Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Notatki

Milimetry życia

Jeszcze o moim domu.

Nawet nie mogę powiedzieć o moim domu: w nim żyje ktoś inny, ale wciąż mogę na niego popatrzeć. Nie mogę popatrzeć. Nie ma.

W tym miejscu nigdy nikt już nie postawi domu. Nieswojo żyć z taką myślą, ciągle powracającą. Mogę opisać to wierszem. Może ktoś poczuje to samo. Może ktoś, kto wyjechał bardzo daleko i nie może lub nie chce wrócić, czytając poniższy wiersz poczuje to samo. Może już był w miejscu, gdzie stał dom, i poczuje to samo. Może ktoś już to samo poczuł i jeszcze raz poczuje.

 

Głębia

W miejscu domu ziemniaczane szkło kamieni.

Tutaj nad nimi było kiedyś dużo szczęścia.

Przecież było. Było!

Pod moim spojrzeniem kamienie tamtym szczęściem

wschodzą, a wschodzą jak mogą –

od razu dachem u stóp.

Jak dużo zielska, pod pachy słodkim antonówkom,

dziczejącym, o coraz wyraźniej

szympansich ramionach,

podwajanych, gdy już potrojone

i wrastających pazurami

w pień. I ludzi dużo, przywołanych przez pamięć,

i mówią to samo, co już raz mówili,

a więc nie mówią.

Mówią. Mówią!

Opowiadają dzieciom swoje życie i bardzo proszą,

aby znalazły lepsze daleko stąd.

 

Kiedyś (wczoraj) moje podwórko tętniło życiem. Wygrzebałam fotografię z małą Marcelką. Za nią śmietnik, jaki zostawił Tolo, coś rzeźbiąc, i jeszcze nie posprzątał. Obok nasz fiacik. Mieliśmy wtedy fiaciki. To było pół wieku temu. To już jesień. Koniec wakacji. Trzeba wracać do dalekiego Olsztyna. Fotografia wykonana przeze mnie bardzo starym aparatem, ponad stuletnim. Ja go cenię od czasu, kiedy reporter z GW, który przyjechał do mnie, żeby mi porobić foty do wywiadu, posłużył się podobnym aparatem, mówiąc że cyfrówki cyfrówkami, a foty wykonane starymi aparatami są o wiele cenniejsze, artystyczne. Nie notują za wiele szczegółów, nie ujmują każdego pryszcza, patrzą na świat jak nasze niecyfrowe oko. Od niego dowiedziałam się, że wciąż można kupić filmy do tak starych aparatów, nawet do barwnych zdjęć – on je kupuje. Miał przy sobie kilka starych aparatów i to nimi robił mi zdjęcia. Dziś każdy pstryka komórkami mnóstwo zdjęć, ale tylko nieliczni posiedli warsztatową sztukę ich robienia. Robią to bez trójpodziału, bez siatki. Warsztatu uczymy się na starych aparatach. Tak to mi wyłożył młody reporter z GW. Zresztą sama to wiem, bo w liceum plastycznym Marcela używała do doskonalenia warsztatu niecyfrowych aparatów. Sztuka kadrowania, gdzie się to podziało? Nowoczesna komórka robi zdjęcia zbyt doskonałe, niemal jak z raju, w słodkich kolorkach, i obrazem można dowolnie manipulować, można upiększyć czy oszpecić czyjąś twarz – zależnie od poglądów politycznych, brrr! Zachłyśnięcie się nowoczesnością nie jest nowoczesnością. To tylko zachłyśnięcie się. Ponadto: były demolud zachłysnął się wolnością (nie zastanawia się, kim są wolni ludzie, wolność przyjmując jedynie jako hasło i oczywistość). Nawet tego nie komentuję.

Nasze kolejowe podwórko z Marcelką; lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku
Nasze kolejowe podwórko z Marcelką; lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku

Półkowniczka Monika Stępień robi komórką świetne foty. I bywalczyni Naraju, Katarzyna Boruń, też. Czyli jednak sprawność warsztatowa, a nie tylko maszynowa.

Zdjęcie małej Marcelki pstryknęłam machinalnie. Nie jest artystyczne. Pochodzi z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a więc ma wartość historyczną. Tej dziewczynki dawno nie ma na naszym świecie. Ani tamtego samochodu, ani tamtego pieńka, na którym Tolo obrabiał rzeźbę, śmiecąc jak drwal. Mówią mi: patrz w przyszłość. W jaką przyszłość? Na pewno nie w osobistą. Ludzie są śmiertelni. Ludzie się starzeją. Wszyscy. Starzejący się ludzie nie mają osobistej przyszłości. Wiedzą: życie trwa jeden dzień. Wiedzą: nikt nie ceni tego milimetra życia, jakie pozostało staremu człowiekowi, ale on sam ceni. Mogą coś zabawnego lub tragicznego opowiedzieć. Epokę mogą opowiedzieć. Mogą podzielić się doświadczeniem życiowym, tragizmem wojen. Piszący nie zdąży napisać następnej książki, wiersza. Malarz nie zdąży namalować kolejnego obrazu. To nic. Do ostatniej chwili trzeba coś tworzyć, opowiadać, postrzegać i przestrzegać. Wielokrotnie spotykam się z następującą sytuacją: umiera matka, a żyła długo, i dzieci wołają we łzach: jaka szkoda, że nie wypytaliśmy matki o szczegóły jej długiego życia, o wojny, o dramaty, o jej koleżanki i kolegów ze szkoły, o żydowskie koleżanki, które zagazowano, o to, gdzie się znajdują te i tamte groby, co się kiedyś jadło, co się sobie opowiadało, jak widziała epokę. Ja też do końca nie wypytałam matki o podobne sprawy. Wszyscy uświadamiają to sobie (jeśli uświadamiają), za późno. Jednak matka opowiedziała mi dużo. Dwie straszne wojny w jedynym życiu, bieżenstwo, wczesne osierocenie i ciężka praca. Dzielna była to kobieta. Pracowała przed wojną i po wojnie. Była to wolna kobieta. Nie znosiła żadnych przejawów mizoginii. Nie wyobrażała sobie życia bez pracy i własnych pieniędzy. Nie uprawiała sztuki dyplomacji, tylko waliła prawda prosto w oczy. To oczywiście bolało. Mnie też. Jednak matczyne słowa były nieodzownością. W pełni rozumiałam je po latach. Dojrzewanie człowieka to przecież proces.

Tady, na padworku z żywoju Marcelkaju, ǔ tamtoj chaci, tolki ja z mamaju razmaǔlała pa prostu. Piaraplatalisa naszyja słowy z polskaju mowaju. Tady my byli maładyja i zdawałaso, szto ni budziam wieczno żyć u Olsztynie, szto nojdziam lepszaja miesco dla żyćcia. Pastareli i piarastali szukać. Ali ja ǔsio dumaju, kab emihrawać i dzieś adnoj pamierci. Ja znaju, za pozno, kab szukać lepszaho żyćcia. Ali kab dzieś lepiaj pamierci? Z lekarstwami i biez muki? Biez bolu? Ci dzieś maju takoja miesco? Na szto pytajusa. Cely świet robicca straszny. Jeśli czytajam fiłasofaǔ, dobro heta wiedajem. Jeśli fiłasofaǔ ni czytajam, breszam palitycznymi modnymi kamunałami i machlujam, szto żywiem ǔ raju i majam da woli woli.

Kurdesz

Ot, tak sobie pytam: Tolo, co to jest ten kurdesz? Tolo: Jak to co. Kurdesz nad kurdeszami. Śmiejemy się. Ojciec czasem tego kurdesza grał na skrzypcach.

To słowo (tureckie) mamy od Tatarów: kar(yn)dasz, co znaczy bliźniak, brat, przyjaciel, kamrat, kumoter; od karym: łono (z tego samego łona). Polacy przekształcali to słowo, najpierw w „kordasz”, potem w „kierdasz”, aż ostatecznie w „kurdesz”, bo brzmiało zabawniej. Ponoć to ksiądz Franciszek Bohomolec spod Witebska (XVIII wiek) wymyślił szlachecką pieśń biesiadną z tym kurdeszem:

Każ przynieść wina, mój Grzegorzu miły,

Bogdaj się troski nam nigdy nie śniły,

Niech i Anulka tu zasiądzie z nami,

Kurdesz, kurdesz nad kurdeszami!

Pieśń śpiewała cała Wielka Litwa i Polska.

Podoba mi się taki ksiądz, z poczuciem humoru i umiejący weselić się dla ulgi duszy. Wielkiej Litwy nie ma. I nie ma słowa „kamrat” ani „kumoter” w codziennym obiegu. I nie ma słowa „kurdesz” w codziennym obiegu. I tamtych biesiad litewskich nie ma u nas. Kiedyś wszyscy umieliśmy się weselić w WKL. Był u nas, ǔ majom horadzie, baciuszka wiasioły, jaki razmaǔlaǔ pa prostu, ali ǔże jaho nima. I nima mnohich baciuszkoǔ, jakija minie lubili i ja jich lubiła. Bo ǔ nas majam adnaho baciuszku (ǔże na emerytury), jakomu druhija baciuszki ni padabajucca i szto hod majam nowaho baciuszku. Jon praǔda ǔże stareja i chwareja, ali uśpieǔ mnohich z nas paadhaniać da uńjatau (tak, da uńjataǔ), bo kidaǔsa na dziaǔczat. Była ǔ minie prablema: napisać a hetym, ci ni napisać, bo jon dla minie byǔ dobry. Pastanawiła napisać koratko: kaliś kinuǔsa na maju starszuju daczku i jana ad toj pary nawat słuchać ni chocza a prawasłaǔji, bo pomnić. Na dabro baciuszki niachaj idzie toja, szto jon mnie skazaǔ: ta ż ty znajasz, jakija z mużczynaǔ strasznyja ludzi. Pomniu hetyja słowy. Niachaj budu toju strasznaju babaju, jakaja heta haworyć. Biaru hety „hrech” na sibie, Dawajcie lepiaj zaśpiawajam kurdesza:

Skoro się przytknie ręka do butelki,

Znika natychmiast smutek z serca wszelki.

Wołajmyż tedy dzwoniąc kieliszkami,

Kurdesz, kurdesz na kurdeszami!

Włączam Tolowi tę pieśń. Tolo krzyczy: Już mam dość tego kurdesza! Już przestań o nim. Już się śmiałem, bo nawet samo to słowo jest śmieszne.

Czy możemy mieć swój mały parlament?

Dariusz Żukowski w „Czasopisie” opisał sytuację mniejszości lapońskiej (liczebnie zbliżonej do mniejszości białoruskiej u nas) w Finlandii: mają swój mały parlament przy Ministerstwie Sprawiedliwości, a jest to ciało niezależne w świetle prawa publicznego (21 członków i 4 deputowanych). Parlament zajmuje się podziałem pieniędzy na sprawy mniejszości, chroni kulturę, język. I mają nawet swój hymn. Czyli: nic o nas bez nas.

Dariusz Żukowski uważa, że mniejszość białoruska u nas powinna mieć taki swój parlament. Też tak myślę, to jest ta propozycja bardzo mi się podoba. Ale pytanie: czy jesteśmy tak wolnymi ludźmi, żeby stworzyć taki swój mały parlament w ramach pełnej demokracji? I – czy mamy pełną demokrację w ojczyźnie?

Jako punkt wyjścia przywołam słowa Camusa („Notatniki, Zeszyt I; maj 1935 – wrzesień 1942”): „Za każdym razem, gdy słucham politycznego przemówienia lub czytam wypowiedzi tych, co nami rządzą, jestem przerażony: od lat nie słyszałem nic, co wydałoby dźwięk ludzki. Wciąż są to te same słowa mówiące te same kłamstwa. I jeśli ludzie na to przystają, jeśli gniew ludu nie zniszczył jeszcze tych błaznów, to dla mnie tylko dowód, że dla ludzi ich rząd nic nie znaczy i że swoje życie, przynajmniej po części, i swoje tak zwane interesy życiowe mają za nic, naprawdę za nic”. I jeszcze Camus: „Polityka i losy ludzkie są w rękach ludzi, pozbawionych ideału i wielkości. Ci, co są wielcy, nie zajmują się polityką” („Notatniki, Zeszyt II”). I jeszcze coś z Camusa: „(…) zawsze byłem zdania, że istnieją dwa rodzaje inteligencji: inteligencja inteligentna i inteligencja głupia” („Eseje. Artysta i jego epoka”).

Powyższe słowa Camusa nic a nic nie straciły ze swej wagi. On na bieżąco komentował swoje czasy, pisząc krótkie eseje, odważne i celne. A dziś, i to wszędzie, odżywają nam lata trzydzieste, z oficjalnym szowinizmem, antysemityzmem, mizoginią.

Czy jesteśmy dość przerażeni politykami, żeby powołać swój mały parlament? Czy nie mamy dość nazywania nas „reliktem” wielonarodowej ojczyzny, wyzywania od kacapów, komuchów, ubeków i zdrajców? Czy jesteśmy nieskłóconymi wolnymi ludźmi? Czy nie jest tak, że jedynie wolna, nieskłócona mniejszość jest zdolna do powołania takiego parlamentu? Czyż nie jest tak, że sprawa kultury i języka nie może stawać się rozgrywką między politykami? Że finansowanie kultury nie może odbywać się na zasadzie fanaberii urzędnika-wyznawcy prawd danego rządu: temu dam, temu nie dam? Czy wiemy, jaką mamy inteligencję, inteligentną czy głupią? Czy o tym mówimy? Czy wiemy, jaka inteligencja rządzi większością, inteligentna czy głupia i czy o tym mówimy, bo przecież inteligencja głupia kaleczy nam losy? Czy już aż tak podzieliliśmy się, że tworzymy zamknięte plemiona, głuche na inne plemiona? Czy widzimy powrót lat trzydziestych i jesteśmy przerażeni, ale nie tacy, żeby tchórzliwie skrywać reakcję? Czy tchórzliwi?

Ano popatrzmy, jak istniejemy. Widzę wrogie sobie plemiona. Lićwiny i Pudlaszy to dwa wrogie sobie plemiona (ironicznie albo złośliwie wrogie), nie mówcie, że nie. Przy czym pierwsi (północni) asymilują się, a drudzy (południowi) ukrainizują. Nawet w naszych dwóch językach białoruskich, jeszcze żywych, do dziś mają się dobrze pahaworki, w których jedni drugim wydają się „głupi i wredni”; jedni drugim wypominają „dziekańnie” albo „dekańnie”. Ci, co „dekają”, mają za złe tym, co „dziekają”, czyli Lićwinom, że ci nic nie robią, leniwi są, tylko umieją narzekać i asymilować się, i mają za małe chaty (wrzućcie na Google „Lićwiny i Pudlaszy”, a będziecie mieli obraz takiego uprzedzonego postrzegania się). Tolo zażartował: Jak? Kto? Pudlaszy? I tak mówią o Lićwinach? To chyba Pudlaszy mają rację, bo ty Lićwinka ciągle narzekasz i z małej chaty jesteś.

Plemię Biełsat (bez najmniejszej uwagi dla ludzi takich jak ja; plemię polityczne).

Polityczne plemię przy Radiu Swaboda (bałwanieje w oczekiwaniu rozpadu Rosji). Nieodpowiedzialne to plemię, skoro czeka na wojnę; głos z tego radia o czekaniu na rozpad Rosji padł na jednym z Trialogów; tak, tak, będziemy mieli wtedy białoruski raj, bo przecież nie paneuropejską wojnę, o, nie; co za głupi głos).

Plemię Trialog (bez najmniejszej uwagi dla takich ludzi, jak ja, z pretensją do bycia w mainstreamie, kiedy zapraszają na przykład pana S., aby się dowartościować, a wychodzi z tego żenada, bo ten gość ma Białorusinów i Sokrata w głębokim poważaniu; ja pana S. czytać nie jestem w stanie, bo to taka lepsza grafomania, przy czym autor z wyższością, z wyniosłością traktuje inne kultury i to mi przeszkadza najbardziej).

Dwa plemiona – dwa festiwale muzyki cerkiewnej.

Młodzi faceci z plemienia „prawosławni Polacy”, lgnący do ONR. Plemię ukrywających pochodzenie i wyznanie, ale jednak czasem powracających – oficjalnie – do bycia sobą.

Plemię, nawołujące do pisania wyłącznie łacinką. Plemię, piszące wyłącznie cyrylicą. Plemię otwarte na własną różnorodność, piszące polską łacinką i cyrylicą, a także po polsku. Plemię zasymilowane i oficjalnie wrogie mniejszości, z której wyszło (rodzice Białorusini, dziadkowie Białorusini). Plemię zasymilowane i asymilujące się do jedynie słusznej nowomowy (Sloterdijk o tym mówi: wszyscy są zmuszani do nowej globalnej asymilacji – nowomowy, do wyznawania wiary w jedynie słuszną „nowoczesność” bez tożsamości i tożsamości kulturowej) – to plemię jest stracone na zawsze (pisałam o wymuszaniu tej nowej globalnej asymilacji, więc teraz tylko przypominam; to plemię o skurczonym mózgu, nie kulturotwórcze). Plemię ukrywających pochodzenie w spisach powszechnych (stąd liczebne rozbieżności oficjalne i nieoficjalne, i są to rozbieżności ogromne).

„Niwa” i „Czasopis” nie należą do wrogich sobie plemion, bo wchodzą ze sobą w dialog. A więc tacy ludzie, z tych redakcji i tych czytelników, z sympatyków, z niezasymilowanych, z podwójnych kulturowo, mogliby stworzyć nasz mały parlament? Czy możemy pozbierać wszystkie nasze plemiona i stworzyć nasz mały parlament? Parlament byłby nieuwikłany w politykierstwo? I jakieś jedno z naszych plemion nie ciągnęłoby funduszy na całą mniejszość wyłącznie dla swego plemienia? Jesteśmy do tego zdolni? Pytam o to wszystko, bo zależy mi na tym, co Dariusz Żukowski w rozmowie ze mną wyraził dwoma słowami: „kab ni pamierli”. To jemu zawdzięczam wiedzę o parlamencie Lapończyków w Finlandii i ochotę na nasz taki parlament.

Lapończycy w Finlandii uznają się za Lapończyków, jeśli dziadkowie, a nawet jedno z nich, było Lapończykiem, jeśli rodzice byli Lapończykami lub jedno z nich, a więc są tu osoby dwukulturowe. Czyli mają podobną rodową sytuację, jak nasza mniejszość.

No więc? Robimy nasz mały parlament, czy tylko narzekamy w nieskończoność, jak to według Pudlaszy robią Lićwiny?

Jest jeszcze plemię Haradok. Transgraniczne, polskie i białoruskie, rozśpiewane, otwarte na inne nasze plemiona – to najbardziej dla mnie pociągające nasze plemię.

Tamara Bołdak-Janowska

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis