Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

U braci Litwinów

W Czasopisie nieustannie podejmowany jest temat zanikania języka białoruskiego (tak literackiego jak i gwar), procesów asymilacyjnych i nierozumienia własnej spuścizny przez mieszkańców północno-wschodniego historycznego Podlasia i Sokólszczyzny. Ponieważ sam wielokrotnie o tym pisałem, zapragnąłem porównać, jak na tym polu mają się inne mniejszości w Polsce. Przyświecała mi niezbyt poprawna politycznie maksyma Józefa Piłsudskiego o Rzeczpospolitej jako obwarzanku, pustym w środku a smacznym na obrzeżach. Dlatego na pierwszy ogień poszła mała ojczyzna polskich Litwinów z powiatu sejneńskiego, konkretnie gmin Szypliszki i Puńsk, tuż przy granicy z Litwą. Spędziłem tam cztery dni, starając się mieć oczy szeroko otwarte i nadstawione uszy. Na podobnej zasadzie smakowałem unikatowość Podlasia bez mała dziewięć lat temu.

Pierwsza okazja dojrzenia podobieństw i kontrastów nadarzyła mi się już w autobusie relacji Suwałki-Puńsk (Punskas). Pasażerowie wydali mi się podobni do jeżdżących regularnie między Białymstokiem a Rybołami, czy też Dąbrową Białostocką a Sokółką. Czyli znający się ze sobą i mający nawet swoje ulubione miejsca wewnątrz autobusu. Skoncentrowani w rozmowach na zwykłych codziennych sprawach, dalecy od wielkiej polityki.

Okolice Puńska. Lato 2020
Okolice Puńska. Lato 2020

W autobusie do Puńska za każdym razem jechali wraz ze mną brzuchaci panowie w średnim wieku, wracające do domu emerytki, uradowane zakupami w Suwałkach, pojedynczy uczniowie z obowiązkowymi słuchawkami na uszach i tylko czasem ktoś zbłąkany tak jak ja.

Wraz ze zbliżaniem się do przystanku docelowego podróżnych co raz to ubywało, a ja cały czas czekałem, kiedy usłyszę litewską mowę. Podobnie jak w 2011 roku, kiedy również w autobusie po raz pierwszy zetknąłem się z językiem podlaskim, białoruską gwarą spod Dubicz Cerkiewnych. Teraz żywą mowę Litwinów najpierw usłyszałem, gdy na sąsiednim siedzeniu młoda, może trzydziestoletnia, kobieta odebrała telefon. Z trwającej kilka minut rozmowy oprócz dwóch polskich wtrętów w stylu „dobra” czy „na razie” nie zrozumiałem niczego. Pomyślałem – dobra nasza, język litewski faktycznie tu żyje.

Od razu przyszło mi do głowy porównanie z rzeczywistością podlaską. Po swoich doświadczeniach mam spore wątpliwości, czy młoda osoba zechciałaby w ogóle rozmawiać przez telefon nie po polsku poza zaciszem domowym. Bo ktoś może zwrócić uwagę i w ogóle jakoś tak wstyd. Wszystko jedno w jakiej gwarze.

Wysiadłem w Szypliszkach – stolicy sąsiadującej z Puńskiem gminy, gdzie miałem już zarezerwowany całkiem przyzwoity nocleg. Zakurzony bar „Malibu” pełen był rosyjskich tirowców, debatujących o wyborach na Białorusi. Mały kantorek, soczyste wschodnie przekleństwa, wszechobecne muchy, siadające na kraciastych ceratach, a nawet srebrna dyskotekowa kula nad moją głową, rodem z późnego PRL-u, są kwintesencją przybytków w pobliżu przejść granicznych. Tak samo jest w Terespolu, Gołdapi czy Dołhobyczowie.

Następnego dnia z Szypliszek pieszo wybrałem się do stolicy litewskiej mniejszości w Polsce. Szedłem trasą Szypliszki – Słobódka (wieś jeszcze polska), potem do Szołtan/Šaltėnai (mieszana), by wreszcie znaleźć się w Puńsku/Punskas (zdecydowanie litewskim). Po drodze podziwiałem pofałdowane wzgórzami morenowymi złote pola, pełne warkoczących maszyn rolniczych, uwijających się podczas żniw. Przyglądałem się wiejskiej zabudowie, innej niż na Podlasiu. Tu stoją domy proste, najczęściej murowane, bez zdobień, oddalone od siebie. Jakaż to różnica wobec bielsko-hajnowskich ulicówek, czy nawet przytulnych kolonii na skraju Puszczy Białowiejskiej. Próżno też szukać tu przed domami ławeczek, jak też tylu jak na Podlasiu krzyży i kapliczek, których tu jest niewiele, a i te jakieś takie bez życia. Nie to co na kipiącym religijnie katolicko-prawosławnym pograniczu koło Brańska czy Łap.

Słupy Giedymina na przystanku w Szołtanach
Słupy Giedymina na przystanku w Szołtanach

Ale oto prawdziwa perełka – przystanek autobusowy na skraju wsi Szołtany i Szlinokiemie (Šlynakiemis), betonowy klocek z solidnym dachem z umieszczonymi pośrodku herbem, znanym pod nazwą Słupów Giedymina. Ten geometryczny symbol, używany przez Giedyminowiczów w średniowieczu, odżył na początku XX wieku, kiedy to zyskał na Litwie rangę równą Pogoni. Przystanąłem i zadałem sobie pytanie, czy w białoruskiej gminie mogłaby pojawić się symbolika tak jednoznacznie odnosząca się do spuścizny innego niż polski narodu. A Słupy Giedymina to jednak nie to samo co Pogoń/Pahonia. Ten symbol wielbią litewscy nacjonaliści, choć stanowi oczywiście w jakimś sensie wspólne dziedzictwo Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Przed stu laty się odrodził, gdyż Pogoń miała zbyt wielu spadkobierców, była za bardzo „wspólna”. Nie znaczy to, że gorsza, bo uznana została przez władze młodej republiki również za swoją, ale jednak współdzielona z Białorusią i Polską. Żmudź zaś potrzebowała jednoznacznego odwołania do czegoś sprzed sojuszu z Koroną. Dlatego sięgnięto po Słupy Giedymina.

Jakieś dwa i pół kilometra dalej czekał mnie już Puńsk. Duża wieś z około półtoratysięczną społecznością powitała mnie dwujęzycznymi tablicami, które podobnie jak w gminie Orla kilka lat temu stały się obiektem wandalizmu.

Puńsk to centrum Litwinów w RP. Z jeziorem, górującym nad wsią neogotyckim kościołem, drewnianymi krzyżami nieco przypominającymi te znad Biebrzy, charakterystycznymi nazwiskami na szyldach sklepów. Bałtyckiej mowy pełno tu na mapach, tablicach pamiątkowych, budynkach administracji, przed kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Język litewski powszechnie słyszy się na nabożeństwach, w szkole podstawowej i nawet na ulicy zdaje się dominować, ale nie w stopniu tak miażdżącym jak wydawało mi się przed przyjazdem tutaj. Okazuje się, że żaden, nawet najbardziej odporny na procesy asymilacyjne żywioł w Polsce nie jest wolny od działania tej przysłowiowej kropli, która drąży skałę. A siłą rzeczy jest to moc kontaktów codziennych. Trudno zamknąć się w ramach jednej małej gminy, podczas gdy punktem odniesienia od poniedziałku do piątku jest praca w Suwałkach, Gołdapi czy Sejnach. A tam już maleńki świat polskich Litwinów się kończy. Nawyk używania polszczyzny wchodzi w krew i przenika do niewzruszonego do niedawna jądra. Dobrze to znamy z niepowstrzymanego wpływu spolonizowanej Hajnówki czy Bielska, a przede wszystkim Białegostoku, na okoliczne wsie.

Kościół w Puńsku
Kościół w Puńsku

Podczas zwiedzania miasteczka z ciekawością zajrzałem do regionalnej restauracji. Miła kelnerka dopiero otwierała lokal, a przed drzwiami czekało już dwóch zadziornych, może ośmio-dziewięcioletnich rowerzystów. Zapytali mnie o godzinę, niecierpliwiąc się nieco. Wraz z zamówieniem przysmażanych kartaczy i kwasu chlebowego z kija poczułem się prawdziwie jak na Litwie. Nie bez znaczenia była skoczna muzyka disco polo, jaka rozbrzmiała równo z pojawieniem się pierwszych klientów. Pozbawiona jednak wschodniej rzewności, a w odróżnieniu od białorusko-podlaskiego jej wydania słów litewskich szlagierów oczywiście nie rozumiałem.

Malcy, którzy weszli ze mną do knajpy, między sobą rozmawiali wyłącznie po polsku, o wielkiej pizzy, jaką zaraz zamówią, ale z kelnerką przywitali się nienagannym Laba Diena (dzień dobry). Nadstawiłem nieco ucha. Samo zamówienie złożyli również pozbawioną polonizmów litewszczyzną. Podobnie jak dwóch kolejnych gości, którzy niebawem usiedli przy piwie. Zatem byłem świadkiem czegoś odwrotnego niż na Podlasiu, gdzie już prędzej używa się prostej/swojej mowy w rozmowie z kolegą, w zaciszu domu, niż z panią w sklepie czy w barze. Nie mówię tu o festynach, lekcjach białoruskiego w szkołach czy wypowiedziach dla białoruskich mediów. Na Podlasiu od dawna nie uświadczysz już takiej jak w tym lokalu zwykłej i oczywistej rozmowy, prowadzonej nie polsku przez dzieci z dwudziestoparolatką. Dzień później podobnie zaskoczyła mnie obecność litewskiego w puńskim sklepie sieci polskich delikatesów. Nie mogło być mowy o przypadku, a raczej regule współistnienia w przestrzeni publicznej języka innego niż urzędowy. W II RP wszędzie było to czymś normalnym, w PRL już nie, a w III RP – pomijając wielkie miasta – spotyka się ze zdziwieniem i nierzadko konsternacją.

Czemu się jednak dziwić? Sytuacja suwalskich Litwinów, grupy liczącej według spisu z 2011 roku prawie 4900 osób i zamieszkującej zwarcie jedną gminę oraz kilka wiosek w gminach Szypliszki i Sejny, to rzeczywistość dla mniejszości bardzo komfortowa. Nie tylko przez wzgląd na brak czynnika polonizującego od wewnątrz. Granica z Republiką Litwy jest otwarta tak, że można jej nawet nie zauważyć. Na ulicach Puńska widzi się rejestracje z sąsiedniego państwa, co dowodzi, że mniejszość ta nie jest odcięta od reszty swego narodu, jak podlascy Białorusini od Republiki Białoruś. Sytuację językową wspiera szkolnictwo. Polscy Litwini rozmawiają niemal identycznie jak w Wilnie czy Kownie. Ich język niewiele różni się od literackiego, urzędowego litewskiego. Jako język pierwszego wyboru w kontaktach z domownikami w spisie wskazało go 3600 osób. W żaden sposób nie można tego porównać z mikrokosmosem lingwistycznym i kulturowym, jaki mamy od Biebrzy po Bug, gdzie nawet sąsiednie wioski nieraz mówią różnorako. Zarieczany za rzeką, liesuny za lasem czy zapolniki za polem. Takie określenia to nie tyle umiejscowienie sąsiadów w terenie, ile ich rozróżnienie z uwagi na charakterystyczne różnice językowe. Inna też jest świadomość narodowa i regionalna koło Dąbrowy, inna koło Zabłudowa czy Czeremchy, zwłaszcza w kwestii dawnych granic historycznych.

Autor przed dwujęzyczną tablicą w Puńsku
Autor przed dwujęzyczną tablicą w Puńsku

Kolejna rzecz to litewskość samej Litwy. Mniejszość ta, żyjąca w Polsce, nie natyka się w Wilnie na ścianę w postaci dominacji języka czy symboliki dawnego hegemona. Świadomi Białorusini w Polsce znowu mają tu pod górkę, bo jak budować mosty, gdy państwo-matka promuje język rosyjski, a na symbole narodowe wybiera sowieckie? Tych utrudnień jest więcej. Mniejszość białoruska i szerzej prawosławna w Polsce boryka się niesłusznie z łatką piątej kolumny i to mimo dość pasywnej postawy jej liderów. Może dlatego, że będąc dużo liczniejsza niż Litwini stanowi rywala w walce o rząd dusz nie tylko na gruncie narodowym, ale i religijnym. Wśród Litwinów-katolików ten problem nie istnieje. Są też fakty jeszcze bardziej prozaiczne, wręcz śmieszne, ale kto wie czy nie decydujące. Nawet bardzo opornym językowo jednostkom trudno jest nie zrozumieć kompletnie niczego z gwar wschodniego Podlasia. Z litewskim zaś sprawa jest inna. Ten lingwistyczny mur sprawia też, że mowa naszych sąsiadów nie drażni, nie tylko dlatego, że nie przypomina rosyjskiego. Raczej dlatego, że polscy Litwini są dumni ze swego języka, czego nie można powiedzieć o Białorusinach z Podlasia, a tym bardziej samej Białorusi. Pomijając oczywiście zdeklarowanych patriotów.

Wielu podlaskich katolików wciąż reaguje alergicznie na niepolski język swych sąsiadów. Na Suwalszczyźnie budzi to prędzej obojętność niż wrogość. Nie znaczy to oczywiście, że Litwini z Puńska i okolic drogę do obecnych swobód kulturalnych mieli usłaną różami. Po wojnie wielu z nich musiało wyjechać w ramach akcji wymiany ludności do ZSRR. Kilkadziesiąt lat poddawani byli próbom usilnej polonizacji tak przez państwo, jak i Kościół. W XXI wieku kolejne kontrowersje między Polakami i Litwinami wywołała postać Zygmunta „Szendzielarza” Łupaszki (podobnie jak u Białorusinów na Podlasiu), czy szykany władz  Republiki Litewskiej wobec mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie. Tablice dwujęzyczne, jak i wsparcie polskiego rządu, to wynik przede wszystkim niedawnego akcesu Polski do Unii Europejskiej. Podobnie jak w gminie Orla.

Tablica poświęcona lokalnemu działaczowi litewskiemu
Tablica poświęcona lokalnemu działaczowi litewskiemu

Na Suwalszczyźnie, tak jak na Podlasiu, zaciszne i malownicze miejsca, które przez stulecia trwały w niezmienionym kształcie, dziś w równym stopniu podlegają degradacji. Z tej samej przyczyny jak wszędzie – napierających wielkich inwestycji i coraz większego natężenia ruchu komunikacyjnego. Odwiedzając Szołtany nie mogłem przejść obojętnie wobec gigantycznych rozmiarów żwirowni i „jeziora” po jej środku, powstałego kilka lat temu na granicy gmin Szypliszki i Puńsk. I tak oto dziura w ziemi, niewiele mniejsza od samej wsi, i towarzyszący temu księżycowemu krajobrazowi – tak jak zresztą pod Sokółką – codzienny huk maszyn, wydobywających głównie narzutniaki polodowcowe (a to dość dochodowy biznes) zmieniła życie ludzi i perspektywę okolicy na gigantyczną skalę. Mieszkańcy obydwu gmin, tak polskiej jak i litewskiej, zgodnie protestowali w tej sprawie, ale jak widać są rzeczy ważne i ważniejsze. Teraz pojawiła się też wizja kolosalnej betoniarni, co jeszcze bardziej zdewastuje spokojną okolicę. Czy nie przypomina to walki, jaką toczą np. bielskie Studziwody w sprawie obwodnicy, albo Kruszyniany o zablokowanie przemysłowej fermy drobiu? Wiadomo – postęp ma swoją cenę i trudno oczekiwać, że zamkniemy się w kurnych chatach, ale jednak stopień lekceważenia głosu tak Tatarów z Kruszynian, Białorusinów ze Studziwodów, jak i Litwinów z Puńska zdumiewa.

Żwirownia na granicy gmin Puńsk i Szypliszki
Żwirownia na granicy gmin Puńsk i Szypliszki

Moja kilkudniowa wizyta na Sejneńszczyźnie dawała jednak dopiero przedsmak prawdziwie smakowitego kąska, czy wracając do bon motu Piłsudskiego najsmaczniejszej części obwarzanka. Parę tygodni po powrocie znad naszej północnej granicy pojechałem na Śląsk. Tam to dopiero się dzieje! Ruch Autonomii Śląska, jasny podział na naszych i nie-naszych, posłowie dumnie reprezentujący region w parlamencie polskim i europejskim, osiemset tysięcy zadeklarowanych w spisach powszechnych Ślązaków i mit trwającej jak skała ślunskiej godki. Wręcz wzór do naśladowania na Podlasiu. O tym w następnej części.

Mateusz Styrczula

Fot. Autor

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў лістападзе

    450 – 12.11.1572 г. у Заблудаве памёр Рыгор Хадкевіч, гетман Вялікага Княства Літоўскага, выдатны беларускі дзеяч, апякун супрасльскай лаўры, заснавальнік у Заблудаве першай на Падляшшы друкарні, а таксама манастыра, школы ды шпіталя. 305 – 20.11.1717 нар. Георгій (пам. 13.02.1795 г.), праваслаўны архіепіскап …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis