Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Opowiadanie

Złote łąki

Złote łąki, złote słońce, złotordzawy świat jak okiem sięgnąć. Po sam horyzont. Nawet słoma na dachach chat była tego dnia dokładnie tego samego koloru co zżęte snopy, piętrzące się opodal. Puste bocianie gniazda przypominały smutno o nadchodzącej jesieni. Ptaki szczebiotały, ale już tylko w połowie tak głośno jak potrafią wiosną. Jakby bez sił. Jakby swą energię oszczędzały na co innego. Przechowywały na gorsze czasy. Czy coś je zwiastowało? Może tylko pocieszne dźwięki świerszczy i ich miarowe cykania: cy-cyt, cy-cyt, cy-cyt. Słońce, gdy w nie spojrzeć nie raziło już tak bardzo o tej porze roku. Można pomyśleć, że to człowiek nagle stał się mocniejszy, bardziej wytrzymały i godzien napawać się poczuciem dumy. Jakby stawało się naprzeciw wyzwania. Bezceremonialnie i bez należytego szacunku wobec siły co daje ciepło i pozwala rosnąć trawom. Odważnie patrzeć mu w twarz to niemal takie samo przeżycie. jak nie spuszczać oczu, napotykając groźne spojrzenie kozaka.

Mały Iwanek dobrze je zapamiętał. Kozak przyjechał i oznajmił coś takiego, że cała rodzina nagle posmutniała. Nie wiedział o co chodzi, ale gdy inni spuszczali wzrok, pokornie wychodząc z chat na odgłos strzelającego bicza, to tylko on miał odwagę patrzeć na przybysza. Jak to dziecko. Kozak zauważył go i zawadiacko puścił do niego oko, acz twarz zmieniła mu się, gdy  po chwili starsi podnieśli lament pełen pytań i wyrzutów.

Kozak starł z ust lekki uśmiech sprzed chwili i zmienił się w nieubłaganego i groźnego sołdata. Podnosił głos. Iwanek nie rozumiał dlaczego, ale dalej patrzył nieprzerwanie, tak jak teraz w słońce na jego brudną, zakurzoną od drogi twarz. Ani on, ani jego rodzice nie byli przecież niegrzeczni, więc wydawało mu się że może tamten się pomylił?

Prócz powtarzanych słów „Giermancy” i „zawtra” nie zapamiętał z tych wrzasków wiele więcej. Nie trwało to długo. Kozak świsnął, pognał dalej jeszcze raz strzelając głośno na wiwat i zostawił za sobą jedynie tuman kurzu. I te smutne twarze rodziców. Tak posępnych Iwanek nie widział ich chyba nigdy. On też bywał smutny, ale chyba tylko wtedy, gdy za coś dostał lanie.

Iwanek szedł boso po resztkach kłosów pszenicy na tyle zręcznie i udanie, że unikał ich niekiedy kłujących końców. Przecierał tylko oczy i nerwowo gmerał w ich kącikach. Nagle wyobraził sobie, że pędzi na karym koniu. Ma długi bicz i strzela z niego tak głośno, że słyszy cała wieś. Maluch wymachiwał rączką niby strzelając z trzymanego w niej kurczowo kłosa.

Chłopiec wybiegł zdyszany na polną dróżkę i skierował się w stronę widocznej już na horyzoncie chaty. Pasował do tego miejsca i czasu. On też był złoty. Złota główka na złotym piasku, a wewnątrz złote serce.

– Iwankoooo! – usłyszał z oddali.

Przed chatą stał wóz, na którym piętrzyły się pakunki i tobołki. Zauważył też babcię, która z wielkim smutkiem w oczach patrzyła na załadunek. Malec podbiegł do niej zdezorientowany, po dziecięcemu ucieszony na jej widok.

Oj, bida, Iwanko... – rzekła cichutko babcia. – Trebo nam jichati.

– Czom?

– Kob nas zły lude ne ubili.

– Tyje kozaki, szto tut byli wczora?

– Nemci…welmi zły lude, ditiatko. A może i kozaki, koli b my ostaliś… czort jih znaje.

– A de pojedem? Do tebe?

Babcia oderwała wzrok od malca i patrzyła w martwy punkt przed siebie.

– Nie, mileńkij – odpowiedziała po chwili. – Daleko… Sama ne znaju szcze de. Tam, de nas wony ne znojdut. Hore, ditiatko, hore…

Iwanko zauważył tatę, który niósł zza chaty podręczne domowe narzędzia. Przykucnął przed synkiem, wyjmując z kieszeni wystrugane w drewnie zwierzątka.

– Zaberem jich z soboju, prawda Iwanko?

– Tak, ja nide bez jich ne pojedu!

Ojciec uśmiechnął się smutno i poszedł w głąb izby, głaszcząc go lekko po włosach. Malec stał tak, osowiały obserwując krzątaninę domowników.

Po jakimś czasie na podwórko przyszli sąsiedzi – Stepan, Petro i Zina Hryciukowie. Wsiedli na furę. Niezgrabnie gramoląc się, uważając na dobytek, umościli się na resztkach wolnego jeszcze miejsca. Zina ocierała oczy spuchnięte od łez. Musiała długo płakać.

Iwanka ogarnęła wielka rozpacz.

Czom my jedem?! – zaczął gniewnie tupać nózkami. – Ne choczu wyjiżdżati! Baćku, skaży, szto b my ostaliś!

Babcia podeszła do niego i ponownie objęła wnuczka, by się uspokoił.

Bude dobre, ne sumuj ditiatko – pocieszała babcia. – Zanedowho wernemsia.

***

Wóz ruszył w drogę. Kobiety zaczęły szlochać, spoglądając na mijane chałupy we wsi. Iwanko, usadowiony na kolanach matki, zdał sobie sprawę z tego co się tak naprawdę dzieje dopiero wówczas, gdy mijali cerkiew. Za zakrętem zaczynała się szeroka, dobrze mu znana bita droga. Nieraz widział podążające tym gościńcem lśniące czarne powozy, zza zasłonek których wyglądały ciekawie panie w kapeluszach, a także biedniejsze dorożki z wąsatymi woźnicami. Jak też ciągnięte przez umęczone konie ogromnie długie kloce drewna. Podziwiał również piękne powozy carskiej poczty, jadące tędy w towarzystwie żołnierzy. Były opatrzone dwugłowym orłem Romanowów i wiozły cenne listy. Biegł za nimi, póki nie zniknęły mu z oczu. Może mieli tam tajne informację dla cara?

Tym razem jego oczom ukazały się nie dyliżanse ani pojazdy pocztowe, a kolumny załadowanych furmanek, takich jak ta, na której siedział. Część była nakryta płachtami, by móc pod nimi skryć się przed deszczem. Ilość zaprzęgów robiła wrażenie. Jechała chyba cała wieś, przed nimi rodziny kowala Wasyla i baby Swiety, z tyłu samego batiuszki. Kolumny z wiosek i okolicznych przysiółków ciągnęły się aż po horyzont. Chłopiec czuł strach i smutek, przemieszany z wizją wielkiej przygody.

Wóz, na którym jechał batiuszka, był większy i niósł się z niego modlitewny śpiew. Był załadowany nie tylko tobołkami z ubraniami i jedzeniem, ale też ikonami. Z tyłu zaś leżał niewielki dzwon cerkiewny. Ciekawski Iwanko wszystko to dojrzał i niczego już nie mógł zrozumieć. Skoro mają niebawem wrócić, tak jak mówiła babcia, to po co wieźć ze sobą dzwon z ikonami? A może wiozą to dla cara?

Chłopczyk chodził czasem do cerkwi, najczęściej z babcią. Podczas nabożeństwa, trzymając się jej długiej spódnicy, wpatrywał się w uniesione palce świętych, wsłuchiwał się w dostojne śpiewy, a najbardziej lubił ogniki świeczek i wonne zapachy, jakże inne od tych na kwietnej łące za wioską.

Zaczęło zmierzchać. Iwanka, który przysypiał już na matczynych kolanach, rozbudziło głośne „Hospodi pomiłuj!”. Wozy naraz stanęły i wszyscy patrzyli za siebie, w stronę zachodzącego słońca. Za horyzontem unosiły się w górę łuny ognia i kłęby dymu.

– Boże, chyba nasza wieś się pali! – wystraszona babcia przeżegnała się z trwogą, a mama zaczęła szlochać. Przez fury przeszedł lament niczym struga deszczu podczas porywistej burzy z piorunami.

Teraz wszyscy zrozumieli, że nie ma już dla nich powrotu. Woźnice czym prędzej pogonili konie. Niektórzy w popłochu zboczyli z trasy, ale większość parła do stacji kolejowej.

Iwanko był za mały, by rozumieć dramatyczny rozwój  wypadków. Dorośli jednak wiedzieli, co się rozpętało na dotąd spokojnym dla nich świecie. Przejazd poprzedniego dnia przez wieś pędzącego na koniu kozaka stał się potwierdzeniem najgorszych ich przeczuć. Do ostatniego momentu łudzili się, że niebezpieczeństwo minie. Byli przekonani, że Giermaniec nie złamie frontu za Warszawą, a wojska rosyjskie obronią ich prawy prawosławny świat prostego chłopskiego życia przed krwawą nawałą  z zachodu. Niestety, tak się nie stało.

Batiuszka był jednym z lepiej poinformowanych i już przed tygodniem na liturgii w cerkwi nawoływał do sposobienia się do ucieczki.

Jakże jednak to tak? A co z pracą rąk naszą i naszych ojców? Kto dokończy żniwa? Co ze starszymi? Największe przerażenie ogarnęło kobiety. To co mówił batiuszka było jak piekło na ziemi. Chyba sam diabeł nakazał Niemcom okaleczać kobiety, rabować dorobek życia całych rodzin, palić gospodarstwa i mordować gospodarzy.

Mama Iwanka bała się zwłaszcza o synka. Z Olehem byli młodym jeszcze małżeństwem. Czy mieli ryzykować życie jedynego syna? Była kobietą skromną i posłuszną, ale przez moment monotonnej jazdy na furze wyobraziła sobie Maryję i Józefa, pod postaciami swoją i jej męża, uciekających przed złem i przemocą, by uratować Isusa. Czym prędzej jednak się przeżegnała, zajmując swe myśli czym innym.

***

Iwanko w kolejnych dniach długiej podróży powoli przyzwyczaił się do widoku ogromnej ilości furmanek, mijanych po drodze jednakowych wiosek i miasteczek, chałup, dróg pomiędzy wstęgami pól, a nawet groźnych pojazdów wojskowych, które ich pośpiesznie mijały walcząc o pierwszeństwo przejazdu. Przyglądał się carskim mundurom, czapkom i odznakom i nie podobało mu się, że sołdaty nie byli dla nich – bieżeńców– mili.

Na krótkich postojach spożywano posiłek, pojono i karmiono konie. Chłopczyk, korzystając z przerwy w podróży, przechodził pod ich brzuchami i beztrosko biegł do innych dzieci, urządzając z nimi gonitwy. Rodzice starali się nie tracić ich z oczu. Zziajana dzieciarnia szybko wracała do swych furmanek, wtulając się w spódnice mam.

Po którejś kolejnej nocy, przespanej kamiennym ze zmęczenia i niepokoju snem, Iwanka rozbudziło końskie rżenie, rwetes, okrzyki i głośny płacz wokół. Sznur furmanek dotarł do miejsca pełnego ludzi, czyniących wokół nieprawdopodobny raban. Kto żyw wyładowywał tobołki, pomagał starszym zejść z wozu. Ktoś obejmował na odchodne konie.

Iwanko przestraszył się. Ale dlaczego? Jak teraz będą jechać? Co z ich siwkiem? Też go zostawimy?

Daj ruczku – zamyślony usłyszał prośbę taty.

My wże dojichali? Tut ostajemsia?

Ojciec nie odpowiedział. W milczeniu wziął synka w ramiona i postawił na ziemię. Malec z nowej perspektywy widział przed sobą tylko gąszcz nóg. Wszystko wokół ruszało się, pulsowało. Zupełnie jak mrówki, pomyślał. Nieraz grzebiąc patykiem w mrowisku podziwiał ich organizację i zaradność. Stawiał zapory, zgadując czy zostaną sforsowane, wydłubywał ścieżki w nadziei, że ułatwi im zadanie. Te nie robiły sobie wiele z jego starań, postępując wedle własnej, nieznanej mu logiki. Patrząc na rzuconych tu dziwną koleją losu ludzi nie sposób było nie dostrzec podobieństwa. Tego dźwigania tobołków, miarowego przechodzenia, mijania się.

W tłumie było pełno wojskowych, wydających krótkie polecenia nieznoszącym sprzeciwu tonem:

– Wsiem wam nada pakinut’ zdjes wsio eta, szto nie dast-sia wziat’ w pojezd. Wy dołżny bystra pieriechadzić na wagzał. Skora budiet’ ujeżżat’ pojezd w Saratow. Pawtariajetsja: Pieriechadzicież na wagzał. Skora ujeżżajet…

Ojciec wydawał się niewzruszony, był zamyślony. Rozglądał się, obserwując dziesiątki zaprzęgów, carskich oficerów i ludzi tłoczących się za nimi. Usilnie starał się zachować przyjętą od ożenku postawę – jestem odpowiedzialny za swoich. Za wszystkich Nikitiuków.

Chutko wsio zaberajte – wydał komendę rodzinie. – Pujdem tam de inszy. Nasz batiuszka stojit wże tam-o. Konia treba nam tut pokinuti.

Po tych słowach Oleh wymienił porozumiewawcze spojrzenia z sąsiadem, który trzymał w garści zwitek banknotów  – efekt trwającego krótką chwilę targu z jakimś miejscowym. To tutejsi dyktowali warunki takiej błyskawicznej transakcji. Kupowali konia i furmankę może dla siebie, a może, by sprzedać drożej?

– Nieeee! – wydarło się nagle z piersi Iwanka, który podbiegł do konia i złapał go za uzdę. – Szto z jim bude? Wozmi joho z soboju batku! Jak jomu ostatiś bez nas? Nieeee!

– Ditiatko dorohoje, joho odwedut zara jak my pujdem – starała się uspokoić wnuka babcia Eulalia. – Hora dla joho żadnoho ne stane. Tut takaja welikaja kłunia – o tam, za sietoju huliciuju i wuon pujde zjesti z inszymi konikami szto-leń. Tut o zwiery dbati wmiejut. Jomu tut lepsz jak z nami bude? Nu ne płacz…

Pociągając nosem i wycierając załzawione oczy spojrzał przed siebie. Zobaczył podłużny, wielki drewniany zdobiony budynek. Gdyby znał bukwy mógłby przeczytać: W-A-G-Z-A-Ł oraz B-A-R-A-N-O-W-I-CZ-I.

W powietrzu unosił się zapach końskich odchodów, lekkiej spalenizny, a także metaliczny swąd nieznanych Iwankowi maszyn. Na peronie stało coś na kształt podłużnych, prostokątnych izb powiązanych ze sobą żelazem. Na przedzie stała potężna lśniąca czarna maszyna, z której wybuchała para.

Ludzie pomagali sobie nawzajem wsiadać, pakować dobytek, a nad wszystkim czuwali pracownicy carskiej kolei w ciemnych czapkach oraz sołdaci. Co chwila ktoś nowy dopytywał się u nich, gdzie pojadą, wylewając swe żale.

Wy nam kazali zbiratisia, my sobraliś – zagaił któryś bieżeniec. – No skażycie teper, kudy nam jechati? Jak nam żyti jak wsio szto majem, ono w rukach?

– Muoj mużyk pomer podorozi – żaliła się kobiecina. –  Jak mnie samoj z ditmima teper i de, skażyte?

Chto dla mene dast’ diengi za chatu, szto jije kozaki pudpalili? – pytał jakiś chłop.

W końcu głos zabrał najwyższy stopniem oficer:

– Nie bojcieś. Wajna eto wajna, no Rassija i sam car Nikałaj Wtaroj nie zabywajet ni pro adnawo z was. Wsiech, kto balnoj ili biez pamoszczi, budiet jemu pamoszcz akazana. Patom kak wy dastignietie miesto, kuda naprawlalisia, wazmożna wsiewo daznajetieś, no tiepier niet…

Pośród ogólnego rozgardiaszu mieszały się ze sobą głosy ludzi i stukot mającej wyruszyć w długą drogę żelaznej maszyny. Iwanko był już w wagonie. Siedział u babci na kolanach i rozmyślał o złotych łąkach.

Mateusz Styrczula

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis