Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Ukrainki i my

Wojna na Ukrainie od 24 lutego ciągle dominuje w rozmowach w pracy, w domu, ze znajomymi i przypadkowo spotkanymi. Interesuje chyba każdego, kto z dala obserwuje wydarzenia u naszego wschodniego sąsiada.

Pamiątkowe zdjęcie ze spaceru z „naszymi” Ukrainkami po gdańskiej starówce Fot. Michał Kusztejko
Pamiątkowe zdjęcie ze spaceru z „naszymi” Ukrainkami po gdańskiej starówce
Fot. Michał Kusztejko

Każdy jak może pomaga uchodźcom stamtąd. No nie, przesadzam, może nie każdy, choć takie odczucia dominują po informacjach w polskich mediach i w kręgu znajomych. A tu nagle na przystanku w Białymstoku, rano zagadnęła mnie starsza kobieta: „Najechało ich tutaj… Pani chyba nie wie, co Ukraińcy wyczyniali z Polakami, a teraz tu do nas jadą, by im pomagać”. Po niedospanej nocy taki potok słów natychmiast mnie obudził. Zanim nadjechał mój autobus zdążyłam tylko powiedzieć, że i Polacy nie byli święci, nawet tu u nas na Białostocczyźnie. I że wojna jest straszna i każdy ucieka, gdzie może. Taki obraz uchodźstwa z Ukrainy widziałam 8 marca na dworcu Warszawa Wschodnia. Wszystkie naczytane dotychczas wędrówki ludów stanęły mi przed oczami. Nasi też uciekali w głąb Rosji w 1915 r. od wojny właśnie.

Iryna – kosmetolog

Na dworcu Gdańsk Główny do pociągu, który jedzie do Berlina, za każdym razem wsiada mnóstwo Ukraińców. Czasem trzeba im pomóc w komunikacji słownej. Pobyli trochę w Trójmieście, jadą zobaczyć, jak jest w Niemczech, szukając schronienia od wojny. Starsi, młodsi, dzieci… W przedziale siedzę z Iryną z Doniecka. Do Gdańska przyjechała z córką i czteroletnią wnuczką, którą przyjęto do przedszkola. Przez dwa tygodnie wynajmowały mieszkanie w Gdańsku za 500 dolarów. Trudno o pracę, a i dzieckiem z dala od domu ktoś się musi zająć.

Iryna ma mieszkanie w Doniecku. Tam też miała swój gabinet kosmetyczny do 2014 r. Wtedy przeniosła się ze względów bezpieczeństwa do Kijowa. Wynajęła tam mieszkanie i otworzyła gabinet kosmetyczny. Od czasu do czasu odwiedzała swoje mieszkanie w Doniecku. Akurat 23 lutego stamtąd wracała do Kijowa. Zmęczona podróżą usnęła i nie mogła uwierzyć w wojnę następnego dnia rano, gdy rodzina budziła ją z głębokiego snu. Zebrały z córką najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechały do Polski. A tu też nikt na nie nie czekał. Trzeba było znaleźć jakieś lokum, by za zgromadzone oszczędności jakoś egzystować. Iryna jechała do Berlina, a stamtąd na dwa dni do Szwajcarii do koleżanki. Zobaczyć, jak tam jest. Wynajęła sobie na dwa dni hotel, bo koleżanka mieszka z rodziną. Konieczność zamieszkania nawet z najbliższą rodziną przyczynia się często do ostrej wymiany zdań, konfliktów wśród najbliższych, skupionych na niewielkiej powierzchni, stojących przed wielkimi niewiadomymi: kiedy się skończy wojna? Gdzie tu znaleźć pracę i z czego się utrzymywać? Zdecydowana większość uchodźców uciekała od wojny z nadzieją, że szybko wrócą do własnych domów, nie myśleli, że będą w Polsce zmuszeni pozostać na dłużej, zwłaszcza ci, którzy przyjechali ze wschodnich terenów Ukrainy.

Katia i Żenia

Do Berlina, tyle że przez Warszawę, jechała też trzydziestoletnia Ania z dwuipółrocznym Żenią. Stała z bagażami w tłumie na korytarzu, bo nie miała miejscówki. Sama o kulach, gdyż dwa lata temu, jadąc do pracy w Polsce z obwodu chersońskiego, miała wypadek. Jest po dwóch operacjach kolana i nadziei nie ma na poprawę. Przez dwa tygodnie mieszkała w Gdańsku-Oliwie w centrum wolontariatu w siedmioosobowym pokoju. Oprócz niej matka z piątką dzieci, która małemu Żeni nie pozwalała brać zabawek, którymi bawiły się jej dzieci. Potem był pensjonat w Juracie. Tam w pokoju dokwaterowano im jeszcze jedną kobietę, chociaż obok mieszkała jedna Ukrainka, ale ponieważ się ciągle modliła, nie można było do niej nikogo dokwaterować. Katię z Żenią miała zabrać do siebie jakaś rodzina, ale jak zobaczyli „żywe dziecko”, odmówili. Katia mówi, że straciła wszystkie oszczędności – w Juracie wszystko drogie, i jedzie do Berlina, do matki chrzestnej Żeni. W Niemczech mieszka też jego ojciec, z którym Katia rozeszła się. Po drodze na noc zatrzymują się w Warszawie – tam mieszka jej mama. A rano jadą do Berlina. Może tam będzie lepiej…

Karolina – germanistka

Karolina pochodzi z Tucholi. Ukończyła germanistykę na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. W sezonie – od maja do października –  prowadzi pensjonat w Pucku, a poza sezonem zajmuje się tłumaczeniami, prywatnie uczy też języka niemieckiego. Gdy zaczęła się wojna na Ukrainie, zgłosiła do władz Pucka chęć przyjęcia trzech uchodźców. Dość długo na nich czekała. Zgłosiły się trzy kobiety, a potem one na kolanach i ze łzami w oczach prosiły, by przyjęła jeszcze ich siostry i znajome. W ten sposób w pensjonacie było po tygodniu jedenaście osób – na potencjalne 12 miejsc. Jak przyjechały trzy pierwsze Ukrainki, by je nakarmić, udała się do zaprzyjaźnionego baru po zupę pomidorową. – Świetnie gotują, – więc pomyślałam, że na pewno zaspokoję ich głód i apetyt. Okazało się, że zupa im nie smakowała, bo nie było w niej ziemniaków i nie podano chleba. Nie odpowiadały im też polskie śniadania – kanapki i herbata. One chciały gotowaną kaszę, ziemniaki, kotlety, a nie kanapki. A herbatę piły po śniadaniu, a nie do śniadania. Jak zaproponowałam, by może same sobie gotowały, Karolina powiedziała, że ona zatrudnia kucharki i nie może pozbawić ich pracy. Przyjmowała je jeszcze przed sezonem, w marcu. Pensjonat wtedy nie był ogrzewany. Musiała zaopatrzyć się w gaz, by ogrzać pensjonat. A to też kosztuje, ale nie chciała, by Ukrainki marzły. Firma handlująca gazem użyczyła jej bezpłatnie, skoro to na ogrzanie uchodźców. Karolina martwiła się, że wojna nie skończy się szybko. Jej mąż powiedział: „Pójdziesz z torbami przez uchodźców”. Ale Karolina pomaga jak może Ukrainkom, mimo wszystko, z nadzieją na rekompensatę za straty poniesione w sezonie.

„Nasze” Ukrainki

17 maja żegnaliśmy „nasze” Ukrainki – Ludę z wnuczkami Anią, Aliną i Lerą. Po ponad dwumiesięcznym pobycie w „Ostrzyckim Lesie” postanowiły wracać do Żytomierza. Odbierałam je na stacji Pomorskiej Kolei Metropolitarnej w Gdańsku. Jakie miały radosne miny! Pierwszy raz od 8 marca widziałam w ich oczach tyle radości! Dziewczyny stęskniły się za domem, za rodzicami, a osiemnastoletnia Ania także za swoim chłopakiem. Choć uczyły się zdalnie, brakowało im towarzystwa na kaszubskim odludziu. Luda nie miała wyjścia – musiała się poddać presji wnuczek. Mimo radości z powrotu do domu z niepokojem tam wracała. Jednak nie miała sumienia, aby pozostawać dłużej na łasce obcych ludzi. Jej ukraińska emerytura – na szczęście wypłacana – to tylko około 300 zł! Jednorazowa polska pomoc w wysokości 300 zł przyszła tuż przed wyjazdem. Gdy w banku sprawdzały stan swego polskiego konta, które ciągle było puste, pani powiedziała, by spokojnie czekały. Luda zapytała mnie: „Spokojnie – to ile czasu?”, myśląc, że oznacza to jakiś określony termin. Ludzie dobrej woli pomagali im jak mogli – teściowa Marcina Jadwiszczoka, który użyczył im swoje mieszkanie w ośrodku „Ostrzycki Las”, zaprosiła Ukrainki na śniadanie wielkanocne. Odwiedzała je też w ośrodku, przyjechała też, by odprowadzić je do pociągu. Marcin, przyjeżdżając do ośrodka, zapraszał je na grilla. Na pożegnanie zaprosił je na obiad do restauracji. Zapewnił też, że w każdej chwili mogą wrócić. Pokazaliśmy im Gdańsk, wspomagaliśmy jak mogliśmy z sąsiadami i znajomymi, by czuły się tu dobrze, by miały z czego żyć. Sporadyczne spotkania dopełnialiśmy rozmowami telefonicznymi. Wszyscy mamy własne sprawy, wśród których trzeba znaleźć miejsce dla Ludy i jej dziewczyn. Przez ponad dwa miesiące wymienialiśmy się informacjami. Tak dowiedziałam się, że po 10 dniach wyjechała Natasza – była tak straumatyzowana, że nie dała się przekonać, by pozostać w Polsce. Po miesiącu wyjechała Ira – jej pracodawca postawił jej warunek, albo wraca, albo ją zwalnia z pracy. Nie było wyjścia. Do Ludy przyjechała jej siostra Stasia, która zamieszkała razem z nią, zanim wyjechała na Ukrainę. Luda bardzo chciała podjąć jakąś pracę, ale był z nią problem. W poczuciu wdzięczności przyjechała do mnie, by umyć okna przed Wielkanocą. Z sąsiadką Aleksandrą Moskwową pracowała na działce. W „Ostrzyckim Lesie” z dziewczynami posadziły dziesięć świerków na pamiątkę po sobie. Obiecałyśmy sobie, że nasza znajomość nie skończy się wraz z wojną. Już z Żytomierza zadzwoniła Luda, opowiadając o powitaniu ich przez rodzinę: trzynastoletnia Lera nie mogła się powstrzymać od łez przy spotkaniu z tatą, na Anię czekał jej chłopak. W żytomierskim mieszkaniu Ludy czekały na nią jej ulubione storczyki i ciągle kwitnący „kaladnik”. Po kilku dniach Luda także była już w pracy.

Wiktoria i Natasza

18 maja po północy z pociągu, na który odprowadzaliśmy „nasze” Ukrainki, wysiadła matka Wiktoria z czteroletnią dziewczynką Nataszą. Z walizką i z czterema siatkami. Zapytała o lotnisko, bo nie miała zielonego pojęcia, gdzie jest i jak tam dojechać. Litując się z sąsiadem zawieźliśmy je na gdańskie lotnisko. Rano o godzinie 6.30 lecą do Manchesteru, do sponsora, który zobowiązał się je tam spotkać i dać bezpłatnie dach nad głową przez pół roku. Wiktoria otrzymała wizę brytyjską na trzy lata. Tutaj w Polsce była od 4 marca – w Koszalinie. Mieszkała u pani Uli, z którą bardzo się zżyła. Miała szczęście, jak mówiła, bo znalazła pracę w ogródku – 15 zł za godzinę, więc miała na podstawowe wydatki. Jej córeczka chodziła do przedszkola, więc mogła pracować w godzinach od 7 do 15-ej. Natasza nauczyła się bardzo szybko języka polskiego, gorzej z jej mamą. Nigdy wcześniej nie była w Polsce. Na Ukrainie mieszkała w Czerniowcach – miała tam własną firmę. Z wykształcenia była ekonomistką, z zawodu – główną księgową. 8 miesięcy wcześniej nagle na zawał serca zmarł jej 38-letni mąż. Jej rodzice już nie żyją, a teściowie zginęli w wypadku. Gdy wybuchła wojna, długo się nie zastanawiała. Przez Rumunię, Słowację w ciągu pięciu dni dotarła z córką do Koszalina, gdyż tam była jej znajoma. Nie ma po co wracać do Czerniowców – nikogo z bliskich już tam nie ma. Zna dość dobrze angielski, może znajdzie w Manchesterze pracę, chciałaby pracować. Natasza ma już zapewnione miejsce w przedszkolu. Może za rok odwiedzi panią Ulę, która dała jej przytułek w Polsce. Na Ukrainę chce wrócić, by postawić pomnik na grobie męża. Natasza wie, że jej tata jest niebie i że lecąc samolotem go zobaczy.

Marusia

Marusia, obładowana bagażami, jechała pociągiem z Warszawy do Białegostoku przed Wielkanocą. Odwiedzała swych dawnych gospodarzy. Myśląc, że jest uchodźczynią z Ukrainy, zapytałam ją o to. – Przed świętami nadawali mi różnych prezentów – odpowiedziała. Przyjechała do Polski jako dziewiętnastoletnia dziewczyna, ze wsi pod Ivanofrankivskiem (dawnym Stanisławowem) dwadzieścia lat temu. W domu było ciężko, ojciec był nałogowym alkoholikiem. Już nie żyje. Już wtedy nie było łatwo z pracą, ale była zdesperowana, by zarobić pieniądze i pomóc rodzinie na Ukrainie. Pracowała dorywczo pod Warszawą w ogrodnictwie, przy kwiatach, o czym nie miała zielonego pojęcia. Nie znała języka polskiego. Wiele razy płakała z powodu własnej bezsilności. Wreszcie udało się znaleźć pracę lżejszą – przy sprzątaniu domów. – Pani, komu ja w Warszawie za te dwadzieścia lat domów nie sprzątałam – opowiada, wymieniając dostojne stanowiska swoich gospodarzy. – Na początku nie wiedziałam do czego służy sprzęt, w który mnie wyposażono przy sprzątaniu. Ale wszystkiego można się nauczyć. Zdobyła zaufanie gospodarzy – miała klucze od ich mieszkań. I do dziś utrzymuje z nimi kontakty, od czasu do czasu ich odwiedzając. Bardzo krytycznie wypowiada się na temat uchodźców z Ukrainy. – Poprzyjeżdżały moje koleżanki, sąsiadki, myśląc, że tu ktoś nad nimi się będzie litował. Mówię im, przecież tam u nas pod Ivanofrankivskiem nie ma wojny, po co tu przyjechałyście? A jak już przyjechałyście, to trzeba pracować. Takiej jednej pomogłam znaleźć pracę przy sprzątaniu, ale wstydu się tylko najadłam. Bo sprzątała byle jak, a przy tym stwierdziła, że to dla niej za ciężka praca. Teraz Marusia mieszka w Wasilkowie z partnerem. Nie założyła dotychczas rodziny, bo ciągle musiała ciężko pracować. – Teraz mam lżej – mówi – ale to, przez co przeszłam w ciągu dwudziestu lat, to naprawdę szkoła życia. Jej mama i brat także są w Polsce. Przyjechali tu jeszcze przed wojną i pracują.

Ina – poetka białorusko-ukraińska

Inę Snarską, rodem z białoruskiego Połocka, poznałam w Mińsku na pierwszym, a może na jednym z pierwszych Zjazdów Białorusinów Świata – w 1993 albo w 1997 r. Potem spotykałyśmy się co cztery lata w Mińsku na kolejnych Zjazdach. Ostatnio w 2017 r. Raz nawet spotkałyśmy się niespodziewanie w Połocku przed zabytkową cerkwią Sofijską. Ina studiowała w Połtawie, wyszła za mąż za Ukraińca i mieszka z rodziną w Połtawie. Jak tylko zaczęła się wojna na Ukrainie, myślałam o niej. Nawet zaproponowałam jej przyjazd do Polski. Nie byłam pierwsza. Wcześniej zaprosiła ją Natalia Rusiecka z Lublina. Ale Ina nie wyjeżdża, jest z rodziną – z mężem, synem, synową i czteroletnim wnukiem Makarem w Połtawie. – Lena, dziakuju za zapraszeńnie, ale ja nie mahu astavić tut siamji.

W wywiadzie dla Radia Svoboda powiedziała, że przez miesiąc od wybuchu wojny nie dała rady pisać, czytała tylko wiadomości o wojnie. – Lena, ja vielmi bajusia, ale maju nadzieju, szto Ukraina pieramoża – mówi. Wyjeżdża na wieś, gdzie budzi się wiosna i daje natchnienie. Ina pisze po ukraińsku i po białorusku:

Літак

1

Макару чотири роки, його лякають повітряні тривоги,

особливо, коли застають на вулиці.

Малому хочеться бігти додому, щоб сховатися,

вдома йому не так страшно.

Щоб якось заспокоїти онука, я придумала гру-замову,

коли звучить сирена, треба казати: “Я літак, я не боюся!”

– Буся, а літак літає високо?

– Так, мій рідний.

– Вище нашого дома і вище хмар?

– Звісно.

– Тоді я хочу літати вище сирен і вище війни.

 

2

„А я літак, я не боюся, –

каже онук, – ми потерпимо, буся…”

Потерпимо… Терен долоні коле…

але ми на волі.

Онучок маленький, не бійся, не бійся,

ми летимо вище терену, листя,

вище повітряних жахів-тривог

і над нами лиш Бог.

17.04.2022

 

* * *

Праўда мая сярмяжная:

Тут мяжа, там мяжа,

Ворага нішчым адважна,

Калі перамога падкажаш нам?

Воля мая прывольная,

Хмара плыве раптоўная,

Рэкі ў крыві гаручыя,

Плачу дажджамі ў Бучы я.

Калі ўжо спачын у маім даму?

Сірэны равуць як сірыны,

Госпадзі, папускаеш чаму?

Дай жа, малю, крылы нам…

Каб прачнуцца у цішыню.

Але не згасае надзея.

Вербная сёння Нядзеля.

17.04.2022г.

 

22 kwietnia Ina napisała na Facebooku:

Вірші приходять українською та білоруською мовами поперемінно, і все ж частіше білоруською. Пишеться рідною мовою про рідну мені Україну… Позавчора гуляла у лісі, дякуй Богу, поки що є така можливість, і побачила зламане дерево старої абрикоси. Її гілки попре все квітують! Боляче до сліз. Сум і радість. Подумалося про непереможну силу життя, а також наших воїнів ЗСУ, які виявляють приклади неймовірного героїзму, героїзму, що перевищує людські можливості… А дерева навчають нас бути сильними й мужніми, вони знають, що ми переможемо!

* * *

Дрэвы, як салдаты, паміраюць апоўначы.

– Волі, волі! – паўтараюць яны.

Я бачу іхнія вочы.

Ваяры.

А дрэвы такія моцныя,

Карэннем рэжуць зямлю.

– Воля! Воля! – гучыць, як знаменне.

Я не сплю.

«Люлі-люлі, – спяваю,

Засні, дзіця», –

Усім тым, хто за волю

Аддаў жыцця.

Ах, зноў вымаўляю па-украінску,

Па-беларуску будзе «жыццё».

Так рукі сплятаюцца бліскаўкамі.

Адкрыццё.

Поўня, як збан з маланкамі,

Чую – звініць…

Гэтыя дрэвы такія моцныя.

Жыць!

Адварваныя ад карэння,

Усё ж цвітуць.

Абрыкосы, як адкравенне,

Тут.

20.04.2022г.

 

Надзея

Перад Вялікднем мыю вокны,

як рабілі мая бабуля і маці:

сонца няхай абцалуе хату,

каб жыць тут, доўга жыць…

На праменьчыку красы, чысціні

і нават немагчымага,

кажу вайне: „Не!”

Так рабілі мая бабуля і маці,

так раблю я.

Дзея з надзеяю на перамогу.

22.04.2022г.

 

Під шатами вишні

стою сама себе вище.

Прошу у вишні та Бога,

щоб легкою була дорога

тим, хто летить в небеса…

Тихіше, тихіше, вибухи,

дайте послухати голос вишній.

28.04.2022

 

* * *

Збіраю ландышы – чысціня і святло,

наталяюся пахамі – сонечнымі, святочнымі.

А за вакном вые сірэна і цвіце бэз,

такое непрыроднае паяднанне.

Сэрца маё, не плач,

бо жывыя ўсе, хто пайшоў…

Стаўлю букецікі ў кожным пакоі-спакоі,

як рабіла некалі ў дзяцінстве.

«Родныя душы, ляціце сюды,

я вас не чую, але адчуваю…»

І сірэны змаўкаюць, і пахнуць кветкі,

і няма вайны.

11.05.2022

„Kурсую паміж вёскай і Палтавай, пішу час ад часу вершы, перажываю за Украіну… – napisała Ina

 

Profesor Mychajło

Wiersze Iny przesyłam profesorowi Mychajło Selivaczovovi, który przez Kosów, Użhorod, Słowację dotarł z żoną do Wiednia. Stamtąd prowadzi wykłady on-line dla studentów. Odprowadza ośmioletnią wnuczkę do szkoły, uczy się niemieckiego, zwiedza muzea. I pomyśleć, że przed I wojną światową jego babcia Anna Solankówna wyjechała z Grodna na nauki do austriackiego Insbrucku, a on dotarł do Austrii ponad sto lat później uciekając od wojny z Ukrainy!

Helena Głogowska

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis