinu Dubjanieckuju, skazała: „O! I z ditiatom pryjichali!”. A poetka prosto była filigranovoji budovy, z rozpuščanymi vołosami vyhladała jak mołodeńka divčyna, tak hože…

Kilka dion posli prezentaciji Maks pojichav u Prahu do praci, a ja z tym ciłym bałaganom ostałasie v Biłostoku. I z damavikami Hlobusa na hołovi…

Maks u Prazi šukav dla nas chaty i večorami pisav mni, jak jomu kotory dôm spodobavsie. Odnoho razu pani z bjura nieruchomosti zavezła joho na huliciu Podlešinsku. Hospodar, pan Antonin, tohdy same vyjmav jožyka z basenu, kob toj ne vtopivsie. Koli Maks napisav mni ob situm, mni odrazu zachotiłosie žyti v domi, de byv sadok (zahrádka) z čerešniami, jabłykami, hruškami i morelovym derevom, i kudy prychodili jožyki, a sympatyčny hospodar ratovav jich od smerti v vodi. Tomu ja skazała, što choču sity dôm, žadion inšy. A chłopciam najbôlš spodobałosie, što tam byv basen.

Ale vernemsie do Hlobusa… Joho knižku vydrukovali pered vakacijami 1998 roku, i pud kuneć červenia v Topili v Biłoviśkuj Puščy, na odnôm z peršych literaturnych seminaruv „Biaźmiežža”, odbyłasie jeji prezentacija. Pryjichav sam autor (z žônkoju fotografkoju), môj Vania z Prahi, bôlšosť perekładčykuv, kupa inšych ludi, nekotorych ja i ne znała. Do Topiła pojichali my uzkokolijkoju z Hajnuvki, što było ne aby-jakoju atrakcijoju seminaru. Tam, na krajovi puščy, rozpalili velikie ohnisko, čytali rozkazy Hlobusa, rozhladali joho rysunki (zdôlny čołovik!), spivali, pekli kovbaski, nu i, rozumijetsie, trochu vypivali. A žônka Hlobusa usich fotografovała. Unoč my vernulisie do hotelika v Hajnuvci, perespali, rano rozjichalisie dochaty.

Perejizd z perelotom

Odrazu na druhi deń posli Topiła do nas pryjichav hruzovik z firmy, kotora perevoziła našy rečy v Prahu. Vony spakovali vsio i povezli. Udoma zrobiłosie pustovato. Ale prybližalisie moji imeniny i rozłučalna impreza. My zaprosili vsich našych bliźkich znakomych i susiduv. Chłopci i testiova pomohali robiti mni sałatki, ja vpekła tisto, my pryšykovali „švedśki stół” z raznymi vendlinami, rybkami i vže ne pomniu z čym. Pryjšło mnôho ludi, bôlš čym dvadceť čołovik, i impreza była na sto dva! Vypivali i zakusuvali, spivali, chtoś pryniôs gitaru (musit, Mirek, naš kum). Była moja sestra Ania, kotora same vernułasie z Greciji… Hosti pomału nas pokidali, a mni robiłosie štoraz smutnij i smutnij. Až na samy kuneć ja trochi popłakała…

Do Topiła pojichali my uzkokolijkoju…

Nu i pryjšła nedila, deń našoho vyjizdu. Bagažu my mili nemnôho, bo vsio nam potrbne povezli. My vziali sobaku i pojichali, najperuč pojizdom do Varšavy, a stamtôl na lotnisko. Chłopci tišylisie, bo peršy raz letili samolotom. Ja tišyłasie menš, bo panično bojusie samolotuv. Dla mene litanie to jakiś nenaturalny stan, mni lepi choditi po zemli, tohdy pevnij čujusie.

Brontalisie my po lotniskovi z našym sobakoju, poka ne zaklikav nas jakiś diaďko i ne zapytavsie, što my dumajemo robiti z našym zvirom. I počałosie: okazałosie, što sobaka zaveliki, kob joho vezti na rukach (Samuił važyv tohdy 45 kilo), i treba miti spicijalnu klitku, kotora koštuje 100 dolaruv, a v nas pry sobi ne było vže ani centa. Choč ty siadaj i płač. Kob vvezti sobaku v Cechiju, to my odpovidni kvit mili (Vania pisav spicijalnu prośbu do Ministerstva Rolnictva Ceśkoji Republiki, i jomu tam pudbili pečatku). I bilet dla sobaki tože mili, ono ne znali, što treba šče klitku. Z lotniska Maks pozvoniv svojomu koledzi z poperednioji praci, i kolega poobiščav tomu diaďkovi z lotniska, što hrošy za klitku pryveze. Posadili našoho sobaku v klitku i ponesli joho do bagažovoji komory samolota. U samoloti diti smijalisie i žartovali, a ja z zatisnutymi zubami sidiła i moliłasie. Nam dali štoś pojisti, ale ja naveť kusočka ne dała rady kovknuti…

Ale ne minuło i puvtory hodiny, jak my ščaslivo pryzemlilisie. U Prazi svitiło sonečko. My vziali svôj bagaž i čekali na sobaku. Narešti pryvezli našoho Samuiła i oddali nam joho razom z klitkoju. Jak vôn do nas usmichavsie! Site treba było bačyti! Až lude, kotory prochodili koło nas, zaderžuvalisie i tože vsmichalisie. Koli my vyjšli na stojanku taksôvok, začav morositi tepły doščyk, ale sonečko ne schovałosie. Zapakovalisie my z toju klitkoju do bagažovoji taksôvki i pojichali do našoho novoho domu na hulici Podlešinskuj 8.

Perše vraženie

Ja nibyto opyniłasie v jakômś nerealnum sviti. Chodiła, ohladała naš novy dôm, chłopci bihali i vybirali pokoji dla sebe, potum pobihli v sadočok podivitisie na basen, a dla mene čas jakby spovôlniv.

– Usio bude dobre, usio bude dobre! – povtorała ja sobi.

Maks pokazuvav mni pokoji, balkon, taras… Pomniu, što najbôlš zo vsioho spodbavsie mnie kominok. U svojôm ujavleni ja vže bačyła, jak ciłoju simjoju sidimo zimoju pry kominkovi, hovorymo, pjemo kavu i divimsie v ohoń… Potum ja vyjšła na balkon podivitisie na sadočok. Koło tarasu rosła velika čerešnia, povna čyrvonych płodôv, dalij byv basen v kštałti nyrki, za jim korč, kotory rozdilali sadočok na połovinu, a zzadu naš hospodar posadiv jabłyni, hruški i morelu.

Diti šalili z sobakoju v sadočku, a ja prysiła v fotelovi, słuchała jich hołosôv i čułasie velmi divno. Potum zazvoniła do baťkôv, kob skazati, što ščaslivo dobralisie na mistie. My trochi pudjili i vyjšli z sobakoju rozhlanuti okoliciu, u kotoruj nam dovełosie prožyti pjať lit. To była historyčna okolicia z nazvoju Biła Hora, koło jakoji v 1620 rokovi odbyłasie važna dla Čechiji bitva pomiž husytami i katolikami. Nedaleko našoji hulici rozłožyvsie velizny park – ciły okružany vysokim murom z kilkoma vchodami. Od hołôvnoho vchodu vede v jôm šyroka alija prosto pud renesansovy pałacyk z XVI stolitija, kotory maje kształt šestikutnoji zor (čeśka nazva sitoho parku – Obora Hvězda). Perevažno rostut tam buki, hraby i duby, ale je tože berozy i joły, a pry samôm pałacykovi stojat staryje veliziarny lipy. Koli vony cvili, u parku vsiudy čudno pachło. Park zajmaje bolš za 80 hektaruv, je tam i ručaj, i trochi pudbołočana łonka, i naveť odna čy dvi pečory. Za tyje pjať lit my z sobakoju obchodili sity park naskrôź. I vse v jôm było velmi fajno i pryjemno, nehlediačy na poru roku. Chłopci jizdili tam na roverach, my z Vaniom trochu bihali, kob skinuti lišni kilogramy. A pered parkom na velikuj łonci my často hrali z chłopcima v mjačyka.

Je tam i ručaj, i trochi pudbołočana łonka…

Našy rečy dojichali do Prahi puznij za nas, i my try dni spali bez posteli. Chłopci prykryvalisie ručnikami, kotory my mili z soboju v bagažovi, a my kocom, kotory Maks kupiv sobi, poka žyv sam. Ale lipeń byv tepły, tak što ne było na što narykati.

I tak počałosie naše žycie v Prazi.

(protiah bude)

Halina Maksimjuk

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis