Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Wśród podzielonych Słowian cz. 2

…Jeździłem po wschodzie ciężarówką, więc wiem jak wy pijecie – na „eks” (na raz). U nas spokojnie. Rakiję się smakuje. Nie chodzi o to, żeby za godzinę leżeć pod stołem

Opuszczając pomału Sarajewo idę długą ulicą Safeta Hadžića – szefa sztabu kryzysowego w Sarajewie, który zginął w walkach w kwietniu 1992 roku. Czym bliżej granic miasta tym więcej śladów po ostrzałach. Ośmio i dziesięciopiętrowe bloki mieszkalne z nieregularnymi śladami po pociskach moździerzowych. Kawałek dalej nieco niższe zabudowania z balkonami podziurawionymi jak sito bronią maszynową. Przed największym w Sarajewie meczetem, ufundowanym przez Arabię Saudyjską, jeszcze jeden wieżowiec z ogromną betonową łatą. To, że zbudowana w 2000 roku świątynia Króla Fahda jest tak blisko granicy, a jednocześnie, że ma tak mocne głośniki, że od wezwania do modlitwy można ogłuchnąć, nie może być dziełem przypadku. Serbowie za miedzą muszą je słyszeć.

Nowa zabudowa wschodniego Sarajewa Fot. Mateusz Styrczula
Nowa zabudowa wschodniego Sarajewa
Fot. Mateusz Styrczula

Mijając lotnisko widać też wyjście z tzw. tunelu życia. Jedynego połączenia ze światem zewnętrznym, jakie podczas wojny uchroniło Sarajewo od głodu i upadku obrońców miasta. Dziś jest to budzące grozę muzeum i swoiste memento mori dla potomnych.

Na granicy między Republiką Serbską, a Federacją BiH nie stoją żadne patrole, nie ma kontroli granicznych, ale przy głównych drogach do Republiki o przekroczeniu jej granic informują nas osobne tablice z godłem i napisem po serbsku i po angielsku – „Witamy w Republice Serbskiej”. Najdziwniejsze jest jednak to, że nazwę zmieniają też drogi. „Bulwar Mimara Sinana” – tureckiego architekta z XVI wieku – zamienia się w „ulicę Serbskich Władców”. „Ulica Ilhamina” przechodzi w „Dedijera”. Muzułmanów zastępują Serbowie, a Serbowie muzułmanów. W zależności od kierunku jazdy. Jak nożem uciął znika alfabet łaciński, zastąpiony ostentacyjnie cyrylicą. Jedyne co się nie kończy to miasto Sarajewo. W 1995 roku utworzono bowiem z południowych jego skrawków oraz z przylegających doń wsi tzw. Serbskie Sarajewo. Substytut niezdobytego miasta. Taki erzac na otarcie łez. Ostatecznie pod naciskami z nazwy tej musiano zrezygnować i od roku 2005 nowy organizm nosi nazwę Sarajewa Wschodniego. Nie zmienia to jednak jego podmiejskiego charakteru i de facto braku jakiegokolwiek centrum.

Koło dworca autobusowego Lukavica wchodzę do jednej z kawiarni i zamawiam „jednu domaću” – oznacza to dosłownie domową kawę serwowaną zazwyczaj z tureckiej dżezwie z cukrem bądź zamiast niego z rahat lokum. Od razu widać różnicę w cenie – jest taniej o jakieś pół euro w stosunku do cen kawy w Sarajewie. Wewnątrz grube brązowe zasłony i wystrój z późnych lat 70. Latają przeklęte, siadujące co chwile w innym miejscu muchy. Z radia słyszę lokalne informacje o pogodzie. Spikerka informuje o temperaturze w Pale, Banja Luce, Doboju, Zvorniku, Trebinje. Wszystkie z tych miast leżą oczywiście w Republice Serbskiej. O temperaturze w Mostarze, albo chociaż w stolicy kraju ani słowa.

Dosiadam się do dwójki szpakowatych mężczyzn w wytartych kurtkach i palących papierosa za papierosem. Na stole gruszkowa rakija. Zamawiają i dla mnie. Witamy w Republice Serbskiej – mówi pomarszczony jak śliwka Dragan. Zapytuję o to, kogo przedstawia widziany nieopodal mural.

Drugi – Zoran, z niemodnym już wąsem – salutuje niezgrabnie i odpowiada jednym słowem: Generał. Któżby inny?

– Ratko Mladić?

Zoran poprawia: Nie, nie, nie. Dla tych tam sprzedawczyków z Belgradu, którzy wydali go pseudo trybunałowi w Hadze i dla Ameryki to może faktycznie jest tylko obywatel Ratko Mladić. Dla nas – Serbów z Bośni to Generał Ratko Mladić. I tylko tak należy wypowiadać jego imię. Razem z stopniem wojskowym podkreślającym jego pozycję i rolę w czasie wojny.

– Z naszej, to znaczy z polskiej, perspektywy nie wiemy o nim wiele. Słychać tylko o jego odpowiedzialności za masakrę 8000 muzułmanów w Srebrenicy w 1995 i na temat procesu przed haskim Trybunałem. Co zrobił dla was, dla Serbów?

Nim uzyskałem odpowiedź, na propozycję mężczyzn wznosimy toast za przyjaźń polsko-serbską. Zostaję jednak skarcony, bo wznosząc obły kieliszek z alkoholem kieruję wzrok w jego kierunku uważając by przy stykaniu kieliszków nie rozlała się rakija.

– Tutaj wznosząc toast trzeba patrzeć każdemu ze zgromadzonych, z którym stukasz się kieliszkiem, prosto w oczy – słyszę. – Wtedy możesz przejść wzrokiem na następną osobę i dopiero po złapaniu wzrokowego kontaktu z ostatnią wypić. I to wypić trochę. Jeździłem po wschodzie ciężarówką, więc wiem jak wy pijecie – na „eks” (na raz). U nas spokojnie. Rakiję się smakuje. Nie chodzi o to, żeby za godzinę leżeć pod stołem –  wyjaśnił spokojnie Dragan.

Zoran zaś niemal przerwał mu chcąc odpowiedzieć jak najszybciej na moje pytanie:

– Z tą Srebrenicą to przede wszystkim nie tak jak wam opowiadają. Ja nie oskarżam Polaków. Jak media karmią was informacjami tylko z jednej strony, to w sumie skąd tacy jak ty mają znać prawdę? Przed wydarzeniami z lipca 1995 roku bośniackie bojówki Nasera Oricia szalały dosłownie po całej okolicy i robiły wypady na serbskie wioski wokół Srebrenicy. ONZ chroniło enklawę, więc czuli się bezkarni. Atakowali jak bandy wilków, wychodząc z niej znanymi sobie szlakam,i po czym mordowali S,erbów i spokojnie wracali do miasta, wiedząc że tam nikt ich nie ruszy bo to było miejsce gdzie stacjonował holenderski kontyngent Narodów Zjednoczonych. A więc nasi nic nie mogli zrobić, bo gdy ruszali w pościg, to za chwilę okazywało się, że Oricia i jego ludzi już tam nie ma, że zwiali do Srebrenicy. I tak to trwało tygodniami. Trwały też naloty na nasze pozycje. Skoro to była wojna domowa i chciano ją przerwać, to czemu bombardowano tylko nas, a nie np. nacierających już wtedy Chorwatów? To ma być ta NATO-owska sprawiedliwość?

– No, ale ostatecznie musisz przyznać, że do zbrodni mordowania cywilów doszło.

– Ci cywile to byli mężczyźni, jacy do wczoraj nosili broń. Zauważ, że kobiet i dzieci nikt nie ruszył. Co to za rzekome „ludobójstwo”, gdzie wybiera się tylko pewną grupę ludzi, która do 11 lipca stanowiła dla całej okolicy śmiertelne zagrożenie? Z nas i z Generała stara się zrobić Bóg wie kogo, nazistów jakichś, którzy planowo mordowali Żydów. A to był tylko krwawy – to prawda – ale tylko odwet za to, co robiła druga strona. I powtórzę – nie wobec każdego, bo my nie jesteśmy tacy jak Ustasze, co podczas II Wojny Światowej mordowali serbskie kobiety i dzieci, a Chorwacja do dziś za to nie przeprosiła.

– A gdzie w tym wszystkim jest gen. Mladić?

Zoran zaciągnął się sążniście papierosem i patrząc za okno wypalił:

– Dzięki niemu mamy Republikę Serbską! Dzięki jego wojennemu talentowi, uporowi i walce z potęgami tego świata dziś możemy siedzieć tu gdzie teraz siedzimy i czuć się bezpiecznie. Gdyby nie on, to byśmy skończyli tak jak np. Serbowie z Chorwacji, których wyrzucono ze swoich domów i dokonano czystki etnicznej. Stąd zatem jak Republika długa i szeroka Serbowie są mu wdzięczni. Nie mówię o politykach. Oni muszą grać w swoją grę, czasem łasić się do Zachodu. Nasz prezydent Milorad Dodik też raz niby przeprasza za Srebrenicę, raz się z tego wycofuje. Ja za nic nie muszę przepraszać, bo wiem jak było.

– No ale w ostateczności Republika nie jest dziś niepodległa. Jest częścią Bośni.

Zoran nie przestając patrzeć w okno trzykrotnie, znacząco wykonał uspokajający gest ręką z trzymanym w niej dopalającym się papierosem.

– Spokojnie, spokojnie. Wszystko w swoim czasie. Będzie taki moment, gdy z tego burdelu – bo nie nazwę Bośni państwem – zniknie Wysoki Komisarz ONZ i pokojowo, albo i nie rozejdziemy się.

Wypiliśmy po łyku rakiji, a do rozmowy dołączył milkliwy i bardziej wycofany Dragan.

– Ja mieszkałem kiedyś w bogatej, podsarajewskiej Ilidžy, 60 000 mieszkańców – dziś to jest kantor Sarajewo, część Federacji. Piękna okolica, spokój, rzeka Željeznica w której w dzieciństwie  kąpały się wszystkie dzieciaki z miasteczka. Nas i Muzułmanów – bo Boszniakami zaczęli nazywać się później, było tak prawie pół na pół. Ale chyba nas więcej. Przynajmniej tam gdzie ja mieszkałem. Było też trochę katolików, czyli Chorwatów. I wszyscy zgodnie się tam bawiliśmy, czasem strzelaliśmy z kapiszonów, albo z karabinów z patyków. No, ale to dlatego, że za młodu naoglądaliśmy się westernów amerykańskich. W Jugosławii można było wiele więcej niż za Żelazną Kurtyną, stąd mieliśmy dostęp do zachodniej kinematografii. No, ale do głowy by mi nie przyszło, że jak już byłem dorosłym, 25- letnim mężczyzną, to że najpierw umrze towarzysz Tito, a potem, że zamiast patyków ludzie wezmą do rąk prawdziwe automaty i zaczną strzelać do siebie.

– Ile to kilometrów stąd?

– Może pięć. Tak, góra pięć kilometrów. Jak zaczęła się wojna, to wraz z żoną i dzieckiem nie byliśmy pewni co robić. Chcieliśmy uciekać do jej rodziny w Rogaticy. Na szczęście nasza dzielnica pozostała pod kontrolą Wojska Republiki Serbskiej. Ale ostrzały słyszałem codziennie. Ja sam nie chwyciłem za broń, ale wielu moich sąsiadów już tak.

– Ostrzały skąd? W Sarajewie spotkałem jednego muzułmanina, który stracił brata w 1993. Mówi, że to Serbowie strzelali z gór.

Znowu wtrącił się impulsywniejszy Zoran:

– Tak, tak. Znam te głosy. Zawsze niewinni. Zawsze tylko ofiary. Jakby jednego pocisku nawet nie wystrzelili od 1992. No a co mieliśmy niby robić?! Gdyby nie my, to oni zajęliby Jahorinę i Bijelašnicę i walili z gór na naszą stronę. To było normalne posunięcie taktyczne i nie można nam zarzucić, że chcieliśmy się przygotować.

Ja widziałem i jednych i drugich strzelających. Żyliśmy dostatecznie blisko frontu, żeby wiedzieć, że i tamci przepędzali naszych z Sarajewa. Tam gdzie byli większością, tam się mścili. Dziś nawet nie wiem, czy w Ilidży zostało choćby kilka procent Serbów. W 1995 r., jak okazało się, że miasteczko przypadnie Federacji, nie mieliśmy już wyjścia. Spakowaliśmy manatki i uciekliśmy na serbską stronę, do Lukavicy. Długi czas pomagała nam finansowo rodzina, aż w końcu znalazłem tu pracę na stacji benzynowej. Dociągnąłem do emerytury, syn wyjechał do Banja Luki i tak to teraz wygląda. Ale tęsknię za rodzinnym domem. Rodzice na szczęście wojny nie dożyli. Złamałoby im to pewnie serce. Wystarczy że złamało mojemu pokoleniu i młodszym ode mnie.

SPR

Starsze domy Wschodniego Sarajewa są bardziej zaniedbane niż te po drugiej stronie gór. Ale tuż obok kwitnie nowe miasto. Zbudowane zapewne już po 2015 roku. Równe chodniki, restauracje i kawiarnie. Namiastka luksusu. Pełne młodzieży pijącej serbskie piwo „Jeleń”, podczas gdy ich muzułmańscy sąsiedzi (nie zawsze praktykujący jak widać) konsumują z lubością „Sarajewskie”. Tym niemniej już całkowitym absurdem są wyblakłe hasła z czasów komunistycznych i gołąbek trzymający gałązkę oliwną obok nich. Zwłaszcza, że niedaleko znajduję biuro Serbskiej Partii Radykalnej. Znanej z wojennej retoryki i na serbskiej scenie politycznej zajmującej miejsce skrajnej prawicy. Nieco zakurzone okna, a za nimi logo partii i portret postawnego mężczyzny w okularach i inteligentnym spojrzeniu. To szef partii Vojislav Šešelj, którego do uniewinnienia w 2016 roku sądzono w haskim Trybunale. W środku wita mnie zaskoczony młody działacz w garniturze, którego zastałem podczas porządkowania jakichś papierów. Witamy się uściśnięciem rąk. Szybko organizuje dla mnie krzesło i siada za biurkiem.

Wojenne zniszczenia wciąż widoczne na blokach w sarajewskiej dzielnicy Dobrinja Fot. Mateusz Styrczula
Wojenne zniszczenia wciąż widoczne na blokach w sarajewskiej dzielnicy Dobrinja
Fot. Mateusz Styrczula

– Pan z Polski? – pyta. – Przyznam, że mało Polaków tu do nas dociera. Słyszałem natomiast o marszach, jakie organizowane są co roku w rocznicę tzw. ogłoszenia niepodległości przez Kosowo w pana kraju. To cieszy, że chociaż władza i u nas, i u was nie dba o interesy narodowe, to wciąż są ludzie troszczący się o jedność między Słowianami. Nie można się dać amerykańskiej propagandzie.

Spytałem mego rozmówcę o teoretycznie prostą rzecz, a mianowicie, czy odwiedza w ogóle pobliskie Sarajewo.

– A po co? Zresztą tu też jest Sarajewo. Serbskie. Mamy tu wszystko, czego potrzeba. Przyrodę, dobre jedzenie, cerkwie, a przede wszystkim naszych ludzi. Nie rozumiem potrzeby odwiedzania kogoś, kto nas nienawidzi i kto najchętniej wbiłby nam nóż w plecy.

– Czy nie widzi pan absurdu tej granicy, jaka przebiega koło nas? Ta sama ulica z jednej strony nazywa się tak, z drugiej już inaczej.

– Oczywiście, że widzę, ale to pokłosie polityki Watykanu, Niemiec i przede wszystkim Ameryki, które wywołały wojnę w Jugosławii i rządzą dzięki temu regionem. Stara taktyka – najpierw podziel, a potem rządź.

– W jaki sposób? Serbia, Bośnia, Chorwacja, czy Słowenia to niezależne państwa.

– To pozory. Wszystkim dyryguje Światowy Fundusz Walutowy i potęgi ekonomiczne. Od razu zaznaczę, że Jugosławia nie była moim ideałem. My w Serbskiej Partii Radykalnej nie jesteśmy ani na jotę komunistami. Ale do 1991 r., kiedy istniała, Serbowie mieli chociaż gwarancję życia w jednym państwie. Państwie dużym, ludnym i mocnym ekonomicznie. Ja tego nie pamiętam, ale moi rodzice doskonale. Zachodowi zależało, żeby nas skłócić, ale przede wszystkim uderzyć w Serbów, jacy zawsze byli zbyt niepokorni. Wystarczy wspomnieć zamach na arcyksięcia Ferdynanda z 1914 r. My się tzw. „panom” po prostu nie kłaniamy. Chyba, że w cerkwi. Żadnym innym.

– No, ale co zyskaliście dzięki tej wojnie z całym światem?

– A Polacy w 1939 roku? Co mogliście zrobić, gdy zajęły was Niemcy i Związek Radziecki? Podobnie my. Dziś Serbowie niestety są podzieleni. Mieszkamy w czterech państwach: Serbii, Bośni, Chorwacji i Czarnogórze. A przecież gdyby uczciwie popatrzeć na mapy ostatniego spisu powszechnego w Jugosławii z 1991 r., to Serbia powinna dziś być trzy razy większa. Wtedy byłby spokój i nie mielibyśmy nic do Zagrzebia, ani do Słoweńców. To nigdy nie były nasze ziemie.

– A jakie są wasze?

– Knin, Vukovar, Podgorica, Banja Luka, Karlobag… To nie jest jakieś widzimisię naszej partii. To historia.

– Ja widziałem te mapy i z nich wynika tylko to, że Jugosławia była strasznie przemieszana etnicznie. Np. w Bośni, gdzie teraz jesteśmy, Bośniacy zamieszkiwali głównie miasta, a Serbowie prowincje. Jak wobec tego wyobraża pan sobie podział takiego terytorium?

– A kto mówi o podziale? Właśnie podziału chciał Zachód. Boszniacy to są po prostu Serbowie, jacy podczas osmańskiej okupacji przyjęli islam, ale to nie jest odrębny naród. Więc Bośni w ogóle nie powinno się dzielić. Gdyby zostali przy Serbii, włos by im nie spadł z głowy, no ale sam Alija Izetbegović chciał tę wojnę wywołać. No i stąd ten pat, jaki teraz mamy. A Niemcy, Brytyjczycy, czy Amerykanie tylko zacierają ręce. Mają do dyspozycji słabe państewka, dobre miejsce rynków zbytu i niefunkcjonalny kraj, w jakim teraz się znajdujemy. Mam jednak nadzieję, że to tylko tymczasowe. Nasz szef wróci z Hagi i zrobi w Serbii a potem tutaj porządek.

Cerkiew we wschodnim Sarajewie Fot. Mateusz Styrczula
Cerkiew we wschodnim Sarajewie
Fot. Mateusz Styrczula

Wracałem do Sarajewa, zahaczając o cerkiew pod wezwaniem św. Wasyla Ostrogskiego. Z wysoką wieżą, przypominającą bardziej kościoły katolickie niż cerkwie jakie widziałem na Białorusi, Ukrainie, czy Podlasiu. Od kobiety, jaka właśnie z niej wychodziła, dowiedziałem się, że jej budowę zaczęto w 1990 roku i że podczas wojny dostała się pod ogień Bośniaków. Dopiero po remoncie od 1998 roku została oddana do użytku wiernym. Patron cerkwi urodził się w Bośni w wiosce Mrkonjici (dziś część Rep. Serbskiej), został mnichem w klasztorze w Ostrogu w Czarnogórze, gdzie 1671 roku zmarł. Za życia przypisywano mu moc uzdrawiania chorych, a po śmierci w miejscu, gdzie dokonał żywota, miało wytrysnąć cudowne źródło i wyrosnąć krzew winorośli. W dzień jego święta, które wedle kalendarza gregoriańskiego przypada na 12 maja, do Ostrogu pielgrzymują wierni. Serbowie, Czarnogórcy, ale wśród nich nawet muzułmanie. Przynajmniej taką historię słyszałem podczas zwiedzania samego monastyru.

Cmentarz słowiańskich muzułmanów Bośniaków Fot. Mateusz Styrczula
Cmentarz słowiańskich muzułmanów Bośniaków
Fot. Mateusz Styrczula

Gdy powróciłem na tętniące życiem stare miasto w sercu Sarajewa, zwróciłem uwagę na pamiątki. Na targu pośród dżezw do parzenia kawy, metalowych talerzy z wygrawerowaną studnią stanowiącą centrum Baščaršiji, muzułmańskich nakryć głowy, pseudoorientalnej tandety z Chin i ogromnej liczby magnesów na lodówkę dostrzegłem coś, co miało znajomy kształt, ale musiałem wziąć jeden egzemplarz do ręki, żeby lepiej przyjrzeć się złotemu przedmiotowi długości kilku centymetrów, a szerokości może półtora.

– Chce pan kupić ten długopis? – zagadnął sprzedawca

– Przepraszam, z czego on jest zrobiony?

– Z łuski pocisku. Jednego z wielu, jakie spadły na miasto. Coś z nimi musieliśmy zrobić – odparł uśmiechając się szeroko.

Kupiłem.

Mateusz Styrczula

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў верасні

    770 – 1252 г., першыя летапісныя зьвесткі пра гарады Наваградак (Новогородок), Слонім (Услоним, Вислоним), Ваўкавыск (Волковыеск). 700 – У 1322 г. дружыны Гарадзенскага княства (у склад якога тады ўваходзіла ўсходняя Беласточчына) на чале з князем Давыдам Гарадзенскім разграмілі пад Псковам нямецкіх і дацкіх …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis