Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Historyji z żytia

Smerť na Velikdeń

Mołodiož z Zubova i Knorozôv, 1950-y lita.
Mołodiož z Zubova i Knorozôv, 1950-y lita.

Była nediêla, tepło, kob ne skazati, što horačo, i linivo, počavsie lipeń. Bzyčali muchi, sonečko šče stojało vysoko, skôlś zdaleka donosivsie kryk diti, ale naohuł ludi čuti ne było, ciêło sioło jakby zasnuło. Ustyna sidiêła v tiniočku, na łavci pered chatoju, i oddychała. Simja pryjiêchała z cerkvy, poobiêdała, do dojiênia korôv šče zo try hodiny ostavalisie. Usiê prylahli, kob trochu odpočnuti, i zadrymali.

Roboty ne pererobiš, oddychati tože treba, tak use hovoryli tato, – prypomniła sobiê Ustyna.

– Diadino, diadino! – raptom pudbiêhła do jijiê plemjannicia, Nela, i prysiêła poruč. – Rozkažête mniê pro vašoho Kolu, i pro Tańku i Mišu, – poprosiła diêvčynka.

Ustyni ažno duch zaniało i moroz probiêh po plečach.

– Ditiatko… – skazała vona neochvôtno. – Čom akurat teper? Ty vže siête čuła raniêj…

– Bo ja choču vsio dobre zapometati, kob chtoś Kolu pomniv, koli vy vže povmirajete, – bojko odkazała diêvčynka. – I teper my odny, nichto pereškodžati ne bude, a to vsiê ono vmiêšujutsie. A najlepi to rozkažête mniê vsio od počatku. Jak viête z diaďkom Orsenijom zvinčalisie i jak vam diêti rodilisie. Ja tak lublu vas słuchati, – Nela podiviłasie na svoju diadinu i prytuliłasie do jijiê.

Ustyna vzdychnuła, jôj było nelohko voročatisie pametioju do nekotorych chvilin žytia, ale vsio ž stała rozkazuvati.

– Nu, Orsenij pryjiêchav do mene v divosnuby. Vôn odrazu mniê spodobavsie, taki rozvažny, vysoki, hožy soboju. U nas tam u Hołodach bida až piščała. Usiê my byli v biêženstvi i vernulisie do ničoho. Ono rozvalana piêč z dymnikom z ciêłoji chaty ostałasie. Baťki vykopali zemlanku i tak my žyli, a potum postavili chatu aby chutčêj, kob ne zimovati druhi rôk u zemlanci. Tiêsno było i tutaka v Zubovi, u Orsenija ono špichiêr byv, a ludi kupa. Bo i Polina, i Jaryna, i Kola tam žyli.

Mama mniê skazała, što jak ne schoču pujti za joho, to ne mušu, ale ja znała, što dla nas nema inšoho vychodu. Zamnôho nas, devetioro diti i baťki. Ja velmi bojałasie, što Orsenij mniê ne spodobajetsie, ale koli joho pobačyła, to mniê ažno sercie zatrepotało. A koli vôn hlanuv mniê v očy, to ja znała, što nikoho inšoho vže ne choču. Ja, musit, tože jomu spodobałasie, bo zaraz dohovorylisie nakont vesiêlia, i čerez dva miêseci my zvinčalisie. Ot i vsio. A čerez rôk urodivsie Miša, potum Tania. Jimi najbôlš zajmałasie Jaryna, sestra Orsenija. Polina, druha sestra, pomohała v poli, dojiła korovy, upravlałasie. Ja, jak vrodilisie diêti, to najbôlš u chati praciovała. Vykormiti takuju simju ne było lohko. Štodnia treba było varyti, skrobati kartopli, u plitiê rozpaluvati, a chliêb prychodiłosie pečy raz na tyždeń.

Ustyna chvilinu pomovčała i pohładiła svoju plemjaniciu po hołoviê.

– Nu a posli vrodivsie Kola, my dali jomu imje po Orsenijovum bratovi, kotory vmer u vôjśku v Brêsti. A nakuneć na sviêt pojavilisie šče Mania i Vala. Choť nam było tiažko, to žyłosie dobre. My vsiê zhôdno praciovali, jiêsti ne brakovało. Orsenij postaviv novu chatu, veliku, kob my vsiê tam pomistilisie. Kuchnia była velika, nas pry stołovi mnôho siadało, i koli šykovalisie na sviato čy jak paršuka kołoli, to na vsio było miêstie. Tak-tak… – Ustyna pochitała hołovoju.

Potum pryjšła vujna… Mitia i Tania uže čuť ne dorosły byli, Kola pudrôstkom ščê byv, a Mania i Vala zusiêm małyje. Niemci pozabirali nam svini, ostalisie ono dviê korovy. Dobre, što zbôže Orsenij pochovav i pozakopuvav, a to ne miêli b čoho jiêsti… Mołodych ludi stali vyvoziti do Nimečyny na robotu. Tych ludi vyznačav sołtys. Ooo! Rozbohatiêv vôn tohdy, lude nosili jomu chabory, usioho vyzbyvalisie, kob ono ratovati svojich diti od vyvozu. A vôn taki žadny byv, taki žadny. Orsenij pujšov do joho, koli vyznačyli našoho Mitiu, ale vôn zaspivav takije hrošy, što my i za rôk ne nazbirali b. Orsenij połožyv na stoliê vsio, što tohdy my mohli dati, ale sołtys ono pokrutiv hołovoju, što toho bude mało. I môj čołoviêk strašno rozzłovavsie i skazav jomu para słôv pravdy, lasnuv dveryma i pujšov. A čerez para dion nam skazali, što ne ono Mitia, ale i Tania pojiêdut do niemcia na robotu. Ja dumała, što vmru, tak mene stiskało pud hrudima.

Orsenij, nu jak že tak? – hovoryła ja svojomu čołoviêkovi płačučy. – To ž z kažnoji simjiê ono odne ditia zabirajut na robotu, a od nas dvoje?

Ustyno, taja svołota, toj sołtys, šče za svoje zapłatit, ale ne teper. Jakajaś spravedlivosť na sviêti musit byti. Ja teper uže ničoho ne zroblu, možemo ono pomolitisie, kob našy diêti vernulisie do nas ciêły i zdorovy, – skazav mniê tohdy Orsenij. I tak u 1943 roci našych diti zabrali do niêmcia. I jakoś tak ticho stało v našuj chati, tak pusto. Dovho my ničoho pro jich ne čuli, ažno po vujniê, musit, zo dva roki minuło, jak pryjšło piśmo od Miti, što vôn i Tania v Leningradi, što žyvut, ale vže do Pôlšcy ne vernutsie… Jak soviêtskie vôjśko osvobodiło jich u Nimečyni, to vony zapisalisie ruśkimi zamiś polakami, i jich u Rosieju pohnali.

Ustyna znov pomovčała, a Nela diviłasie na jijiê šyroko rozpluščanymi očyma i stiskała za ruku.

– Ja diakuvała Bohu, što vony žyvyje i zdorovy. Vony tam u Rosieji ostalisie žyti, Mitia oženivsie, a Tania zamuž vyjšła. Ale to ne nam pryjšłosie jim spravlati vesila, błohosłaviti, vitati chliêbom i sôloju… I vnukuv ja ne bačyła i ne znaju, čy pobaču. Ani v odviêdkach ne była, ani na chrystinach. Zreštoju, ne viêdaju naveť, čy vony jich ochrystili, to ž tam povny komunizm nastav…

– I što daliêj, diadino, što daliêj? – ticho spytałasie Nela.

– Po vujnie my stali trochu budovatisie. Orsenij zadumav novy chlivy postaviti, novu kłuniu. My dumali, što hospodarovati ostanetsie Kola, a my pry jôm dožyvati budemo. Vôn taki hospodarny byv, usio vmiêv zrobiti, usio naładiti. Dumali, što jak jomu popadetsie dobra, hospodarna diêvčyna, to v dostatkovi budut žyti. Ale Bôh miêv inšy plan…

Kola vlubivsie v odnu diêvčynu, Hannu z kuncia sioła, a do jijiê zaleciavsie tože Dańka z knorozôvskoji koloniji, Koluv kolega zo škoły. Ja joho to ne zavelmi lubiła, bo vôn taki mstivy byv, tak lude rozkazuvali, bo jak što-leń ne po joho mysli było, to vôn zaraz skakav bitisie, strašyv, što mordu skuje abo i zabje. Raz u školi odnoho chłopcia do neprytomnosti pobiv ono za toje, što vôn z joho zažartovav. I Dańka šče velmi ruhavsie, a ja siêtoho ne lubiła i ne lublu daliêj. Hanna vybrała našoho Kolu. Ničoho divnoho, bo vôn byv velmi spravny, vysoki, očy miêv sini, jak nebo. I žartovati lubiv, i do kažnoho pudychôd miêv jak sliêduje, i jak komu-leń pomohčy treba było, to Kola byv peršy. Lude joho lubili, a divčata za jim až piščali. Na zabavi žadna jomu ne odkazała, kob zatanciovati.

Byv 1949 rôk, my same sviatkovali Velikdeń. Pohoda tohdy była velmi choroša. Potepliêło, pomniu, što chłopci chodili v samych rubaškach. Na večur šykovałasie zabava. Chłopci obhorodili placôvku mołodymi berôzkami, zhodili muzykanta. I Kola tohdy pryvjôv dochaty toho Dańku. My vpravilisie, ja jim našykovała večeru, chłopci vypili po para kiliškuv, pokuryli. My z jimi posidiêli, požartovali, ale mene štoś u dušê stiskało, ja para razôv pudchvatiła, jak Dańka velmi złosno divitsie na Kolu. Ale potum vôn stav usmichatisie i žartovati, to ja podumała sobiê, što mniê zdałosie. Same zachodiło soncie, jak chłopci pujšli na zabavu, môj Kola šče na porozi obernuvsie i vsmichnuvsie do mene.

Chaj vam dobre hulajetsie, chłopci, – skazała ja jim na odchôdne.

Potum ja pomyła posudu, prypratała vsio zo stoła, a divčatka pobiêhli podivitisie, jak mołodiož hulaje. Ja sobiê podumała, što, može, trochu oddychnu i tože pujdu podivitisie, jak hulajut, abo posidžu na łavci i pohovoru z susiêdami.

Ja prysiêła na łavočci pered chatoju, ale zadrymała i dobre, musit, potum zasnuła. Raptom čuju strašny hołos: Mamo, ratujte!

A potum ničoho ne było čuti. Uže trochi rozvidniuvałosie. Ja hlanuła vzdovž hulici i zobačyła, što ide naš Kola, ale jakby pijany, nosit joho vboki.

Kola, Kolečka, ditiatko dorohoje! – pudbiêhła ja do joho. – Što tobiê, ditiatko moje?!

A v Koli tekła krov i z hołovy, i z pleča, vôn uže ničoho ne hovoryv, joho očy vtikali i divilisie neviď-kudy. Ja poniała, što stałosie štoś strašnoho.

Ne pomniu, skôl uzialisie lude, vony pomohli mniê joho pudchvatiti pud ruki i zavesti dochaty…

My opredilili, što treba vezti Kolu do Biêlśka, do špitala.

Orsenij pobiêh zaprahati konia, ja šykovała postiêl i perynu, kob prykryti syna, naliła vody do butla, obterła krov z joho hołovy, ale vona ne perestavała tečy.

To Dańka, Dańka! – skazała Irka, naša susiêdka, kotora same prybiêhla z zabavy.

Jak, Dańka?! – podumałosie mniê. – To ž my joho vhostili, usio było jak treba… Jak, Dańka?!

Ne było času słuchati, što lude hovoryli, treba było jiêchati. My vziali papery, hrošy, ja schvatiła varečok i jakujuś kufajku dla Orsenija. Połožyli my Kolu na vozi, prykryli i pojiêchali.

My vezli syna, a po hulici išli dva Koliny poruvesniki, Sańka i Vania, i spivali na ciêłe horło. Ja vže disiaka ne pomniu što, ale mniê ažno sercie rozryvałosie. A vony siête zrobili spicjalno, na złôsť, bo ne lubili ani nas, ani našoho Koli.

Posli mniê rozkazuvali, što Dańka na zabavi pudyjšov do Koli, kotory hulav z Hannoju, i poprosiv paperosa. Kola skazav, što jomu dasť, jak skônčyt tanciovati, ono ne maje zapałok, treba bude od kohoś pozyčyti. I tohdy ne vjadomo skôl Dańka vytiahnuv noža i vbiv Koli v ucho. Ostrêj projšov čuť ne čerez ciêłu hołovu, mało što zabrakło, kob vyjšov z druhoji storony. A potum Dańka vytiahnuv joho i vbiv šče u Kolove pleče.

To za toje, što ty mniê Hannu odobrav! – skazav vôn i vtiôk.

Kola stav iti do domu, vôn, musit, ne znav, što diêjetsie. Hanna obomliêła. A nekotory na zabavi naveť ne zavvažyli, što stałosie.

Ja deržała ciêły čas Kolinu ruku v svojich dołoniach i prytiskała do sercia, a von mene čas od času stiskav za veliki paleć. Ale koli my dojiêchali do Subôtki, to Kola stav vmirati.

Kolečka, synočku, ne pokidaj nas, vyderžy šče trochu, – šeptała ja.

Orsenij, stań, – skazała ja čołoviêkovi. – Musit, naš Kola vmiraje.

Orsenij obomliêv. Ja ne viêdała, što robiti, koho ratovati. Naliła vody z butla na ruku i promyła tvar Orsenija, vôn stav voročatisie do prytomnosti. A potum ja obmyła z kroviê tvar Koli, połožyła sobiê joho hołovu na kolina i stała hôrko płakati i molitisie. Dovho my stojali koło toji Subôtki, płakali razom z Orsenijom, molilisie i znov płakali, a potum zavernuli voza i pojiêchali dodomu.

Sołtys povjadomiv miliciju, sliêdstvo było, znajšli Dańku i areštovali. Kolu my pochovali, ale na oseń sliêdčy robili ekshumaciju, kob provesti sekciju, bo odrazu ne pospiêli, tôlko roboty było v jich, a ne miêli de tiêła deržati. Orsenij jiêzdiv zo sliêdčymi na mohiłki, ja ne miêła siły, vypłakała očy, vysochła ciêła, čuť sama ne vmerła z toji žałosti. Nic hôršoho na sviêti nema, jak rôdne ditia pochovati…

A potum sudili Dańku. Dali jomu vsioho petnadceť liêt.

Dańka, Dańka – hovoryła ja do joho na sudiê. – Za što ty zabiv nam syna, za što ty nas tak pokryvdiv? Ja ž tebe pryniała jak svojiê ditia, nakormiła, vypiti dała, a ty nam tak oddiačyv? Naveť zviêr tak ne postupiv by, jak ty. U tebe nema žadnoji sovesti.

Kob ty ščez u tôj tiurmiê, – skazav Orsenij, koli Dańku vyvodili po spravi, i plunuv jomu pud nohi.

Ale Dańka ne ščez. Posidiêv šesť liêt, a potum vyjšov za dobre sprawowanie.

A v Zubovi mołodiož ciêły rôk nosiła žałobu. Ani vesilôv ne było, ani zabavuv, ničoho. Tak našoho Kolu lubili i šanovali.

A tyje joho poruvesniki, što tak spivali, potum mene pereprošuvali, ale što z toho, – Ustyna machnuła rukoju i obterła slozy, kotory kotilisie joj po ščokach jak horoch. – Žytia ne verneš.

Nela môcno prytuliłasie do jijiê i tak vony sidiêli obiêdvi, diadina i trynadcetiliêtnia plemjannicia, kotora chotiêła vsio zapometati.

Halina Maksymiuk

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis