Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Refleksje

Granica

Pierwszy raz zobaczyłem granicę na odpuście w Tokarach w siedemdziesiątym którymś roku ubiegłego wieku. Na Zielone Świątki jechaliśmy z chłopakami i dziewczynami z Mętnej rowerami. To było jakieś 8 kilometrów. Ze wsi trzeba było wspiąć się ulicą Wysocką (na Wysućku), gdzie kończyły się zabudowania i zaczynały mętniańskie pola, położone po obu stronach piaszczystej drogi. Wysućka niegdyś prowadziła do Wysokiego Litewskiego (Wysokoho). Moja babcia Dominika chadzała tędy z koszykiem jajek, z jagodami na targ (du Wysokoho – mówiła), co zabierało jej w dwie strony cały boży dzień. Przynosiła wieczorem parę złotych, które skrzętnie odkładała do bardzo skromnego budżetu, czyli węzełka (huziołka) – małej szmatki. Jako dziecko, już ze czterdzieści lat po tych wędrówkach babci Dominiki du Wysokoho, widziałem w jej dłoniach taką szmatkę, którą ostrożnie rozwijała i wtedy ściśnięte złotówki, dwójki i piątki przechylały się równo, równolegle i rozjeżdżały. Dawała mi czasem taką monetę albo i kilka, gdy trzeba było iść do sklepu do oddalonego o dwa kilometry Adamowa.

Wysokie jest za granicą. A w Mętnej została Wysućka – ulica Wysocka, prowadząca do Wysokiego, do którego nikt już oczywiście ani nie chodzi, ani nie jeździ. Na odpust do Tokar, a właściwie do Koterki, bo tam w lesie, na bagnach, stoi niebieska cerkiew, jechaliśmy ekipą rowerami przez las. Mijaliśmy pola, po lewej zostawialiśmy żwirówkę do Adamowa i zanurzaliśmy się w środek wielkiego lasu. W tamtych czasach wszystkie trakty i te leśne, i polne, i te łączące poszczególne wsie, wyglądały tak samo. Dwa paski po bokach była ubite i wyjeżdżone przez koła furmanek, pośrodku zaś zapadał się głębiej wydeptany przez konie kopytnik. Manewrowaliśmy rowerami tak, żeby omijać piachy, doły i wystające korzenie, i to nasze pedałowanie odczuwaliśmy w nogach, które mdlały, usiłując nadać odpowiednią prędkość potężnym radzieckim maszynom marki „Urał” (Ural) i „Ukraina” („Nie pij wódki, nie pij wina, kup se rower Ukraina”).  Po kilkunastu minutach docieraliśmy do asfaltowej szosy i gdy wjeżdżaliśmy na nią, nagle nasze rowery nabierały rozpędu. Lekko tak szły, jakby jakaś dodatkowa siła w nie wstąpiła. Marzyliśmy, żeby taki asfalt był wszędzie, na przykład w naszej wsi, gdzie nierówne kocie łby nie pozwalały na lekkie rowerowe szusowanie. Dojeżdżając na odpust w czerwcowy – zazwyczaj piękny – dzień, po prawej stronie mijaliśmy położony tuż przy szosie i zarazem w lesie, cmentarz. Na lewo stały stragany. Stawialiśmy gdzieś nasze rowery – najczęściej przy furze któregoś z mętniańskich gospodarzy – i zaczynaliśmy  obchód straganów. Po jakimś czasie szliśmy zarośniętą szosą do biało-czerwonego szlabanu. Dalej nie można było. Opieraliśmy się na tym szlabanie albo na nim siadaliśmy i jakieś sto, może dwieście metrów przed nami widać było zrobioną z zielonej siatki bramę: – Patrz, to jest granica – ktoś kiedyś powiedział, a ja zapamiętałem. Wyglądała mało atrakcyjnie – nie było tam żadnych wież, samochodów, żołnierzy. Pusto. Milcząca, nijaka granica. Już ten biało-czerwony szlaban lepiej wyglądał – kojarzył się przynajmniej z jakimiś wojennymi filmami, gdzie zdarzało się, że taki szlaban taranowała ciężarówka. Albo nawet i czołg (najlepiej z bocznym numerem 102).

Na cmentarzu w Tokarach zawsze odwiedzaliśmy grób babci Aleksandry, matki mojego ojca. Większość krzyży na tym leśnym cmentarzu była wtedy drewniana. Babcia nie została pochowana obok swego męża – mego dziadka Płatona, który zmarł podczas wojny. Mieszkali w pobliskim Wilanowie (Wylinuwi), a ich parafia była w Tokarach. Rozdzieliła ich po wojnie granica. Pamiętam opowieść ojca, który wspominał pogrzeb dziadka Płatona. Miał wówczas jakieś 9-10 lat. Na cmentarzu w Tokarach Aleksandra, która została teraz sama z dziećmi, wyciągnęła rękę z pieniędzmi do świaszczennika. Ten z zaciętą dość miną wziął niechętnie groszaki, lecz nie dlatego, że gardził pieniądzem, ale z powodu śmiesznie małej sumy, które wdowa z dziećmi mu zaproponowała. Na szczęcie ów pasterz dokonał nareszcie przekazania duszy zmarłego Płatona we wskazane miejsce, a ciało pogrzebano w poświęconej ziemi, bo Aleksandra wspomniała mu o niewielkim kopczyku ziemniaków, które jeszcze im zostały. Rozgrzebano potem ten kopczyk i wrzucono kartofle na furę świaszczennika, który nawet nie zszedł z wygodnego siedzenia na wozie i odjechał z poczuciem dobrze wykonanej misji. Ojciec wspominał nie raz te kartofle i dumną twarz batiuszki. I zawsze się wzruszał, płakał po prostu.

Płatona i Aleksandrę po śmierci rozdzieliła granica. Dziadek spoczywa w „prawosławnych”, „białoruskich” Tokarach za granicą – kiedyś w Związku Radzieckim, teraz w Białorusi – babcia w Polsce, na prawo od szosy, z której widać jasny niebieski kolor niedalekiej cerkwi na uroczysku Koterka. Ich kości leżą parę kilometrów od siebie, kości Aleksandry w Unii Europejskiej, kości Płatona poza strefą Schengen. Siląc się w tym zdaniu na gorzką ironię zauważyłem, że kącik ust wcale mi się nie uniósł i zrozumiałem, że moja licentia poetica nie zadziałała.

Granicę w dzieciństwie poznałem też za pośrednictwem mojego dziadka Michała (ojca mojej mamy), który zaraz po wojnie, łażąc po lesie i zbierając grzyby, przeszedł zakazaną linię nawet o tym nie wiedząc. Nad głową szumiały stuletnie sosny, a jakieś kruszyny, czeremchy i młode dęby zasłaniały perspektywę, która w świadomości dziadka nie zawierała żadnych umownych linii, wyznaczonych na mapie. Tu się urodził i złaził wszystkie możliwe ścieżki, nie kojarząc sobie żadnej granicy. Dziadka przyprowadzili potem WOP-iści (ówczesna Straż Graniczna), a ja pamiętam, że już jako 13-14-latek jeździłem rowerem na grzyby pod granicę (pud hraniciu) i też mi te stuletnie sosny miło szumiały, gdy schylałem się i z satysfakcją wyciągałem z mchu prawdziwki albo kurki (u nas mówiono „gąski”). Raz, zajadając się czarnymi jagodami z krzaków i do tego malinami, zobaczyłem nagle w lesie czerwoną tabliczkę na słupie z napisem: „Granica państwa. Przekraczanie zabronione”. Nieco dalej stały naprzeciw siebie dwa słupy graniczne. Wyglądały, jakby czekały, który pierwszy się poruszy i przegra tym samym rozpoczętą zabawę.

Jerzy Sulżyk

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis