Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Prawda i mity

„Prorok” Ilja. Historia prawdziwa (cz. 6)

Zanim przejdę do najbardziej burzliwego okresu w życiu Klimowicza, czyli lat międzywojennych, najpierw skupię się na materiale faktograficznym.

Przez lata zgromadziłem całkiem sporo artykułów prasowych z relacjami świadków wydarzeń. Choć często spisane zostały z drugiej ręki – od ich dzieci, znajomych czy sąsiadów – wiele z nich uznać można za jak najbardziej wiarygodne. Szczególnie te, które przewijają się w opowieściach niejednej osoby, przy czym niezależnie od siebie. Dzięki dobrodziejstwu Internetu odszukałem też zapisy wideo filmów dokumentalnych, zrealizowanych w latach dziewięćdziesiątych i w pierwszej dekadzie dwutysięcznych, z zarejestrowanymi takimi wypowiedziami.

Mit nagłośnili dziennikarze

Pierwsze relacje pisane z wydarzeń w Grzybowszczyźnie pojawiły się jeszcze w polskiej prasie międzywojennej. W latach trzydziestych, gdy eksplodował cały ten ruch, docierali tam reporterzy „Echa Białostockiego”, a nawet „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z Krakowa.

Po wojnie jako pierwszy na nowo zainteresował się tematem Wasil Barszczeŭski z białostockiej „Niwy”. W 1956 r., kilka miesięcy po powołaniu do życia białoruskiego tygodnika, zamieścił w nim duży na całą stronę artykuł „Dziejnaść „praroka” Ilji Hryboŭskaha”. Dziesięć lat później temat ten podchwycił inny dziennikarz „Niwy”, Uładzimir Paŭluczuk, który pracował tam do 1971 r. W Rybołach, gdzie dorastał, przysługiwał w cerkwi jako pomocnik psałomszczyka. Hrybawo, jak tamejsi iljaszowcy mówili na wioskę „proroka”, znał z opowieści krążących w jego rodzinnej okolicy. W „Niwie” wystarał się o przydzielenie mu rewiru reporterskiego na południowo-wschodniej Sokólszczyźnie i kilka lat jeździł po tamtejszych wsiach, często nocując u któregoś z gospodarzy. Po powrocie pisał artykuły o postępie cywilizacyjnym w poszczególnych wioskach, dobrodziejstwach „władzy ludowej”. Przeprowadzając wywiady z mieszkańcami pytał ich nie tylko o powstałe w ich wsiach sklepy, punkty skupu mleka, świetlice, nowe domy, ale przy okazji drążył temat „proroka”. W tym celu dotarł do batiuszki Antoniego Sawicza, który wtedy był ciągle proboszczem parafii prawosławnej w Krynkach, nieprzerwanie od 1934 r. Duchowny, który przed wojną  posługiwał w Jurowlanach i nadetatowo w Ostrowiu, utrzymywał bliskie kontakty z Klimowiczem, finalizując z polecenia biskupa w Grodnie przekazanie 30 czerwca 1934 r. wybudowanej przez niego świątyni na własność Cerkwi.

Publikacje prasowe to bardzo cenne dziś źródło informacji o historii „proroka” z Grzybowszczyzny
Publikacje prasowe to bardzo cenne dziś źródło informacji o historii „proroka” z Grzybowszczyzny

Bywając w Rybołach Pawluczuk odwiedzał z kolei żyjących jeszcze iljaszowców. Wiele rozmów przeprowadził z mieszkającym dziesięć kilometrów dalej we wsi Kamień (gmina Czyże) Aleksandrem Danilukiem, który był jednym z „apostołów” Iljasza. Nie dał wiary Barszczeŭskiemu, że „trudno rozmawiać z człowiekiem na wskroś przesiąkniętym fanatyzmem religijnym”. Pawluczuk „apostoła” uważnie wysłuchał. To właśnie w głównej mierze w oparciu o opowieści tego „nawiedzonego” człowieka stworzył mit o „sekcie proroka z Grzybowszczyzny”. W tym duchu napisał dwa artykuły do „Niwy” i rozwinął temat jako student wyższej szkoły nauk społecznych przy KC PZPR, osiągając z czasem tytuł profesora religioznawstwa. Jego słynna książka „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”, wydana w 1974 roku, oraz późniejsze, napisane już po upadku komunizmu, także powstały głównie w oparciu o opowieści ludzi podobnie „nawiedzonych” jak Daniluk, choć ziarno prawdy w sobie zawierają.

W pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych na wyprawę „Pa śladach praroka” wyruszył późniejszy dziennikarz „Niwy”, Aleksander Wiarbicki. Jego obszerna, trzyczęściowa relacja jest dla mnie szczególnie pomocna przy pisaniu tego artykułu. W ostatnim momencie zdążył nagrać na dyktafon niezwykle rzeczowe wspomnienia i opowieści żyjących jeszcze międzywojennych sąsiadów Wierszalina, zanim ci nie odeszli na tamten świat.

Wcześniej, na początku lat dziewięćdziesiątych, równie rzeczowe reportaże na temat „sekty grzybowskiej” ukazały się na łamach „Kuriera Podlaskiego”, bardzo poczytnej wówczas białostockiej gazety. W 1991 r. Janina Werpachowska opublikowała w niej relacje z wyjazdu do Wierszalina pod intrygującym tytułem „Matka Boska odeszła – Eliasz powróci’. Dwa lata później temat dopełnił „Rok proroka” Jerzego Danilewicza.

„Prorok” w teatrze i filmie

Na początku lat dziewięćdziesiątych historią Iljasza zafascynował się dramaturg Tadeusz Słobodzianek. Mit Wierszalina, który znał z rodzinnych opowieści (jego matka była prawosławna), zaintrygował go wcześniej. Jak opowiadał w rozmowie z Bogdanem Dudko i Janem Kamińskiem, opublikowanej w 2000 r. w białostockich „Kartkach”, jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych rowerem pojechał do Grzybowszczyzny, Ostrowia i Wierszalina, by sprawdzić, „jak się to wszystko ma do siebie”.

Piętnaście lat później dla założonego razem z Piotrem Tomaszukiem Towarzystwa Wierszalin, z którym powołali działający do dziś w Supraślu Teatr Wierszalin, wystarał się o fundusze i zlecił Sokratowi Janowiczowi przetłumaczenie „Wierszalińskiego raju” Alaksieja Karpiuka. Na kanwie powieści Słobodzianek napisał fikcyjną w dużej mierze sztukę „Prorok Ilja”, pokazaną w Teatrze Telewizji w 1994 r. Na potrzeby scenografii i rekwizytów wypożyczył też ikony, fotografie, inne pamiątki z Wierszalina i skąd się tylko dało (m.in. od Mikołaja Gasperczyka w Szudziałowie).

Tak jak zakładał reżyser, temat okazał się nośny. Jego sztuka, wystawiana później na scenach teatrów w Krakowie, Warszawie i Berlinie, przyniosła mu sławę artystyczną i uznanie krytyków. W jego dramacie dopatrywano się uniwersalnego przesłania, aktualnego po dzień dzisiejszy – o poszukiwaniu sensu i porządku w zmieniającej się rzeczywistości, marzeniach o lepszym świecie.

Na stronie Teatru Dramatycznego w Warszawie możemy przeczytać, iż sztuka „Prorok Ilja” to „nieprawdopodobna historia w XIV scenach, inspirowana dziejami Eljasza Klimowicza, który uważał się za biblijnego proroka Ilję, zbudował cerkiew i założył w Wierszalinie nową stolice świata”. Klimowicz jednak w żaden sposób nie utożsamiał się z jakimkolwiek prorokiem, tylko przypięto mu taką łatkę. I nigdy nie budował żadnej stolicy świata.

Inny warszawski reżyser, Krzysztof Wojciechowski, w 1997 r. na podstawie scenariusza Mariana Pilota, literata z Warszawy, zaprzyjaźnionego z Sokratem Janowiczem, zrealizował fabularyzowany dokument „Historia o proroku Eliaszu z Wierszalina”. Co prawda to również w większości fikcja, ale reżyser miał dobre intencje. Nie było jego zamierzeniem zrobić z tej historii rozdmuchanej sensacji i pośmiewiska, ale chciał przede wszystkim pokazać dramat ludności prawosławnej na Białostocczyźnie w okresie międzywojennym. Bohaterowie jego filmu to poczciwi, prości chłopi. Żyjąc w nędzy w zapóźnionej cywilizacyjnie Polsce B, uciskani, wyzyskiwani i dyskryminowani przez sanacyjne władze, ratunek dla siebie widzą tylko w zbawieniu z Nieba. W tej wierze wyznawana przez nich religia prawosławna im nie wystarcza. Chcą, aby ktoś powtórzył ofiarę Chrystusa i dał się ukrzyżować, aby zbawić świat i zatrzymać kolejną w ich życiu wojnę światową. Wiedzą, że w Grzybowszczyźnie jest człowiek, który ma niezwykłą moc i w nim właśnie szukają ratunku. Eliasza z Wierszalina czeka jednak inna droga krzyżowa, którą zgotuje dla niego władza sowiecka, a ostatnią stacją będzie Sybir…

Sędziwy teraz reżyser, od dawna na emeryturze, rok temu wybrał się na Białostocczyznę, by odbyć rekonesans śladami bohaterów i miejsc ze swego filmu. Mieliśmy się nawet spotkać, lecz nasze drogi wówczas się rozminęły. Z reżyserem odbyłem jednak długą rozmowę telefoniczną. Przede wszystkim był oburzony tym, co zobaczył na fundamentach drugiej cerkwi Klimowicza, którą ten zaczął stawiać w Wierszalinie. Jego emocjonalną reakcją nie byłem zdziwiony, gdyż dotąd nie spotkałem się chociaż z jedną opinią, pochwalającą instalację Waldemara Sieradzkiego, który będąc tu nadleśniczym, z pościąganych ciężkim sprzętem z lasu głazów narzutowych przekształcił to namodlone przez prawosławnych miejsce w jakąś „monoteistyczną świątynię świata”. Nie przypiąć nie przyłatać. To profanacja tego wzgórza, Wierszalina i pięknej przecież idei, która przyświecała wielkiemu dziełu Iljasza Klimowicza.

Wojciechowski w rozmowie ze mną podkreślał, że realizując swój film wielokrotnie rozmawiał z żywymi świadkami tamtych wydarzeń i jest dla niego oczywiste, że miała to być cerkiew prawosławna, a nie jakaś świątynia wielowyznaniowa. Ani razu nie użył też słowa „sekta”, choć scenariusz konsultował również z Pawluczukiem.

O Wierszalinie powstało więcej filmów – profesjonalnych i amatorskich – o różnej wartości artystycznej i historycznej. Do tematu nie wniosły jednak niczego nowego. Wyjątkiem może być półtoragodzinny dokument niemieckiego fotografa Hansa Madeja „Das Paradies auf Erden” („Raj na ziemi”), do którego zdjęcia były kręcone w latach 2001-2003 m.in. w Kaniukach, Ciełuszkach, Grzybowszczyźnie i Wierszalinie. To film na bardzo wysokim poziomie, głównie ze względu na głębokie w swym przekazie kadry, przeplatane archiwalnymi fotografiami i atmosferę nawiązującą do klimatu epoki, o której opowiada. Urzekają występujące w nim osoby. To autochtoni – naturalni niczym „aborygeni”, choć może zbytnio prymitywni, ale to najpewniej celowy zabieg reżysera, trochę niestety przejaskrawiony. Widzimy tam staruszków, którzy byli uczestnikami bądź świadkami wydarzeń promieniujących z Wierszalina, w tym Tatianę Kowalczuk – ostatnią ze „świętych kobiet”, jakie przystały do Iljasza i wspomagały go w jego dziele. To film z najwyższej półki. Szkoda, że nie doczekał się nagród na festiwalach, ale to pewnie wina niedostatecznej promocji.

W 2006 r. zawiozłem do Wierszalina Andreja Kudzinienkę, białoruskiego reżysera, który wówczas w swym kraju znalazł się na indeksie za film „Okupacja. Misterium”, będący pierwszym niezależnym obrazem, przedstawiającym Białoruś pod okupacją niemiecką. Dzięki polskiemu stypendium przyjechał do Warszawy i szukał pomysłu na nowy film. Temat podpowiedział mu Janusz Gawryluk, który swego czasu współpracował trochę z „Czasopisem” i przyjechał z kamerą jako jego operator. Odwiedziliśmy wówczas Borysa Wołoszyna, syna słynnego konstruktora traktorów z wojennego demobilu, a wcześniej wspomagającego dzieło Iljasza Klimowicza.

Kudzinienka szybko jednak przerwał prace nad ledwie co zaczętym filmem. Powrócił do Mińska, gdyż umożliwiono mu kontynuowanie pracy w zawodzie. Dla studia Biełaruśfilm wyreżyserował pierwszy białoruski mistyczny horror „Masakra”, a potem – dla różnych producentów, także polskich – kilka podobnie jak ten raczej neutralnych historycznie i politycznie obrazów.

Jego zaczęty film o Wierszalinie dokończył w 2012 r. Janusz Gawryluk. Nadał mu tytuł „Ostatni mieszkaniec stolicy świata”. Obraz z Borysem Wołoszynem w roli głównej do historii Iljasza nie wniósł jednak niczego nowego. Tak jak późniejsze przekazy czy to wideo, czy pisane, masowo powtarzane jeden od drugiego w Internecie.

Wszystkiemu impuls dała „Niwa”

Dopiero w 2015 r. Wojciech Załęski z Supraśla jako pierwszy pokazał tę tak barwnie i niewiarygodnie utkaną opowieść w całkiem innym świetle. W serii „Supraski Raptularz” opublikował minimonografię „Eliasz. Fenomen pogranicza świadomości”, posiłkując się dokumentami historycznymi i spisywanymi dawniej przez siebie opowiastkami, zasłyszanymi w okołobiałostockich wioskach. Kilka lat temu pod wpływem tej publikacji próbę rewizji utartego mitu podjęła na prowadzonym przez siebie fejsbukowym profilu „Krynki – historia, miejsca, ludzie” Cecylia Bach-Szczawińska, mieszkająca w tym miasteczku pasjonatka i badaczka lokalnej przeszłości.

Spośród zebranych przez siebie materiałów za najcenniejsze i najbardziej wiarygodne uważam publikacje w „Niwie”. Szkoda, że mało kto dotychczas po nie sięgnął, opisując niestworzone rzeczy o charyzmatycznym chłopie z Grzybowszczyzny. Z prostej oczywiście przyczyny – bariery językowej.

Uważnie prześledziwszy jak przez dziesięciolecia narastał i nawarstwiał się mit o „proroku”, doszedłem do odkrywczego wniosku, że to właśnie „Niwa” dala impuls zarówno Karpiukowi jak Pawluczukowi do rozwinięcia opowieści o „chłopskim świętym”, „raju w Wierszalinie” i „końcu świata”. Dali upust swej fantazji, przeczytawszy najpierw artykuł Wasila Barszczeŭskiego i nasłuchawszy się potem wywodów żyjących jeszcze iljaszowców i mnóstwa plotek krążących o „cudach w Hrybawie”.

Alaksiej Karpiuk, choć mieszkał w Grodnie, „Niwę” czytał od początku. Nasz tygodnik aż do lat dziewięćdziesiątych w Białorusi można było zaprenumerować, a nawet kupić w kioskach. Karpiuk „Niwę” nie tylko czytał, ale także drukował w niej w odcinkach swoje powieści. Kiedy na początku lat siedemdziesiątych zabrał się za pisanie „Wierszalińskiego raju”, na pewno raz jeszcze sięgnął do opublikowanych tam artykułów o „proroku”. Z pewnością też nawiązał kontakt korespondencyjny z Pawluczukiem i przepytał go z wiedzy, którą posiadał. Sam też dzielił się informacjami, zapamiętanymi z dzieciństwa oraz pozyskanymi potem od kuzynów i znajomych w rodzinnym Straszewie i innych wsiach koło Gródka. Nie jest przypadkiem, że „Wierszaliński raj” (tytuł wzięty z artykułu Barszczeŭskiego) i „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” ukazały się mniej więcej w tym samym czasie.

Ważne teraz są też dla mnie artykuły, które opublikowane zostały w „Czasopisie”. To przede wszystkim świetny reportaż z 1992 r. „Wierszalińskie kamienie”, napisany przez Dorotę Sulżyk (wówczas jeszcze Kuźmicz). Miałem przyjemność być przy nagrywaniu do niego materiałów. Uważnie przysłuchiwałem się opowieściom Pawła Wołoszyna, u sympatycznego staruszka spędziliśmy kilka godzin. „Biarecia wielku ksionżku” – powiedział nam na początku długiej gawędy, bo tyle miał do powiedzenia, że w zwykłym notatniku by się to nie pomieściło. Dorota wybrała to, co pasowało do konwencji jej reportażu. Ale ja do dziś pamiętam kilka ważnych szczegółów o Klimowiczu, o których nigdzie nie napisano, choć rozmów z Wołoszynem dziennikarze przeprowadzili bez liku i najczęściej w nich się powtarzał.

W 2003 r. opublikowaliśmy w „Czasopisie” obszerny materiał „Idźmy: „prapawieduje i iscalaje”, napisany przez Jarosława Charkiewicza. Jest to zapis jego rozmowy, którą w 1998 r. przeprowadził z 64-letnią wówczas kobietą, pochodzącą z okolic Jałówki. Jej ojciec był naocznym obserwatorem wydarzeń w Grzybowszczyźnie i Wierszalinie. Za związki z Iljaszem w 1940 r. został aresztowany przez NKWD. Dziesięć miesięcy przesiedział w więzieniu w Wołkowysku, wyszedł na wolność po napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRR. Wrócił do domu i znowu chodził do Grzybowszczyzny. Córka dobrze zapamiętała jego opowieści, z których wyłania się mechanizm powstania „sekty grzybowskiej” i obraz Klimowicza jako prostego człowieka, a nie jakiegoś „chłopskiego świętego”.

Przeinaczoną historię da się jeszcze wyprostować

Zawarte w zgromadzonych przeze mnie źródłach wspomnienia, szczególnie zebrane przez ciekawskich dziennikarzy kilkadziesiąt lat temu, są niezwykle cenne. Żyli wówczas jeszcze ludzie, którzy pamiętali „proroka” i nie mieli powodu przeinaczać tego co widzieli. W odróżnieniu od literatów i naukowców, jak Karpiuk czy Pawluczuk, jacy uchwycili się tematu przede wszystkim z koniunkturalnych przesłanek. U ludzi pióra takie fantazjowanie jest wprawdzie jak najbardziej dopuszczalne, ale nawet ma to swoje granice, szczególnie gdy twórczość jest inspirowana – jak w tym przypadku – prawdziwymi wydarzeniami. Ich uczestnicy, potomkowie i współmieszkańcy poczuli się skrzywdzeni, twierdząc – poniekąd słusznie – że zrobiono z nich pośmiewisko na cały świat.

Dlatego, skrupulatnie odtwarzając tę historię, opieram się nade wszystko na przekazach, które po sobie pozostawili moi ostrowscy ziomkowie, tudzież właśnie relacjach i reportażach prasowych. Przeczytane informacje konfrontuję ze sobą, dociekając czy zgadzają się z przekazami innych osób i czy ma to potwierdzenie w zachowanych dokumentach archiwalnych. Tylko w ten sposób można dojść do prawdy. Niektórych wątków nie da się jednak rozszyfrować, gdyż nie ma już o nie kogo zapytać i brakuje dokumentów. Można tylko snuć domysły, ale nie wzięte z sufitu, a logicznie wypływające z ówczesnych realiów, uwarunkowań i analogii.

Cdn

Jerzy Chmielewski

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis