Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    11. Szumnaje zabojstwo uboŭca

    U 1946 r. na Sakolszczynie szumieła partyzanckaja jaczejka, jakoj prawadyrom byŭ Kaźmier Kamiński „Błyskawica” (raniej „Ryś”). Pad saboju mieŭ jon dwaccać czaławiek. Byli heto katoliki ad Janowa, Karycina, Czarnoŭsi (cipier Czornaj Biełastockaj)...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Ne može byti!

    Počynaju pisati novy cykl rozkazuv. Ne znaju, jak dovho dam rady. Nazbirała trochu historyjuv od ludi, kotory zhodilisie pohovoryti zo mnoju pro svoje žycie. Trudno takich znajti, bo bôlšosti našych ludi zdajetsie, što jich žycie nikomu ne cikave, tomu što vono nibyto było zusiêm zvyčajne,...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Prawda i mity

„Prorok” Ilja. Historia prawdziwa (cz. 11)

Po odzyskaniu cerkwi Klimowicz stanął przed dylematem. Skonfliktowany z duchowieństwem zdawał sobie sprawę, że żaden batiuszka nie zgodzi się już odprawiać w niej nabożeństw. Nie po to jednak budował z takim trudem świątynię, by stała pusta. Wbrew temu co piszą inni nigdy też nie nosił się z zamiarem, by osobiście pełnić religijną posługę.

Nie chciał być samozwańczym kapłanem, choć rozważał pewnie zorganizowanie odrębnej wspólnoty prawosławnej z centrum w Grzybowszczyźnie, do czego zresztą namawiali go jego zwolennicy. Miał wystarczająco dużo pieniędzy, by przygarnąć jakiegoś duchownego. Tym bardziej, że w jego otoczeniu pojawiły się osoby, znające kanony cerkiewne.

Zaskakujące posunięcie

Ostatecznie Iljasz postanowił przekazać swą cerkiew na kościół katolicki. Było to dość zaskakujące posunięcie, które spotkało się z dezaprobatą jego zwolenników. Niektóre źródła piszą, że Klimowicz lekką ręką oddał cerkiew katolikom, gdyż jego matka była katoliczką. Chodziło jednak o coś innego.

Mimo prawomocnego wyroku ciągnąca się od czterech lat sprawa sądowa ostatecznie jeszcze się nie zakończyła, gdyż konsystorz prawosławny złożył skargę nadzwyczajną w Sądzie Najwyższym w Warszawie. Przedstawiciele władz i urzędnicy, z którymi Klimowicz utrzymywał bliskie kontakty, podpowiedzieli mu rozwiązanie, by zagrodzić dochodzenie praw stronie przeciwnej. Było to też na rękę Kościołowi rzymskokatolickiemu w jego działalności „misyjnej” wśród prawosławnych, którzy w okolicach Grzybowszczyzny wtedy dominowali.

Proboszcz kościoła w Krynkach, ks. Alfons Zienkiewicz, do którego z taką propozycją zwrócił się Klimowicz, zareagował jednak niechętnie. – Budowaliście cerkiew i niech cerkwią pozostanie – miał odpowiedzieć. Darczyńca w swym postanowieniu był jednak zdeterminowany. Ktoś podpowiedział mu, aby zrobił to pośrednio. Zatem na początku marca 1938 r. Iljasz sprzedał cerkiew z działką wskazanej najpewniej przez starostę mieszkance Sokółki, Barbarze Soroczyńskiej, za kwotę 500 zł. Nie zachował się żaden akt dotyczący tej transakcji, prawdopodobnie była to tylko umowa spisana na kartce papieru. Opiewała na symboliczną wręcz sumę 500 zł (wtedy równowartość kilku krów) jedynie dla formalności, bez przepływu gotówki. Paweł Wołoszyn opowiadał po latach, że krótko po sfinalizowaniu transakcji przyszedł do niego Dziedko i mocno to przeżywał. Obawiał się, że Soroczyńska nie dotrzyma słowa i sprzeda cerkiew konsystorzowi. Tak się jednak nie stało.

29 marca Barbara Soroczyńska c. Seweliusza aktem notarialnym zawartym w Sokółce cerkiew w Grzybowszczyżnie wraz z placem o pow. 1 ha ofiarowała Kurii Metropolitalnej Wileńskiej na rzecz parafii katolickiej w Krynkach. Wtedy Klimowicz opróżnił świątynię z ikon, chorągwi i prawosławnych utensyliów, przenosząc część do pozostawionych sobie dwóch budynków przycerkiewnych, gdzie mieszkały jego pomocnice, a resztę do swej zagrody. Potem katolicy do cerkwi wstawili ołtarz i zawiesili obrazy. Kowal Łapuć z Ostrowia zdjął z kopuł prawosławne krzyże, a w ich miejsce zamontował katolickie.

15 maja ks. Zienkiewicz jako dziekan brzostowicki wraz z duchowieństwem wyświęcił byłą cerkiew na kościół pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. Od tej pory kryński proboszcz we wszystkie niedziele i święta odprawiał w nim nabożeństwa dla okolicznych katolików.

W ciągu najbliższych miesięcy zbudowano tam budynek gospodarczy i plebanię, w której 29 października zamieszkały zakonnice ze zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Oprócz opieki nad kościołem prowadziły one też kursy krawieckie, a okoliczną ludność leczyły ziołami.

Mnich Serafin Samojlik, który przed wyświęceniem cerkwi na kościół odprawiał w niej nabożeństwa, zdążył zabrać ze świątyni dwie ikony i darochranitielnicu (tabernakulum) z prestoła (ołtarza). Przeniósł to do chaty Suproników w Grzybowszczyźnie i tam urządził punkt modlitewny.

W niespełna rok zbudował osadę

Natomiast Klimowicz z impetem przystąpił do realizacji swego drugiego wielkiego dzieła – budowy Wierszalina. Wciąż miał bardzo dużo pieniędzy, także na lokatach bankowych i w obligacjach. Był już po siedemdziesiątce, jak najszybciej chciał je wydać na jakiś ważny cel. Na pewno radził się urzędników, którzy – należy to przyznać – darzyli go szacunkiem. Za namową starosty sokólskiego, by zyskać przychylność władz sanacyjnych – przede wszystkim podczas długiego procesu sądowego z Cerkwią, ale i potem – znaczne kwoty z datków przynoszonych do Hrybawa przez ludność prawosławną przeznaczał na cele dobroczynne. Wspierał Ligę Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej, szkoły, sierociniec w Supraślu, szpital w Białymstoku. Podobno pieniądze „proroka” trafiły też – bez jego wiedzy – na kontu budowanego wówczas kościoła w Gródku.

W podziękowaniu za swoją szczodrość otrzymywał od władz dyplomy i odznaczenia. Z tych kontaktów narodził się pomysł wzniesienia na odzyskanych działkach przy wsi Leszczany kompleksu budynków, gdzie jego zwolennicy mogliby spotykać się na modlitwie, znaleźć spokój duchowy i wyciszenie. Chciał, by prowadzone tam były też kursy dla wiejskiej młodzieży, na których chłopcy przyuczali by się do ciesielki, stolarstwa i innych rzemiosł, dziewczęta do gotowania i krawiectwa. Postanowił też założyć wzorcowe gospodarstwo sadowniczo-ogrodnicze.

Tak wyglądała zbudowana przez Klimowicza osada Wierszalin. Zdjęcie zrobione prawdopodobnie pod koniec zimy 1939 r. Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka
Tak wyglądała zbudowana przez Klimowicza osada Wierszalin. Zdjęcie zrobione prawdopodobnie pod koniec zimy 1939 r.
Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka

Prosty chłop sam nie mógł wymyślić tak dużego przedsięwzięcia. Miał doradców. Lekarz Antoni Docha z Grodna, który po wojnie wraz z żoną leczył w Sokółce, namówił Klimowicza, by wybudować jeszcze niewielki obiekt szpitalno-uzdrowiskowy dla dzieci chorych na gruźlicę. Doktor wiedział, że to odpowiednie miejsce ze względu na sprzyjający mikroklimat otoczenia i obecność wód leczniczych.

Wiosną 1938 r. Iljasz zakupił w nadleśnictwie w Waliłach ogromne ilości drewna. Wynajął ludzi do przewiezienia kłód i ich piłowania, co robiło się wówczas ręcznie. Oprócz miejscowych na budowie osiedla zatrudnił ponad trzydziestu cieśli, stolarzy i pomocników z Wileńszczyzny. To dlatego wznoszone przez nich domy miały czasem cechy nietutejszej architektury, jak zamiast dwóch trzy okna w szczytowej ścianie.

Dzięki zaangażowaniu wielkich sił i pieniędzy w ciągu niespełna roku stanęło w Wierszalinie osiem budynków. W większości były to domy mieszkalne dla Iljasza oraz kobiet i innych osób z jego najbliższego otoczenia. Zważywszy na dominujące wówczas we wsiach niskie chałupy ze słomianymi strzechami, wyróżniały się one pewną okazałością. Przeważnie były kryte dachówką lub blachą i miały już duże okna. Stanęła też stodoła i długi zajezdny budynek dla furmanek z końmi pielgrzymów, na troje drzwi.

Każdy, kto tu wtedy przybywał, był pod wrażeniem wielkiego rozmachu przedsięwzięcia. Ktoś rzucił hasło „Otiec Ilja stroit gorod Wierszalin”. Inny dopowiedział, że Ilasz buduje miasto tej rangi co Warszawa, z tym że „Wierszalin będzie ważniejszy”. W wioskach nad Narwią rozeszła się wieść, że niedaleko Grzybowszczyzny powstaje „Nowe Jerusalem”, „stolica świata” itp. W ludziach odżyły apokaliptyczne przepowiednie o końcu świata. Niektórzy uwierzyli, że Wierszalin da im przetrwanie niczym arka Noego.

Sława „proroka” znów rosła, a z nią popłynął do Klimowicza nowy strumień pieniędzy. Poprzez ofiary ludzie chcieli kupić zbawienie, wyprzedawali nawet swe gospodarstwa, cały swój majątek przekazywali Iljaszowi i przenosili się do Wierszalina, aby tam przeczekać koniec świata.

Samo słowo Wierszalin stało się nośne, niezwykłe i tajemnicze. Zmodyfikowano je nawet jako „Swierszalin” od rosyjskiego słowa sowierszyłoś, czyli wypełniło się. Tymczasem osada wzięła swą nazwę od płynącej obok rzeczki Wierszaliny, oznaczonej jeszcze na dziewiętnastowiecznych mapach. Słowo to wzięło się od wierchu. Podobnie jak Wiarchles (Wierzchlesie) koło Sokółki znajduje się „ponad lasem”, tak Wierszalina to rzeczka opadająca z wierchu w dół, a w jej dolinie Klimowicz wznosił swój Wierszalin. „Prorok”, co zrozumiałe, nazwę „Swierszalin” polubił i czasem nawet jej używał. Wszak wypełniało się jego wielkie dzieło, spełniały marzenia. Kiedyś zgodnie potwierdzili to w rozmowie z dziennikarzami Paweł Wołoszyn i Michał Miniuk.

Osada została zaplanowana funkcjonalnie, trochę na wzór rozległej posiadłości dworskiej. Były tam rybne sadzawki, wykopano ocembrowaną studnię, założono sad, ogródki kwiatowe i warzywne, nawet niewielką plantację truskawek. Jako nowinkę pod okiem domorosłego konstruktora maszyn wszelakich, czyli sąsiada Pawła Wołoszyna, postawiono wiatrak energetyczny. Okazało się jednak, że wiatry w dolinie nie wieją z odpowiednią siłą. Wtedy podłączono generator do turbiny wodnej, ale nurt rzeczki był za słaby. Spróbowano jeszcze napędzać generator silnikiem spalinowym. Ostatecznie poprzestano na tradycyjnym oświetleniu za pomocą lamp naftowych.

Klimowicz, zaaferowany wznoszeniem Wierszalina, stał się innym człowiekiem. Mimo podeszłego wieku wstąpiła w niego energia i koncentrował się nie tyle na religii, jak przedtem, ale bardziej na zarządzaniu wielką budową i pilnowaniu majstrów. Jesienią 1938 r. wymurowano fundamenty pod drugą jego cerkiew, która miała stanąć na wzgórku przy gościńcu do Leszczan. Kilkudziesięciu zwolenników „proroka” ponad tydzień furmankami zwoziło z okolicy kamienie, nosiło je na górę, pomagając potem majstrowi układać je we wskazanym miejscu. Kształt wykonanych fundamentów wskazuje, że miała to być identyczna cerkiew jak w Grzybowszczyźnie. Klimowicz zaczął gromadzić materiały na ściany, ale jak mówi miesięczny raport wojewody za styczeń 1939 r., „budowa taka została zabroniona”.

„Apostołowie”

W ciągu całej dekady lat trzydziestych w otoczeniu „proroka” pojawiali się różni dziwni ludzie. Przybywali z bliska i z daleka, nieraz nie wiadomo skąd. Atmosfera szczególnego miejsca, do którego napływały tysięczne rzesze pielgrzymów, zrodziła w nich poczucie misji religijnej. Zaczęli na swój sposób interpretować Pismo Święte, układać nowe modlitwy, psalmy i „akafisty”. Po latach przylgnęło do nich miano apostołów „proroka”.

Jednym z nich był Aleksander Daniluk ze wsi Kamień na Hajnowszczyźnie. Przystał on do Klimowicza już pod koniec lat dwudziestych i zyskał jego zaufanie. Spisywał, a następnie drukował wypowiedzi Iljasza. Dodawał do nich własne objaśnienia, komentarze i pouczenia, w których niejednokrotnie atakował też prawosławne duchowieństwo. Rękopisy woził do drukarni w Białymstoku. W stopkach tych ulotek i broszur widnieje wytłuszczony napis „redaktor i wydawca – Aleksander Daniluk”. On też spisał rzekome sny „proroka”, które nie zostały jednak wydane. Dopiero pół wieku później przetłumaczył je na język polski emerytowany nauczyciel z Szudziałowa Mikołaj Gasperczyk, przekazując maszynopis do kolekcji Tadeusza Słobodzianka.

To właśnie na opowieściach Daniluka, spisanych od niego w latach sześćdziesiątych, Pawluczuk oparł kultowy „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”, swoje religioznawcze artykuły naukowe i późniejsze książki. Stworzył wybiórczy przekaz z punktu widzenia radykalnej grupy iljaszowców, która uwierzyła w niestworzone rzeczy, co doprowadziło do tragikomicznych wydarzeń. Fałszywie rozciągnął to na całą wspólnotę wokół „proroka”, nazywając ją „sektą grzybowską”. Tego określenia użył grubo na wyrost. O sekcie można bowiem mówić tylko wówczas, gdy mamy do czynienia z odłamem skupionym wokół duchowego przywódcy. Natomiast Klimowicz nie był żadnym guru i wśród prawosławnej ludności nowej religii nie szerzył.

Nie sposób tu jednak pominąć „odszczepieńców”, którzy pewne tradycyjne kanony cerkiewne wszak porzucili. Stało się to za sprawą innego „apostoła”. Był nim Paweł Bielski z Pieniek koło Michałowa. Mając zdolności do układania rymowanek, zaczął pisać hymny, wieszczące powtórne przyjście Zbawiciela. Pod ich wpływem sformował się ruch tzw. wtorników, którzy zamiast niedzieli zaczęli świętować wtorek. Jedna z wersji głosi, że stało się to po wygnaniu z cerkwi w Grzybowszczyźnie skłóconego z Klimowiczem archimandryty podczas nabożeństwa w dniu święta Zaśnięcia Bogurodzicy. Wydarzyło sie to akurat we wtorek.

Paweł Bielski. Jeden z „apostołów” Klimowicza Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka
Paweł Bielski. Jeden z „apostołów” Klimowicza
Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka

Wiadomo, że ruch wtorników szczególnie rozwinął się w Ciełuszkach za Zabłudowem. W 1936 r. doliczono się tam stu dwudziestu takich wyznawców. W tymże roku w tej wsi na posesji Sawantego Sawczuka zbudowali oni dla siebie drewnianą kaplicę z dzwonnicą. W sprawozdaniu sytuacyjnym wojewody za listopad napisano, że „po nabożeństwie kolportowano ulotki w języku rosyjskim, wymierzone w swej treści przeciwko duchowieństwu prawosławnemu. Redaktorem i wydawcą tych odezw jest Aleksander Daniluk”.

Inną grupę wyznawców, mniej radykalną i nie tak liczną, skupił wokół siebie niejaki Mikołaj Regis. Przybył on nie wiadomo skąd i początkowo zamieszkał w Wierszalinie. Karpiuk w swej książce zrobił z niego cudem ocalałego cara Mikołaja II. Ale to tylko fantazje literackie. Ten włóczęga z dalekiego świata był tajemniczym mistykiem, wyróżniał się donośnym niskim tembrem głosu, potrafił czytać po słowiańsku, mówiono że wcześniej był gdzieś diakiem. Okazał się jednak kombinatorem, zaczął podbierać znoszone Klimowiczowi pieniądze, podobno uwodził kobiety i lubił alkohol. Dlatego mieszkańcy Wierszalina szybko go się pozbyli. Wygonił go Michał Miniuk. Regis przeniósł się do Ostrowia Południowego, ogłosił się sługą bożym i w domu Michała Łapucia zaczął odprawiać nabożeństwa. Przygarnął część iljaszowców, którzy i jemu zaczęli znosić datki. Latem 1939 r. grupa sześciu osób gdzieś spod Bielska furmanką przywiozła mu w ofierze kierat. Regis święcił wodę ze studni i rozlaną do buteleczek sprzedawał na ozdrowienie ludziom. W Ostrowiu taką działalność prowadził około roku, potem nagle zniknął. Podobno w Białymstoku został sowieckim urzędnikiem.

Iliasz Klimowicz z odznaczeniami polskich władz za pokaźne datki, przekazywane na cele społeczne i dobroczynne Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka
Iliasz Klimowicz z odznaczeniami polskich władz za pokaźne datki, przekazywane na cele społeczne i dobroczynne
Fot. ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka

Jakoś w porze żniw 1939 r. fanatyczni wyznawcy „proroka” gdzieś znad Narwi postanowili go ukrzyżować. Chcieli, by podobnie jak Chrystus zmartwychwstał i zbawił świat od grzechu. Aż trudno w to uwierzyć, ale taka dramatyczna historia wydarzyła się naprawdę. Było wielu świadków, którzy widzieli, jak ci szaleńcy przynieśli krzyż do Wierszalina. Istnieje kilka wersji tego zdarzenia, ale najbliższe prawdy wydaje się, że fanatykom stanęli na drodze mieszkańcy Wierszalina. Wtedy zrezygnowali i zawrócili, a krzyż wkopali na rozstaju dróg naprzeciwko wsi Ozierskie koło Krynek.

Do łagru

Koniec „proroka” jednak był już bliski. Po przyjściu sowietów, którzy pojawili się w okolicy na Bahacza, czyli 21 września, Klimowicz doskonale zdawał sobie sprawę, że przy antyreligijnej władzy w Wierszalinie spokoju nie zazna. Jeszcze do niedawna mało kto wiedział, co z nim zdarzyło się naprawdę. Krążyły różne opowieści. Jedna z wersji mówiła, że Iljasza zamordowała samozwańcza milicja, złożona z komunistów z okolicznych wsi, którzy uaktywnili się w krótkim okresie bezprawia w oczekiwaniu na sformowanie się upragnionej nowej władzy. Powiadano też, iż aresztowali go sowieccy żołnierze i wywieźli do domu starców za Krasnojarskiem na Syberii, gdzie zmarł.

Niecałe dziesięć lat temu stowarzyszenie Białoruski „Memoriał” do internetowej bazy danych „Ofiary terroru politycznego w ZSRR” przekazał informacje z przechowywanych w Archiwum Państwowym w Grodnie dokumentów dotyczących Klimowicza. Wynika z nich, że został on aresztowany przez NKWD 28 października 1939 r. we wsi Pawły w bielskim powiecie. Oskarżony o „agitację antysowiecką” 4 września 1940 r. otrzymał wyrok pięciu lat pobytu w łagrze i tam zmarł.

Ankieta z aresztu śledczego w Białymstoku, sporządzona 7 stycznia 1940 r. Iljasz Klimowicz podał w niej narodowość białoruską, datę urodzin wpisano o dziesięć lat późniejszą Ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka
Ankieta z aresztu śledczego w Białymstoku, sporządzona 7 stycznia 1940 r. Iljasz Klimowicz podał w niej narodowość białoruską, datę urodzin wpisano o dziesięć lat późniejszą
Ze zbiorów Tadeusza Słobodzianka

Jednym z ostatnich, którzy widzieli Klimowicza w Wierszalinie przed zniknięciem, był Paweł Wołoszyn. Po latach wspominał, że Dziadkowi odradzał opuszczenie tego miejsca. – Kiedy naokoło wragi – miał mu odpowiedzieć. Z kolei z opowiadań mieszkańców wsi Pawły wynika, że Klimowicz przybył tam piechotą, nieco wcześniej do swojej rodzinnej wsi wróciła jego ostatnia towarzyszka życia Fiokła Jakowczuk. W pobliskim tartaku kupił drewno i zaczął budować dom, ale zamieszkać w nim już nie zdążyli.

W filmie Krzysztofa Wojciechowskiego mieszkaniec Pawłów tak opowiada: „Ruskie przyjechali we dwóch samochodem i pamiętam na własne oczy, jak wyprowadzili tego otca Ilju i jeden enkawudzista powiedział do drugiego: Griszka, smatri, cełuju Rasiju pierejechali i nigdzie Boga nie widzieli, a w dierewni w Pawłach pojmali”.

Paweł Wołoszyn był przekonany, że o miejscu, gdzie ukrywał się Klimowicz, doniósł sowietom Wasyl Dawidziuk. Był to chłop, który sprzedał swoje pole, dom, dobytek i przeniósł się do Wierszalina, wszystkie pieniądze oddając na budowę osady. Iljasz początkowo widział w nim swego następcę, ale zaczęły się konflikty i Dawidziuka przegoniono. Wyprowadził się do wsi za Krynkami, obecnie w Białorusi. Kiedy do Wierszalina dotarła z Pawłów informacja o aresztowaniu Ilji, na drzwiach domu, w którym mieszkał Dawidziuk, ktoś napisał „Juda”.

Zanim opadła kurtyna

Krótki okres bezkrólewia po 17 września wykorzystali prawosławni w Grzybowszczyźnie. Zebrali się przy cerkwi, półtora roku wcześniej przekazanej przez Klimowicza na kościół, zawołali mnicha Samojlika i złamali kłódkę w drzwiach. Zmusili kapłana, by odsłużył liturgię. Odtąd grzybowska świątynia należy do prawosławnych jako filialna parafii ostrowskiej. Katolicy tuż po wojnie zbudowali sobie kościółek w niedalekich Podlipkach.

Po napaści Niemiec na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941 i wkroczeniu na te tereny hitlerowskich okupantów rozgorzał konflikt o przynależność zbudowanej przez Iljasza świątyni. Obie strony wybrały w końcu spośród siebie delegacje, które udały się do Sokółki, by spór rozstrzygnął landrat – starosta powiatu. Po zapoznaniu się ze sprawą urzędnik niemiecki zapytał przybyłych, na jaki cel była budowana świątynia i z czyich środków. Delegacje zgodnie odpowiedziały, że na cerkiew z ofiar ludności prawosławnej. To niech nadal będzie jej własnością – zakończył spór starosta.

Pod koniec 1939 r. sowieci zmienili podział administracyjny na tych terenach. Utworzyli nową gminę – sielsowiet Górany, na urząd przeznaczając budynek plebanii w Grzybowszczyźnie, z którego wcześniej wyprowadziły się zakonnice. Potem Niemcy przenieśli go do Ostrowia Nowego i zainstalowali tam posterunek żandarmerii. Wkrótce budynek spalili sowieccy partyzanci.

Po odstąpieniu Niemców stodołę i dwa wybudowane przez Iliasza domy okoliczna ludność, korzystając z kolejnego bezprawia, samowolnie rozwlekła do swych gospodarstw. Natomiast większe budynki w Wierszalinie rozebrano – już decyzją władz – i z tego materiału postawiono m.in. szkołę w Leszczanach. Pozostała stodoła i niewielki dom, w którym mieszkało pięć samotnych kobiet, przygarniętych swego czasu przez Iljasza. W ślad za Pawluczukiem dziennikarze prześmiewczo nazywali je „niedoszłymi Matkami Boskimi”. Były to tylko zagubione pobożne kobiety. W domku, gdzie dożywały kresu swych dni, całe ściany były zawieszone ikonami. W większości potem zostały rozkradzione, część z nich i innych pamiątek po Wierszalinie i Klimowiczu zdołał ocalić Tadeusz Słobodzianek. Jego kolekcja znajduje się obecnie w Podlaskim Muzeum Ikon w Supraślu.

Kiedy kobiety jeszcze żyły, przyjeżdżali do nich na modlitwę – przeważnie raz w roku 19 sierpnia na Spasa – nieliczni już iljaszowcy. Brali przechowywany w stodole krzyż i szli z nim na fundamenty drugiej cerkwi Klimowicza, gdzie się modlili.

Kobiet doglądała sąsiadka ze Studzionki, Nadzieja Miszczuk. Ostatnia z nich – Tatiana – zmarła 11 listopada 1991 r. w szpitalu w Krynkach.

Wobec braku spadkobierców, teren Wierszalina przejęło nadleśnictwo. W dużej części posadzono na nim las. W 2011 r. z inicjatywy ówczesnego nadleśniczego Nadleśnictwa Krynki z siedzibą w Poczopku na fundamentach niedokończonej cerkwi ustawiono głazy z wyrytymi w nich krzyżami prawosławnym i katolickim oraz tatarskim półksiężycemi i żydowską Gwiazdą Dawida. Nadano temu nazwę „Monoteistyczna świątynia świata”, która miała być atrakcją turystyczną, a okazała się profanacją namodlonego przez prawosławnych iljaszowców miejsca.

Las, który wyrósł na dawnych polach uprawnych wokół cerkwi w Grzybowszczyźnie i Wierszalina, ostatecznie niczym kurtyna zakończył trwające przez dziesięciolecia widowisko, któremu przyświecała wszak szczytna idea.

KONIEC

Jerzy Chmielewski

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў лютым

    555 – 29.02.1468 выданьне „Судзебніка” Казіміра IV – першага збору законаў Вялікага Княства Літоўскага. 495 – У 1528 г. нар. князь Андрэй Курбскі, нашчадак у простай лініі роду Рурыкавічаў. Заслужаны паплечнік Івана IV Жахлівага (Грознага), здольны палкаводзец, адукаваны чалавек. У …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2023 Czasopis