Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Prawda i mity

„Prorok” Ilja. Historia prawdziwa (cz. 5)

Ani Pawluczuk, ani Karpiuk, ani nikt inny nie odkrył, co naprawdę Klimowicz zaczął budować na swym polu koło Grzybowszczyzny. Utarło się tylko, iż przyszły „prorok” własnym sumptem postanowił wznieść cerkiew.

Tymczasem miała ona być zaczątkiem monasteru, jak w Krasnymstoku czy Supraślu, a może i większego. Nikomu oczywiście o tym nie mówił, bo uznano by go za nienormalnego. Ale od początku miał takie właśnie plany i marzenia, święcie wierząc, że z wstawiennictwem Bożym uda się mu je zrealizować.

Uwierzył, że powstanie tu monaster

Najpewniej taką wizję roztoczył przed chłopem Joan Kronsztadzki. Cieszący się wielkim autorytetem blisko osiemdziesięcioletni duchowny, któremu przypisywano dar przepowiadania przyszłości, nie był już w najlepszej kondycji psychicznej. Mógł zatem zapędzić się w swym zachwycie niebywałą inicjatywą. – Ty nie bój się i zaczynaj, bo mówię ci, że będzie tam monaster – takimi na przykład słowami zachęcił Klimowicza do działania.

Tego rodzaju przepowiednie przewijają się też w „Widzeniach we śnie”. Pod datą 11 września 1911 r. jest tam taki oto zapis:

Eljaszu! Ja Pan Bóg twój! Czy nie widzisz, że stoisz w stroju zakonnym i idziesz do klasztoru? Przed tobą monaster i ty do niego zdążasz, by modlić się do Boga. Ty będziesz w monasterze...

Późniejsze wydarzenia w pełni potwierdzają, że budował cerkiew z myślą o klasztorze. Kiedy w 1934 r. duchowieństwo prawosławne namówiło Iljasza do przekazania świątyni wraz z nieruchomościami, jakie posiadał, umową darowizny na rzecz Cerkwi, ten postawił warunek, że ma być tam założony monaster i dopilnował, aby taki zapis znalazł się w akcie notarialnym. Zgodnie z nim obdarowany – Duchowny Konsystorz Prawosławny w Grodnie „na obiekcie niniejszego daru winien założyć Klasztor Męski oraz urządzić wszystko, co w związku z tym uzna za potrzebne bez prawa zamienienia obiektu tego daru na inny niż wyżej wskazano cel”.

Rodzinna wieś „proroka” obecnie Fot. Jerzy Chmielewski
Rodzinna wieś „proroka” obecnie
Fot. Jerzy Chmielewski

Wówczas przepowiednia ze snu na krótko się spełniła. Archirej w Grodnie oddelegował do Grzybowszczyzny mnicha. To miał być zalążek monasteru. Strój mnicha przywdział też Iljasz, przyjmując imię zakonne Joan. Skończyło się to jednak wielką awanturą, która swój finał miała w sądzie.

Namiastkę klasztoru „prorok” zorganizował samodzielnie. Przy cerkwi pozwolił zamieszkać kilku „świętym kobietom”, które przeważnie pochodziły z dalekich stron. Niczym mniszki modliły się i usługiwały otcu Ilji.

Ale to wszystko miało się dopiero wydarzyć. Póki co przyszły „prorok” mozolnie stawiał mury wyśnionej cerkwi, borykając się z notorycznym brakiem funduszy, a w powietrzu wisiała już I wojna światowa.

Zdążył postawić krzyż na kopule

Kiedy latem 1915 r. zbliżał się front, Iljaszowi nie w głowie była już budowa cerkwi. Jak większość prawosławnych uległ wielkiej atmosferze strachu, napędzanej carską propagandą, z trwogą wygłaszaną także przez duchownych w cerkwiach. Chłopów straszono okrutnym hiermańcem, który kobietom będzie obcinać piersi, dzieci przekłuwać bagnetem, a pozostałych truć gazem.

Zarządzono bieżeństwo, czyli ewakuację ludności w głąb Rosji. Miała ona na celu odcięcie aprowizacji nadchodzącej armii niemieckiej. Carscy dowódcy zamierzali powtórzyć taktykę spalonej ziemi, którą wiek wcześniej skutecznie zastosowano przed wkroczeniem armii napoleońskiej do Moskwy. W pośpiechu wycofując się na wschód, starali się jeszcze pozbawić wroga dogodnych punktów obserwacyjnych. Ze względów strategicznych wojsko rosyjskie podłożyło ogień pod tylko co gustownie wyremontowaną drewnianą cerkiew ostrowską, zaś w sąsiedniej – murowanej – w Szudziałowie wysadzono dzwonnicę i świątyni tej nigdy już nie odbudowano.

Chociaż nieliczni prawosławni i prawie wszyscy katolicy pozostali mimo wszystko na miejscu, w sierpniu 1915 r. Klimowicz z rodziną udał się w bieżeństwo. Uległ panice, a przede wszystkim namowom ostrowskiego batiuszki.

O tym okresie życia „proroka” i jego pobycie w Rosji wszystkie źródła milczą. Karpiuk w swej książce pomija to całkowicie, o bieżeństwie nawet nie wspomina. Pawluczuk natomiast odnotowuje jedynie: wyjechał – wrócił, ale w którym dokładnie roku już nie wiadomo.

Wnętrze chałupy białoruskiej z Grzybowszczyzny Starej, przeniesionej do muzeum pod Białymstokiem. Tak mogła wyglądać izba, w której mieszkał i obmyślał swe wielkie plany Eliasz Klimowicz Fot. Jerzy Chmielewski
Wnętrze chałupy białoruskiej z Grzybowszczyzny Starej, przeniesionej do muzeum pod Białymstokiem. Tak mogła wyglądać izba, w której mieszkał i obmyślał swe wielkie plany Eliasz Klimowicz
Fot. Jerzy Chmielewski

Tymczasem był to niezwykle ważny i dramatyczny okres w życiu Klimowicza, pełen doświadczeń, które tak jak u wszystkich bieżeńców przewartościowały jego dotychczasowy sposób postrzegania świata i miały ogromny wpływ na to, co potem wydarzyło się w Grzybowszczyźnie.

Wojciech Załęski w tomiku poświęconym Klimowiczowi zamieścił zapisaną przez siebie w 1974 r. opowieść mieszkańca wsi Stara Kamionka koło Sokółki, który twierdził iż po nadejściu frontu żołnierze niemieccy rozwlekli zgromadzone przez Iljasza materiały budowlane do umocnienia okopów i na potrzeby schronów. Roznieść mieli całą blachę przygotowaną do pokrycia cerkwi.

Jest to zwyczajna plotka, wynikająca z niewiedzy mieszkańców po powrocie z bieżeństwa o tym, co tu się działo, gdy ich nie było. Po wycofaniu się wojsk rosyjskich, pod koniec lata 1915 r. nastała administracja niemiecka. Żadnych walk tu nie toczono, ani do nich się nie przygotowywano. A jeśli rzeczywiście na budowie cerkwi były zgromadzone jakieś przydatne rzeczy, to przywłaszczyli je miejscowi, którzy nie wyjechali. Powszechnie wiadomo, iż plądrowano opuszczone przez bieżeńców gospodarstwa, szukając pozostawionego ziarna, a czasem z domów wyrywano nawet drzwi lub okna.

Paweł Wołoszyn, najbliższy sąsiad Klimowicza w Wierszalinie, opowiadał że Iljasz do sierpnia 1915 r., do czasu udania się w bieżeństwo, zdążył wymurować ściany cerkwi i nakryć ją słomą. Można przypuszczać, że taki dach był tymczasowy, prowizoryczny. Być może budynek został przykryty w pośpiechu tuż przed wyjazdem, aby chronić konstrukcję od deszczu i śniegu. Z pewnością nie było to przykrycie docelowe, bo czasy słomianych świątyń dawno się skończyły.

W takim stanie budowla przetrwała do powrotu bieżeńców w rodzinne strony. Potwierdza to pamiętnik, który trafił w moje ręce, zawierający wspomnienia Włodzimierza Grzybka, urodzonego w 1910 r. mieszkańca Ostrowia Nowego. Z bieżeństwa powrócił z rodziną dopiero latem 1923 r. Przyjechali na hoły kamień. Siedlisko zastali zarośnięte zielskiem, wszystkie budynki były spalone. Zamieszkali w Ostrowiu Południowym w domu stryjecznego brata matki, który był jeszcze w bieżeństwie i jak się okazało już nie wrócił. Ojciec zmarł jeszcze przed wyjazdem do Rosji, matka gospodarstwo oddała w dzierżawę za co trzeci snop zboża, a trójkę dzieci posłała za parobków, pastuchów i służących. Wałodzik z bratem Jozikiem paśli krowy gospodarza z Saratanszczyny (oficjalnie Nowe Włóki). Pastwisko znajdowało się między Leszczanami i Grzybowszczyzną. Chłopcy, jak napisano we wspomnieniach, często zaganiali krowy do „budowli cerkiewnej, pokrytej słomą, bez okien i drzwi”, a sami chodzili wybierać jaja z gniazd ptasich, gdyż panował głód.

Wygląda na to, że Iljasz był wtedy jeszcze w bieżeństwie i budynku jego świątyni nikt nie pilnował. Z innych źródeł i przekazów wiadomo, że tutejsi mieszkańcy wracali z Rosji po 1919 r., przeważnie w 1921., ale zdarzało się, że i później.

Nieco światła na wyjazd Klimowicza w bieżeństwo rzuca lektura „Widzeń…”. Potwierdza ona, że w Grzybowszczyźnie pozostawił nieukończoną cerkiew, ale – i tu nowość – jeden krzyż na niej postawił. A przed wyjazdem w środku zakopał ikonę Matki Bożej. Mówi o tym zapis z 2 marca 1916 r.:

Odjechałem ja daleko. Myślę o cerkwi, którą zgodnie z wolą Bożą wybudowałem w guberni grodzieńskiej, powiecie sokólskim, włości ostrowskiej, we wsi Grzybowszczyzna. I ja jej nie ukończyłem, tylko jeden krzyż postawiłem i nie została pokryta dachem. Codziennie sercem ja tęsknię i rozpaczam, że została nieukończona w niemieckich rękach. I myślę o cudownej ikonie, którą schowałem do ziemi w tej cerkwi.

Źródło to wzmiankuje, że dotarł do Sybirska. Próżno jednak znaleźć taką miejscowość na mapie. Niewykluczone, że w środkowej części Syberii, dokąd przeważnie trafili bieżeńcy z ostrowskiej wołosti, była wtedy taka osada, zlikwidowana jak wiele innych w wyniku zagospodarowania tych ziem w czasach sowieckich. Na pewno nie był to Nowosybirsk – już wówczas spore miasto i o innej nazwie Nowonikołajewsk. Być może chodzi tu o Symbirsk w innej, nadwołżańskiej, części Rosji, gdzie również trafiali uchodźcy z Podlasia.

Na wygnaniu

Niektórzy piszą, że Klimowicz dotarł do Krasnojarska, a nawet że gdzieś tam w domu starców zmarł, gdy trafił tam po raz drugi, zesłany przez sowietów po 1939 r. Jest w tym troszeczkę prawdy. O końcu „proroka” będzie jeszcze mowa, a co do jego pobytu w bieżeństwie wątpliwe, czy tamte lata spędził w Kraju Krasnojarskim. Wiezioną koleją transsyberyjską ludność z Grzybowszczyzny i okolic wysadzano z pociągu kilkaset kilometrów bliżej, lokowano ją przeważnie we wsiach tomskiej guberni. W Archiwum Państwowym Obwodu Tomskiego zachowały się niektóre karty rejestracyjne bieżeńców z ujezdu-powiatu sokólskiego, m.in. z Ostrowia. Wynika z nich, że ewakuowali się oni 7-8 (20-21) sierpnia 1915 r., a podróż trwała około miesiąca.

Klimowicz w „Widzeniach…” z goryczą wspomina, jak bieżeńców przyjęli do siebie Rosjanie:

Wpuszczając na kwatery żądali od razu opłaty miesięcznej. Nie dość tego, ostatnie jajko i ostatnie ubranie potrafili ukraść, a później gnali do roboty. Obrzucali różnymi szyderstwami. Czy to po chrześcijańsku? Czy według ewangelii? Przygadywali, że nie chcemy pracować. Do tego stopnia uciskali „bieżeńców”, że ci z tęsknoty, głodu i chłodu musieli umierać…

Takie opinie są jednak odosobnione. Chłopi z włości ostrowskiej jak i innych terenów Białostocczyzny wspominali, iż w Rosji traktowano ich raczej dobrze. Bo to i dach nad głową dano przybyszom, i pracę i możliwość nauki dzieciom. Tę wspaniałomyślność wspomagały wszak ekstra ruble z budżetu imperium, wypłacane gospodarzom przyjmujących uchodźców. Ci nabyli też nowe doświadczenie życiowe, ujrzeli chłopski świat na wyższym poziomie rozwoju niż u siebie, bo gospodarstwa wyposażone już w konne żniwiarki i snopowiązałki, a nawet prototypy kombajnów.

Po dwóch latach dotychczasowy porządek i świat wartości na ich oczach nagle runął. Iljasz, który przekroczył już pięćdziesiątkę, zobaczył Rosję ogarniętą przewrotem bolszewickim. Kolejne ponad dwa lata nieraz pewnie ocierał się nawet o śmierć, gdy na wioski napadały zbrojne oddziały, siejąc terror, grabiąc żywność i co się tylko dało. Patrzył, jak ludzie umierają z głodu i wycieńczenia. Ratując się zbierał zielsko w polu na zupę a nawet chleb dla rodziny. Choć w Grzybowszczyźnie nigdy nie zaznał rozkoszy, lecz nigdy też za jego pamięci nie zdarzało się, by ktoś w rodzinnej okolicy konał śmiercią głodową. Rosja wystraszyła go swą niepoczytalnością, a szczególnie barbarzyństwem bolszewickiej władzy wobec tak świętej dla niego wiary prawosławnej. Dlatego, gdy tylko ogłoszono możliwość wyjazdu, tak jak niemal wszyscy ostali przy życiu bieżeńcy, bez wahania ruszył w podróż powrotną do domu. Wracał z duszą na ramieniu, niepewny co zastanie na miejscu, przede wszystkim niespokojny o pozostawioną na pastwę losu swoją niedokończoną cerkiew, którą ochronić miała wewnątrz zakopana przez niego ikona Bogurodzicy.

Co się działo w Grzybowszczyźnie podczas kilkuletniej nieobecności Klimowicza, dokładnie nie wiadomo. Okres władzy niemieckiej w latach 1915-1919 w historii ziemi kryńskiej jak i całej Białostocczyzny pozostaje do dziś białą plamą. Ciekawe, że ta administracja dla ludności, która nie udała się w bieżeństwo, uruchomiła w Krynkach i okolicznych wsiach szkoły z białoruskim językiem nauczania. Dowody osobiste również wydawano dwujęzyczne, niemiecko-białoruskie (alfabetem łacińskim). Taki „pašpart” z Ostrowia posiadam w swoich zbiorach.

Cdn

Jerzy Chmielewski

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis