Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

O dziewczynie w mit przekutej

Historia sanitariuszki „Inki” powinna wybrzmieć pełniej niż tylko w legendzie opiewanej przez polskie środowiska narodowe. Dopełnieniem niech będzie ten głos potomka jej białoruskich i prawosławnych sąsiadów z okolic Narewki i Guszczewiny. To opowieść z tych, jakich dziś już prawie nie słychać, bo umierają wraz z odejściem pokolenia, które je opowiadało, potem przestało opowiadać, bo nikt nie chciał słuchać. Dziś już tylko milczy, bo ci, którzy powinni słuchać, wolą czytać patriotyczne pogadanki i bezwiednie przyswajać wychowawcze produkcje mediów narodowych.

Takie sąsiedzkie opowieści dodają zwykle wiele szczegółów, dygresji i niuansów, które czynią z wyniesionych na piedestał chwały bohaterów ludzi z krwi i kości. Mała, lokalna historia cała jest utkana z takich opowieści. Niektóre z nich bywają zapożyczone przez historię dużą, zwykle w celach wyższych, poważniejszych. Poznajemy zatem te opowieści okrojone z pewnych szczegółów, bo zaburzałyby forsowany przez ich autorów ideologiczny przekaz. Wielkie historie zresztą detali nie lubią, bo budowane są głównie na hasłach o wielkich bohaterach wielkich wydarzeń.

Odsłonięcie pomnika Danuty Siedzikówny „Inki” w Gruszkach niedaleko Guszczewiny, 2017 Fot. IPN
Odsłonięcie pomnika Danuty Siedzikówny „Inki” w Gruszkach niedaleko Guszczewiny, 2017
Fot. IPN

Za tę oto historię, opowiedzianą z szerszego punktu widzenia, apologeci mitu dzielnej sanitariuszki w 2016 roku złożyli zawiadomienie do białostockiej prokuratury, która odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie.

Narewka to było przed wojną niewielkie białorusko-polsko-żydowskie miasteczko na skraju Puszczy Białowieskiej, historycznie związane z Brześciem. Rodzina Siedzików trafiła tu z zewnątrz, podobnie jak cała administracja II RP na wschodnich kresach. Ojciec jako leśniczy musiał być w okolicy ważną postacią. Pewnie dlatego podzielił tragiczny los deportowanych w 1940 na wschód. To wojna wyzwoliła na tym terenie drzemiące dotąd animozje na tle narodowościowym i wyznaniowym, umiejętnie podsycane wówczas przez okupantów. Bo przecież nie wszystkich wywożono. Ktoś stracił, ktoś zyskał. Oś wojennego konfliktu nałożono na podziały narodowościowe i wyznaniowe.

Nie powiem nic odkrywczego, pisząc że międzywojenna Polska dla swoich licznych mniejszości narodowych była bardziej macochą niż matką. To dlatego urodzony w okolicach Narewki Aleksander Wołkowycki, chociaż skończył rosyjskie seminarium nauczycielskie i jako Białorusin pragnął uczyć miejscowe dzieci języka ojczystego, zaczął pracować w zawodzie dopiero w wieku 44 lat. A pozwoliły mu na to władze sowieckie po przyłączeniu tych terenów we wrześniu 1939 r. do ZSRR w wyniku paktu Ribbentrop – Mołotow. Wołkowycki uczy jedynie niecałe dwa lata, do wybuchu kolejnej wojny. Do szkoły wraca w 1944 roku, po zakończeniu okupacji niemieckiej, z mandatem nowej władzy – tym razem ludowej.

Wołkowycki ponownie robił to, o czym całe życie marzył – uczył miejscowe dzieci ich ojczystego języka, co w II RP możliwe nie było. W kwietniu 1945 roku został zamordowany w Narewce na ulicy z rąk oddziału Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

Nie wiemy, czy świadkiem zabójstwa była 17-letnia Danusia Siedzikówna, ale losy obu postaci pokazują, jak łatwo o konflikt. W pamięci wielu pokoleń Wołkowycki pozostał jako twórca powojennej szkoły w Narewcew. Kilka lat temu pod wpływem zmasowanej akcji środowisk narodowych i mediów przestał być jej patronem. IPN oskarżył go o kolaborację z hitlerowcami i sowietami, choć nie przedstawił wystarczających na to dowodów. Usunęła go miotła polityki historycznej. Jego miejsce w pamięci powinna dziś zająć słynna sanitariuszka. Tego wymaga historia, prawda?

Los związał „Inkę” z podziemiem jeszcze w 1943 roku. Wojna bardzo szybko zrobiła z niej zakładniczkę, odbierając rodziców. Ale prawdziwy rollercoaster w jej życiu zacznie się dopiero w czerwcu 1945 roku, gdy zostaje aresztowana przez NKWD, a następnie brawurowo uwolniona z konwoju przez leśny oddział pod dowództwem Stanisława Wołoncieja „Konusa”. To postać znana w okolicy. Miejscowi Białorusini zapamiętali głównie jego napady i grabieże. Przygoda nastolatki z oddziałem „Konusa” nie trwała długo. Jak podaje biografka „Inki” Luiza Łuniewska („Szukając Inki”, 2015), oddział przestał istnieć z powodu alkoholizmu jej członków. Wtedy 17-latka trafia do innego szwadronu „Łupaszki”, tym razem pod dowództwem Jana Mazura „Piasta”. Nie na długo jednak, bo okazuje się, że Mazur – jak podaje Łuniewska – był w gruncie rzeczy pospolitym bandziorem. Ginie w leśnej egzekucji, zarządzonej przez Szendzielarza. Rok później, po ucieczce oddziału na Pomorze, „Inka” siedziała już w gdańskim więzieniu. Sporo jak na rok życia w ukryciu i tej potwornej demoralizacji, której musiała być świadkiem. Skazana w bezprecedensowym procesie na śmierć ginie tydzień przed swoimi osiemnastymi urodzinami. Co za potworna historia!

Przyznajmy to uczciwie. „Inka” jest symbolem, którym próbuje się dzisiaj leczyć wojenne traumy. Mam na myśli mit o Danusi, a nie nastolatkę z Guszczewiny. Siedzikówna to idealny materiał na mit o ofierze – nastolatka, stracona przez uosobienie największej bestii w historii, czyli komunistów, którzy w ostatnich latach w punktacji niektórych historiografów wyprzedzili nawet hitlerowców i zabory.

„Zachowała się jak trzeba”, bo Polacy też chcieliby, żeby świat wiedział, że „zachowaliśmy się jak trzeba”. Przecież nas zaatakowano, byliśmy bezsprzecznie ofiarą okupantów, jak nastoletnia „Inka”.

Każda ofiara może liczyć na taryfę ulgową, na inne traktowanie. Ofierze wszystko można wybaczyć. Ale zastanówmy się, czy w rzeczy samej „zachowaliśmy się jak trzeba”? Bo jeśli tak, to znaczy, że mordy o podłożu antysemickim, palenie białoruskich wsi przez „Burego” – to wszystko nie może być prawdą. Zachowaliśmy się jak „Inka” – w to chcemy wierzyć, bo przecież byliśmy przede wszystkim ofiarą wojny – chcieliby powiedzieć Polacy. Największa na świecie liczba Sprawiedliwych wśród Narodów Świata to przecież wystarczające alibi, by zapomnieć o Jedwabnem, czyż nie?

W tym leczeniu traumy są też skutki uboczne. To przede wszystkim mechanizm wyparcia, który prowadzi na moralne manowce. Ten mechanizm zmusza nas do bardzo niewygodnych szpagatów etycznych. Bo jeżeli konstruujemy mit Wyklętych, to przecież wszystko w nim jest czarno-białe. Kto nie był z „Inką”, był przeciwko niej. Wołkowycki? Musiał donosić. Rodzina Skiepków z Narewki, którym Niezłomni ukradli wódkę przygotowaną na wesele? Musieli mieć komunistyczne poglądy. Białoruskie dzieci zabite w Zaleszanach? Pewnie rzucały kamieniami w oddział „Burego”. Niewinne ofiary? Na wojnie muszą być ofiary, najważniejsza była niepodległość. Usiłowanie gwałtu na 18-letniej Marysi Pietruczuk ze wsi Szpaki, jej konanie i gwałt na koleżance? To przecież jedynie „wióry, które lecą, gdy się drwa rąbie”. I tak dalej…

Usprawiedliwiamy zbrodnie, bo… No właśnie, co? Bo Polska? To ślepa uliczka, z której nie wiemy teraz, jak się wydostać.

Ceną każdego mitu zawsze jest prawda. Wiedzą o tym sieroty po ZSRR, którym Wielkie Zwycięstwo do dzisiaj przesłania ponury widok łagrów i milionów złamanych życiorysów. Czy Polakom uda się wyleczyć z traumy wojennej za pomocą mitu Wyklętych czy rewizjonizmu, który wyprodukował nam historyków o poglądach nacjonalistycznych? Czy utożsamianie Białorusinów jak Wołkowycki z komunistami i kolaborantami, prowadzące do międzynarodowego konfliktu z Białorusią, jest ceną, którą warto zapłacić za mity o „Ince”, „Burym” czy „Łupaszce”? Kim będzie pokolenie leczone z wojennej traumy za pomocą mitu o Siedzikównie? Pokolenie, które rośnie w poczuciu krzywdy, pragnienia rewanżu i wyrównania rachunków. Bardzo boję się tego, że historia niczego niektórych nie nauczy, a opowieść o oszukanych i zdradzonych traktatem wersalskim Niemcach będzie się dalej kurzyć na półkach bibliotek, do których już nikt nie zagląda.

Opowieść, którą snuję, to historia wojennej przemocy wobec dziecka. To historia deprawacji, która powinna nas odrzeć ze złudzeń co do istoty wojny. Danusia uwolniona z konwoju UB staje się poniekąd zakładniczką swoich towarzyszy broni, wszak poszukiwana, zupełnie nie ma gdzie pójść. Czy podzielała nacjonalistyczne poglądy żołnierzy „Łupaszki”? O jaką Polskę walczyła? Czy było w niej miejsce dla wiejskiego nauczyciela Wołkowyckiego, uczącego białoruskie dzieci? Tego się nie dowiemy.

Starsze pokolenie w Guszczewinie i Narewce nie ma najlepszego zdania na temat „Inki” i etosu Wyklętych. Kojarzy im się z leśnymi bandami. Z niedowierzaniem przyjmuje to jak wielką bohaterką Polski w ostatnich latach stała się prosta dziewczyna, którą pamiętali z dzieciństwa. Nie mają wpływu na to, jak się opowiada o wydarzeniach, których była częścią. Nie ma na to też wpływu sama nastolatka, spoglądając przed siebie z coraz większej liczby pomników na terenie całego kraju.

Tomasz Sulima

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis