Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Słova na viêtrovi

11. Dvě ženy v chalupě

Deś na počatku marcia, koli v televiziji premjer poinformovav nas, što majemo epidemiju koronavirusa, pozvoniła mniê moja dovholiêtnia koležanka Martyna.

– Znaješ, mniê pryjšło do hołovy, – skazała vona, – što my povinny vyjichati z Prahi do mene na chalupu. Ty ne maješ žadnych obovjazkuv u Prazi, ja tože niê. Davaj pojiêdemo i prožyvemo najstrašniêjše na seliê.

Martyna maje svoju daču bliźko Libercia v velmi chorošum miêsti, na styku Łužyćkich i Jizerśkich horuv.

Ja poprosiła v jijiê trochu času, kob podumati i poraditisie syna.

Syn z neviêstkoju skazali mniê odrazu, kob ja naveť ne zastanovlałasie, ono jiêchała.

– Mamo, budeš daleko od pandemiji, a my budemo spokujniêjšy. Jakby što, u kažnuj chvili chtoś z nas može po tebe pryjiêchati. Kôlko ja dav by za taki vyjizd, – uzdychnuv môj syn. – Z Martynoju vy dobre znajetesie, ne raz byvali v raznych pryhodach. To ž ty tudy i z tatom jiêzdiła…

Nu pevno što jiêzdili! Bo z Martynoju ja družyła zdavna. Poznakomilisie my z jeju šče v liceji, potum našy dorohi nadovho rozyjšlisie. Ale koli nam było vže dobre po trydciadci (Martyna same rozvełasie i miêła novoho faceta), my počali spotykatisie, to na kavi, to do teatru razom schodili, a to šče kudy-leń. Ne viêdaju, čom vona akurat mene sobiê vpodobała, ja ž pochodiła z zovsiêm biêdnoji simjiê, a Martyna – z arystokraciji. Koreniê jeji simjiê siahajut XV viêku, u jôj byli dochtorê, jubilery, malarê, kniaziê i takoho typu znakomitosti. Ale podobalisie nam obom tyje samy rečy – francuśki impresijonizm i dobre vinečko. Martyna praciovała v vydavnictvi, miêła dobru oryjentaciju v knižkach, a ja lubiła čytati.

Camille Pissarro „Krajovid koło Chaponval” (1880)
Camille Pissarro „Krajovid koło Chaponval” (1880)

Mojomu čołoviêkovi velmi podobałasie dača Martyny i Tomaša (to byv jeji druhi čołoviêk) – toj prostor, bliźki hory, lisok, kotory vony sami zasadili (teper tyje dereva veliziarny, i to vže poradočny kusok liêsa), tišyna… Ale ja ne chotiêła žadnoji chalupy, ja miêła dosyć roboty v sebe, na zahradci i pered chatoju.

Potum, koli Martyna perejšła na emeryturu, a ja ovdoviêła, my razom chodili na universytet tretioho viêku, na zaniatki z kultury i mastactva, i často spotykalisie v kavjarni. A teper, koli i vona ovdoviêła i vmer môj pryjatel Karel (z kotorym ja prožyła štyry velmi ščaslivy roki), my spotykajemsie častiêj, naveť pojiêchali razom pohulati na Sylvestra. Ja vže ne mohła sidiêti doma odna i vypłakuvati očy po Karlovi…

 

… Na Sylvestra my pojiêchali šče z Denisoju, koležankoju Martyny (zrozumiêło, tože vdovicieju). Vykupili my zajezd, musit, na deseť dion u Poděbradach, u hoteli z sanatoryjnymi procedurami. My dviê z Martynoju v odnôm pokoji, Denisa v osôbnum. Odovjôz nas tudy syn Denisy (ordynator u odnôm pražśkum špitali). Martyna namovlała mene, kob ja do joho zvoročuvałasie páne primaří (pane ordynatore), bo vôn velmi łasy na tytuły, ale ja postanoviła, što ne budu, šče čoho, to ž vôn u viêku mojoho syna! I vôn mnie vvohule ne spodobavsie. Prylizany taki i zavelmi cukrovaty.

U tôm sanatoryji nas potraktovali raznymi procedurami: kupanie v bołoti, masažê, sôlny pečory (velmi dobre panujut na dychanie). Nu i my pili vodu z raznymi minerałami (velmi nesmačnu, fuj!). Kormili nas až zanadto dobre, i Martyna skazała, što bôlš tudy v žyci ne pojiêde, bo kormlat tam zamnôho i vsio v boki ide. Jenom žradlo a žradlo, pohovoruvała. A ja sobiê nic z siêtoho ne robiła, ono tiêšyłasie, što ne sidžu doma odna. U kulkoch kavjarniach my tam pobyvali, po jakich butikach pošvendalisie! Vjadomo, tam vsio dorohoje, ale mojiê koležanki pry hrošach i na ničôm ne musiat oščadžati. Osoblivo Denisa, jak vže vujšła do butika, to musiła prymiêrati čuť ne vsiê rečy, ažno odnoho razu prodavačka mało ne vstiałasie, bo ne chotiêła pokinuti nas odnych – bojałasie, musit, što my mohli b što-leń ukrasti. A Denisa miêryła i miêryła, tak što ja v kunciovi namoviła tuju neščasnu łavočniciu, kob nas u svojôj łavci zamknuła, a sama pujšła do toalety. Tak i stałosie, i nakuneć usiê byli zadovolany: Denisa kupiła sobiê dva płatija, jakijeś bluzki, korali i Bôh znaje što šče, ja try pary kolčykuv i T-shirt, a Martyna jakujuś bluzku. Ja naohuł ne pryvykła do takich ludi jak Denisa, kotory majut kupu hrošy i mohut vydavati jich na neviď-što. Ale vona robiła sieje tak povabno. Ja ne mušu kupovati, mniê chvataje, jak pochodžu sobiê po butikach i natiêšu očy…

Edouard Manet „U konservatoryji” (1879)
Edouard Manet „U konservatoryji” (1879)

Dniê biêhli chutko i narešti nadyjšov Sylvester. My šykovalisie vže od obiêda. Pomyli hołovy, začesalisie, zrobili sobiê makijažy. Ja założyła mojiê čorny eleganćki nohavici (vony šyroki i vyhladajut jak dovha spudnicia), bluzku, tože čornu, do siêtoho biêły dodatki: perły, kolčyki, bransoletku i prakôveć. Torebka malutka, tože pud kolor, i šče šal na plečy. Boty, vjadomo, na nevysokum občasikovi – i vsio, ja była hotova. Mojiê podružki byli v dovhich płatijach, tože čornych. Usiê my vyhladali velmi eleganćko i povabno, tak mniê prynajmi zdavałosie, poka my ne vujšli v balovu salu, kotoru našykovali dla nas v Domi Kultury. Veliziarna sala, stoły nakryty na 250 čołoviêk, i čuť ne odny baby! Odna koło druhoji! I čuť ne vsiê odiahnuty v čorne! My rozhladalisie z šyroko rozpluščanymi očyma. Tôlko babôv! Mužykôv jak na likarstvo! Ono de-ne-de sidiêli facety jak rozynki, i to vže požovany i zaniaty! Odrazu zhasli mojiê mary, što diś sobiê potanciuju.

Mołody kelner pomôh nam znajti naš stolik, dostali my po butelečci šampana, jakijeś prystavki, i tak sobiê sidiêli i gandoryli. Jiêdła było tam kolki-choč na zimno i na tepło, ryby, mjaso, sałatki, herbata, kava, vino, voda i inšy napoji, ciasto na deser. Kažny sobiê pudychodiv i nabirav, a jiêdło na tepło podavali kucharê, i davali takije kusočki, jakije ty prosiła, a ne ciêły porciji. Chotiêłosie poprobuvati vsioho, ale to ne było možlive, bo miêstia v žołudkovi ne chvatało. Pry siêtum hrała muzyka, jakiś di-džej puskav nam melodyji z našoji mołodosti. U pevnum momenti zrobiłosie płačlivo i sentymentalno. Ja vziała sobiê kilišok vina i skazała divčatam, što idu zatanciovati z mojim Karlom. Na parkieti krutilisie kilka paruv, same hrali valčyka, i ja tam tože sobiê zakrutiłasie, jakby napravdu tanciovała z Karlom. My z jim razom chodili naveť na nauku tancia dla dorosłych. I tak ja tanciovała, ujavlajučy sobiê, što Karel tanciuje zo mnoju, zahladajučy mniê v očy svojimi sinimi očyma, i što čas od času prydoptuje mniê nohu, bo valčyka to vôn zavelmi ne vmiêv… A koli skônčyłasie piêsnia, lude mniê zaplaskali, do mene pudyjšła odna kobiêta i zaprosiła do svojoho stolika, de sidiêło musit z šêsť inšych babôv, i vsiê stali hovoryti, što ja velmi fajno vyhladała na tôm parkieti, što nadherně tanciuju i maju dobry styl i gust. My trochu pohovoryli, i mniê stało jakby lokš na dušê.

Tym časom do Martyny pudyjšov kelner.

– Jak chočete, to zamovte v nas na recepciji plašku vina i poprosiête, kob to ja vam pryniôs, – skazav vôn jôj. –Ja do vas pryjdu, napjemosie vina i može što-leń z siêtoho šče vyjde, – kelner morhnuv do Martyny.

Martynu čuť palaruš ne schvativ.

– A vy znajete, što ja v pokojovi ne odna?

– Siête ničomu ne pomišaje, vašu spuvspačku kudy-leń pošlemo.

Martyna tak oburyłasie, što naš večur u Domi Kultury na siêtum i skônčyvsie. My pujšli do našoho hotela, rozpili, musit, zo try vinečki, dopili našoho šampana, nahovorylisie dosyta pro teperyšni obyčaji i žigolakuv i, dobre pudchmelany, pozasynali.

Martyna do samoho kuncia našoho pobytu strašenno plovałasie i oburałasie na toho kelnera. Na ščastie vôn tych para ostatnich dion ne popavsie nam na očy. Na ščastie dla joho.

I šče byv cyrk z našym posliêdnim obiêdom. My mohli zamovlati peredom, što chočemo na obiêd nastupnoho dnia, nu i Martyna zamoviła sobiê šparagovu fasolku na smetani.

Prynosit jôj kelner siêtu stravu, vona beretsie jiêsti, a fasolka v seredini zamorožana. Martyna poklikała kelnera.

– Vy ne pomylilisie? – zapytała vona. – Ja ne prosiła zamorožanu fasolku, ono na smetani i tepłu.

Kelner počyrvoniêv.

– Znajete, ja skažu vam pravdu. Nichto tut ne miêv poniatija, jak majemo siête zrobiti. Vy odna na ciêły hotel, a može i na ciêły Podêbrady, zamoviła takuju stravu. A tyje od cateringu dali nam pačečku zamorožanoji fasolki. My probuvali jijiê pudohrêti, ale, musit, ne velmi dobre vyjšło, – pokajavsie kelner.

Po chvili prynesli Martyni taliêrku syra z varyvami i olivkami, z čoho vona była vže zadovolana, ale my z siêtoho dobre posmijalisie.

Potum po nas pryjiêchav môj syn, i my ščaslivo vernulisie dodomu…

Edouard Manet „U kavjarni” (1879)
Edouard Manet „U kavjarni” (1879)

A voročajučysie do poperednioho tematu, to ja vsio obdumała i postanoviła pojiêchati na chalupu do Martyny. Ono vpevniłasie peredom, što vona ne bude vymohati od mene jakojiś praci, naprykład, mytia okon čy połotia horodu abo prytinania korčôv. Bo ja siêtoho maju povny ruki doma. Ja rozproščałasie zo svojimi susiêdkami, koležankami i simjoju, i odnoho popołudnia Martyna pudjiêchała pod môj dôm samochodom. Ja załadovała svojiê rečy, i my vyrušyli na chalupu.

Po dorozi my šče zajiêchali do sklepu, kob odnoviti zapasy jiêdła i vina, dokupiti piva i trochu inšych napojuv.

Było tak divno odjizdžati z Prahi. Mniê od razu pryjšło do hołovy, što my jak buďto hierojini Dekamerona, kotory vtikajut z Florenciji pered zarazoju, ono, na žal, žadny kavaliêry do nas ne dołučajutsie, jak było v Boccaccio. My ne miêli b ničoho proti…

Jiêdemo my sobiê, a tut raptom zavôz na dorozi.

– Što tam stałosie? – burknuła pud nosom Martyna. – I to akurat teper? A mniê tak stiati chočetsie, – vona zajenčała. – Ja ne dojiêdu, ne vyderžu.

I toj kusočok do zjiêzdu z autostrady, jakiś kilometer, my jiêchali, musit, minut z dvadceť. A Martynu až trasło z nervuv.

A tam prosto byv vypadok, najiêchali odin na odnoho try samochody, i možna było jiêchati ono odnym pasom dorohi. Tomu zrobivsie zavôz.

– Dasi rady, Martyno – ja starałasie potiêšyti koležanku.

Ale što bude, jak vona napravdu vstitsie? – podumałosie mnie potichu.

Narešti my zjiêchali z autostrady i nebavom dojiêchali na miêstie. Pered kłunioju Martyna vyskočyła z samochoda, schovałasie za korčom i stała stiati. Tryvało sieje dovoli dovho, ja pospiêła vyjti z samochoda i rozprostiti kosti.

A potum Martyna zachotiêła perestaviti samochoda.

– Martyno, – skazała ja, – zrobiš sieje posli, oddychni trochu.

Ale, što ž, vona mene ne posłuchała. Siêła do samochoda i, zamiś uzad, rušyła doperedu, prosto na kłuniu, usio jôj pomišałosie. Ja ne pospiêła naveť kryknuti, jak samochod udyryv u vorota, ono lask pujšov na ciêłu okoliciu.

Ja schvatiłasie za hrudi i ne viêdała što robiti. Potum pudyjšła do samochoda od storony Martyny i odčyniła dverci. Martyna sidiêła preč neruchomo, z rukami na kirovnici, a po jeji pobiliêłych ščokach spłyvali slozy.

– Ty v poradku? – zapytałasie ja.

Vona pokrutiła hołovoju, a potum pomału, opirajučysie na moju ruku, vylizła z samochoda.

– O Bože, Bože! I što teper bude?!

My podivilisie na vorota, na pered samochoda. Až płakati chotiêłosie. Vorota perekosilisie z odnoji storony, vyletiło z jich para doščečok, a v samochodi byv obderty ciêły pered, ale, na ščastie, ono trochu vohnuty.

Martyna stała kudyś zvoniti, a ja nosiła našy rečy do chaty, kotoru vona odomknuła.

Čerez jakichś petnadceť minut na pudvôrok pryjšli try mužčyny, kotory skazali nam, kob my deržatisie od jich zdaleka. My ž pryjiêchali z Prahi, de pandemia była najbôlša, tak što vony bojalisie z nami i hovoryti. Martyna ne pudychodiła do jich bližej, čym na try metry. Ja była dva razy daliêj. Vony vsio rozhlanuli, potum odin z jich skazav, kob Martyna zdezynfekovała samochod u seredini, razom z klučykami. Vony stojali metry try od Martyny i samochoda, a ja na siête vsio diviłasie, stojačy na schôdkach ganka. Potum dvoch z jich odjiêchali, a treti pujšov po jakiś stolarśki statok, kob poładiti vorota od kłuni.

Martyna była tak znervovana, što jôj ciêły čas treslisie ruki i dryžav hołos. Vona odkorkovała vino i odrazu vypiła połovinu butla.

My vypakovalisie i porozstavlali vsio na svoje miêstie v chati, rozpaliti v plitiê, kob zrobiti štoś tepłoho do jiêdła i ohrêti chalupu, bo było zimno jak cholera, a tym časom na pudvôrku vže znov zjavilisie tyje try facety, štoś tam do sebe hovoryli, machali rukami, pokazuvali na kłuniu, smijalisie, ale po troch hodinach vorota byli hotovy, ostałosie ono šče jich pudmalovati, ale vže zmerkało, tak što siêta pracia ostałasie jim na druhi deń. Potum kotoryś z jich kryknuv, što samochod bude hotovy za dva dniê, vony pomachali nam rukami zdaleka i pujšli sobiê. A my narešti siêli i staralisie vspokojitisie, ale ne zovsiêm nam udałosie.

– Znaješ, što najhôrše? – pokrutiła hołovoju Martyna. – Hrošy za naład tut ne takije važny. Diêło v tôm, što to samochod syna, i ja ne maju poniatija, što jomu skazati.

– To ne kažy ničoho, – poradiła jôj ja. – Jak dobre zroblat, to ne bude vidno, i vôn ne zavvažyt. A teper davaj jiêsti večeru. Napjemosie vinečka i vsio od razu poveseliêje.

Tak my i zrobili. Ne viêdaju, kôlko vina my vypili, ale pujšli spati v mnôho liêpšum nastrojovi.

Rano ja pročnułasie koło desiatoji hodiny i na počatku zovsiêm ne viêdała, de ja je. Para minut zastanovlałasie, čom nado mnoju kosy połap, a kruhom stiêny z kruhlakôv, ale narešti sobiê prypomniła, što ja ne doma, a daleko od Prahi, u Martyny na chalupě. U chati było tichutko, ja potiahnułasie, až chrusnuli kosti, a potum pomalutku vstała. Z pryjemnostieju rozhlanułasie po pokojčykovi. Šafa, stolik, dva krêsła, hožutki obrusok, vazoniki, figurynki. Na stiênach obrazy, i to chorošy, u poradočnych ramach, vyhôdne łôžko. Čoho bôlš chotiêti? Nu i sonečko na dvorê. A na dodatok šče taki chorošy vid z okna, zhôrki, liês, pry dobruj pohodi to i zamok v Lembergu možna zobačyti. Ciêła sidliba obhorodžana derevjannym płotom. Martyna kazała, što musili vsio obhoroditi, bo sarny objidali jim ovocovy korčê, pered usiêm puryčki i smorodiny, agrest dla jich, musit, byv zavelmi koluščy. Pudčas siêtoho pobytu ja faktyčno para raz bačyła sarny, vony prosadžuvali hołovy čerez płôt i ne davali spokoju tym puryčkam…

Pered chatoju vzdovž płota same rozcvitali narcyzy i pudsniêžniki. Trochu daliêj rosli rododendrony i čorny bez. To była čudiesna okolicia, jakby pryznačana na dovhi spacery, bo tam ne było stromych stežok i vysokich zhôrkuv, a vsiudy byv liês, łonki, ručajki…

Sama chata była prostôrna, postavlana z kruhlakôv. To była koliś hospodarśka sidliba, kromi chaty ode byli i chlivy, i kłunia, i razny špichirê čy parniki čy jak jich tam zvati, ale vony byli vže zmurovany z kameniôv. Teper usio było zahospodarovane zovsiêm inakš. U kłuni było povno narêzanych drov, zapas, musit, na pjať liêt, daliêj ležali kołody i peńki do rêzania, stojała i krajzega. Parnik byv pereroblany na garaž, chlivy čysty i poradočno odremontovany słužyli do perechovuvania liêtnich mebluv (stołôv, ležakuv, krêsioł, łavok), menšych i bôlsych kosiłok, a pud spodom byv pohrebok, de koliś perechovuvali kartopli i varyva. Uperuč, koli šče žyli baťki Martyny i Tomaša, vony miêli horod z varyvami, truskavkami i kartoplami. Teper Martyna tôlko siêtoho vsioho ne potrebovała, a zrešty i siły na takoje ne chvatało, tomu pohrebok stojit pusty albo słužyt do schołodžuvanie piva, koli majut pryjiêchati hosti.

Stołovy pokuj i kuchnia zajmajut čuť ne ciêły parter. Kuchnia była stylizovana na starodavniu, koliśniu, ale z usima novočesnymi ustrôjstvami. Kromi normalnoji, je tam i elektryčna plita? i duchôvka, i piêčka na drova z zelonych ozdôbnych kafluv, u kotoruj my propaluvali, kob nahrêti žytło. Od piêčki idut rury po ciêłuj chati. Za piêčkoju je dvery do małoho pokojčyka, de koliś nočovali baťki Martyny, potum žyła Tomašova mati, a pud kuneć i Tomaš tam spav, koli vže ne môh choditi po schodach. Tam je miêštie i na komputer, mebli perevezli z jichnioho byłoho domu z Turska, ale vsiê vony teper obnovlany i velmi hože vyhladajut. Derevjanny schody vedut na horu, de až štyry gustôvno vyšykovany pokoji. Nu i je šče łazienka z elektryčnym bojlerom na 150 litruv vody.

Ja zyjšła na spôd i stała šykovati sobiê kavu. Martynu zobačyła čerez okno. Vona same ohladała vorota od kłuni, a potum odvernułasie i počała iti v storonu chaty.

– Chočeš kavy? – zapytałasie ja, koli vona odčyniła dvery.

– Nie, diakuju, kavu ja vže piła, teper štoś zjiêm i dam si pivečko, – odkazała.

Ja podiviłasie na jijiê, ale zmovčała. My dorosły, a naveť pererosły, i kažna z nas bude robiti što choče. Tak my dohovorylisie.

– A vorota jak? – zapytałasie ja. – Usio dobre?

– Nu, vyhladajut, jakby nic ne stałosie, dobre zrobili i obiščali, što synovi nic ne skažut,– Martyna vsmichnułasie.

Mniê, pravdu kažučy, polokšało.

– Bačyš, što značat nervy? – hovoryła daliêj Martyna. – Ale syn ne može doznatisie, bo zaboronit mniê siudy jiêzditi odnôj. Liêtom ja choču byti tut, bo de mniê bude lepi? A bez samochoda ja ne dam rady, bo i zakupuv ne zroblu. Use susiêduv maju prositi?

My siêli pry stolikovi v fotelach, ja vziałasie za snedanie i z podivom hulkała na Martynu.

– A što ty jisi, i to šče prosto z banki? – zapytałasie ja.

– Cieciorku, vona velmi zdorova – odkazała mniê Martyna i potiahnuła piva prosto z butla.

Koli vona dojiêła tuju dobrotu, to šče vypiła i zalevu, u kotoruj była cieciorka.

– To najzdoroviêjše, – vyjasniła mniê, pobačyvšy mojiê šyroko odpluščany očy.

I tak počałosie naše žytie, daleko od Prahi, u čudiesnom miêsti. Ja pomału pryvykała do tišyny, do pravdivych temnych nočuv, kotorych ne rozjasniajut žadny lampy, ono najvyžej miêseć i zôrki. Koli ne doždžyło, my kažnoho dnia prochodili po para kilometruv. Po dvoch tyžniach (koli skônčyłasie naša samoizolacija) začali do nas zahladati susiêdy. Do siêtoji porê bojalisie, što my pryvołokli jim Covid-19 z Prahi. Samochoda Martyni poładili tak, što žadnoji pôznaki ne było. Ja ne viêdaju, kôlko vona za sieje vsio musit zapłatiti, ale na biêdnu ne popało, a džentelmeny, jak to kažut, pro hrošy ne hovorat.

Pokosili nam travu, počystili pudvôrok – Martyna do takich diłôv maje ludi z sioła, sama ne dała b rady.

Večorami my sidiêli pry zapalonych sviêčkach i mnôho hovoryli. Uspominali…

Do Martyny často zvoniv jakiś mužčyna. Ja tam spicijalno ne dopytuvałasie, chto taki, ale vse, koli vôn pozvoniv, Martyna vychodiła do inšoho pokoju i tam z jim bałakała. Potum vona pryznałasie mniê, što zvonit jeji były kolega z praci, kotory vse jijiê adorovav, ale vona velmi lubiła Tomaša i nikoli jôj naveť do hołovy ne pryšło, kob poprobuvati jakohoś romansu zboku. Ale teper, po smerti muža, vona počała spotykatisie z Radkom.

Kotorojiś ranici ja zastała Martynu velmi rozstrojanu.

No to je vůl, – skazała vona, pokazujuč mniê svôj telefon. – Podivisie, što vôn mniê posłav. Ne maju poniatija, što ob siejum dumati. Što to takoje? I što vone maje značyti? Može, vôn pomylivsie?

A tam na filmikowi tanciovało musit z šystioch murynuv u korotkich spudničkach, pud jakimi brontalisie jim piciê i jajcia. Siête ne było ani smiêšne, ani fajne, ja skazała b, što chutčêj vulgarne.

– I što ja maju z siêtym zrobiti? – krutiła hołovoju Martyna. – Jakoś zareagovati čy, može, dati spokuj? – vona podiviłasie na mene.

– A ja b jomu napisała: To byv čas! Pravda, Radku?

I Martyna, mało dumajučy, tak jomu i napisała. A vôn obrazivsie i perestav naohuł do jijiê pisati i zvoniti. I znov byv problem. Podumati sobiê, my obiêdvi pud vôsimdisiat i takije diła. Ja do diś, jak sieje vspominaju, to mniê chočetsie smijatisie. Radek odozvavsie do Martyny posli toho, jak my vernulisie do Prahi, ale to vže było ne toje, što vperuč. Žaliłasie mniê Martyna, što odčuvaje veliki dystans do Radka, što jich spotkani ne je vže tak zabavny ani cikavy, a pro toj filmik vony ni razu ne zaiknulisie.

Deś po troch čy štyroch tyžniach Martyna pojiêchała z susiêdom do sklepu, kob dokupiti jakijeś rečy potrêbny do praci v horodi, ropu do kosiarok i ne pomniu što šče, a ja ostałasie „na hospodarci”, zaniałasie varêniom obiêdu i zadumała spečy pirôh. Usio mniê vdałosie zrobiti jak sliêduje, i ja vže pudžydała koležanku. Ne było jich dovoli dovho. Narešti na pudvôrok zajiêchav samochod. Martyna vujšła do chaty zapłakana i rozstrojana.

– Što znov stałosie? – ja až plasnuła rukami. – Čoho ty płačeš i čom vas tak dovho ne było?

I Martyna stała rozkazuvati, jak vona vsio kupiła i rozpłatiłasie, ale pokinuła košelok z hrošyma pry kasi, a koli vony vernulisie, to žadnych hrošy vže ne było. Vona stała zvoniti do banku, kob zablokovati karty, ne dała rady dozvonitisie, pojiêchała osobisto, ale najhôrše, što v košelkovi było až 16 tysiač koron, kotory byli odłožany na zapłatu za pomošč i robotu susiêduv.

Mnie tohdy podumałosie, što my vže staryje i robimo razny durnyje rečy, zabyvajemosie i štoraz tiažêj našym diêtium z nami vyderžati.

Ja postaviła na stoliê obiêd, poklikała susiêda, Martynu posłała pomyti ruki, odkorkovała vino, i my stali obiêdati. Usio mniê vyjšło velmi dobre, ja, ne chvalivšysie, dobra kucharka. My vypili vinečka, Martyna perestała płakati, zobrałasie na odvahu i pozvoniła do syna, kob jomu vsio rozkazati.

– Ne dury sobiê hołovy, mamo, ja tobiê pryvezu hrošy v nediêlu, i ty vsio popłatiš. I vže ne płač, – skazav jôj syn.

I sprava zakônčyłasie. A my šče dovho sidiêli, hovoryli, vypivali vinečko, tak što susiêd pujšov do sebe vperekidku.

Po simjoch tyžniach my vernulisie do Prahi. Mniê vže velmi nudiłosie po svojôm domi, horôdčykovi i po vsiêch znakomych. Jakby ja z rôk tut ne była. Ja chodiła po svojôj zahradci, dotykałasie do kažnoho korčyka i derevcia i była takaja ščasliva! A z jakoju pryjemnostieju vnočê ja lahła spati do svojoho łôžka. Spała ažno do obiêda.

Doma, odnak, najlepi. Naveť u čas pandemiji.

Halina Maksimjuk

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis