Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    11. Szumnaje zabojstwo uboŭca

    U 1946 r. na Sakolszczynie szumieła partyzanckaja jaczejka, jakoj prawadyrom byŭ Kaźmier Kamiński „Błyskawica” (raniej „Ryś”). Pad saboju mieŭ jon dwaccać czaławiek. Byli heto katoliki ad Janowa, Karycina, Czarnoŭsi (cipier Czornaj Biełastockaj)...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Ne može byti!

    Počynaju pisati novy cykl rozkazuv. Ne znaju, jak dovho dam rady. Nazbirała trochu historyjuv od ludi, kotory zhodilisie pohovoryti zo mnoju pro svoje žycie. Trudno takich znajti, bo bôlšosti našych ludi zdajetsie, što jich žycie nikomu ne cikave, tomu što vono nibyto było zusiêm zvyčajne,...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Zapiski

Dni i myśli

Zapiski

Przysiada się do mnie Ukrainka. Pyta, czy nie potrzebuję sprzątania w domu. Rozmawiamy po rosyjsku. Mówi, że bardzo dobrze mówię po rosyjsku. Mnie nie nado, u mienia kwartira, a nie balszoj dom, i dienieg niet, maleńkaja piensija. No dajtie kantakt, ja spraszu u znakomych, możet byt’ kto-to nużdajetsa  w uborkie. Kobieta daje mi numer, pytam, jak ma na imię. Lila. – Ja wiernus’ k siebie, kak tolko wajna konczytsa. A możetie dat’ mnie chatia dwadcat’ złotych? Możetie? Oczień praszu. Dajtie dwadcatku.

Daję te moje drogie pieniądze, czując wołanie Kanta: to jest twój obowiązek, bez uczuć i bez emocji. Z obowiązku daję i z myślą, że sobie nie kupię owoców z mojej cukrzycowej diety. Czyli daję nieobojętnie, w głębi duszy wrzeszcząc na siebie: robisz to z obowiązku! Odstaw emocje. I nie mogę. A gdzie wasz muż? Wajujet? – Da. I ja nie znaju, kagda my uwidimsa i jesli woobszczie uwidimisa. Czyli wsparłam walczącą Ukrainę dwudziestoma złotymi.

W Egipcie spłonął kościół koptyjski wraz z częścią wiernych.

Nasza globalna wiocha bierze się za kościoły wschodnie?

Co za pytanie… Pytanie z wyżerających myśl okoliczności wojennych.

Znowu słyszę nasze modlitwy w SCS, i tradycyjnie po mojemu fonetycznie twardo zapisuję.

…Iosifa w tiemnice inogda w Jegiptie zakluczennaho presławno swobodiwyj, i nynie nami Tiebie pryzywajuszczyja od uz i gorkija biedy izbawi, molim Ti sia, izbawitielu miłostiwyj, usłyszy i skoro pomiłuj…

… Nie uboiszsia użasow w noczy, streły letiaszczej dniom, jazwy, chodiaszczej wo mrakie, zarazy, opustoszczajuszczej w połdień…

Czy modlitwa ma jakiś sens?

Jeśli założymy, że dobra energia wraca do nas, to sens ma. Chyba w modlitwę ludzie wkładają z całych sił mnóstwo dobrej energii? Czy ktoś modli się o coś złego, o przemoc? Chyba człowiek mięknie, modląc się? Jak tu trudno obejść mi się bez słowa „chyba”.

A jednak czuję podczas modlitwy przyjemne ukłucie powracającej dobrej energii. Ona przeważa. Chyba. Na pewno. Modlitwę o powodzenie własnej przemocy – chyba – diabli biorą.

Co innego: energia biega po kwantach. Czuję to i widzę.

Coś budującego: zła energia wróci do właściciela z prędkością światła. Taka moc. Zawsze tak się dzieje. Kwanty są rozumnie przytomne? Przynajmniej w tej sprawie? Ale dobro też powraca do nas. Czyli tworzymy coś w rodzaju kolców, po których to sunie do nas. poza kolce nie sięgamy. Ale możemy mieć długie kolce. Jednak to przede wszystkim cudze dobro spada na nas jak ulewa, tak jest zawsze. A cudze zło? Zanim zło dotknie wysyłającego, to co z nim? Dopadnie jednak innych ludzi? Ale przynajmniej przez modlitwę tak to nie działa. Próżne są modlitwy o zwycięstwo własnego zła, przemocy.

Niedobrze, że wzięłam do czekania w gabinecie stomatologicznym „Dniewnik” Okonia. Dobra książka, te notatki, ale nie do dentysty! Czarne myśli, starość, umieranie. Czymś muszę się rozweselić, a mam alergię na znieczulenia, więc wszystko w zębie robi się na żywca, wyciągam kartkę, długopis, piszę: czy jest życie pozagrobowe? Jasne, jest. Nie ma tak lekko, żeby nie było. Może być, jak w strasznym śnie, a może być, jak na weselu. Może tam być strach, przerażenie, potwory, a może być radość i lekkość, i jakaś normalka, nie aż tak źle, żeby się przerażać. To zależy, czy człowiek pracował na sobą, żeby stawać się lepszym, czy też świadomie wyrządzał zło. A czym się myśli, skoro mózg umarł? A czy mózg myśli z siebie? Noga, ręka, myśli mózgiem, ale sam mózg? Będziemy mieli życie po życiu, jeśli sobie wymodlimy, wyprosimy, czy jak tam to pragnienie nazwiemy, nowe miejsce dla mózgu, to jest dla cząstek naszego Ja w nim. Stary człowiek coraz dłużej śpi, drzemie, znowu zasypia, i sny mu się dzieją, straszne albo radosne,

Tolo: Byłoby to przymierzaniem się?

Może tak być, to jest mogłoby. Mieć nowe miejsce w miejscu mózgu, świadome Ja. Nie w komputerze. Komputer nie ma duszy. Córka mówi, że w ogóle nie ma żadnej duszy. Nie wiem. Dopóki się pojawia u filozofów, to jest. Dopóki czujemy nasze Ja, to jest.

Ale bzdura z tym zagrobiem.

Niezupełnie. Jeśli nie mam nic krzepiącego na jutro, to czuję trwogę, niepokój, przerażenie, zrezygnowanie. I już się nie chce żyć. Na starość musi być dobra bajka na przedostatnie, na ostatnie, na przed-przed-ostatnie dobranoc. Inaczej stracimy energię, żeby jeszcze pożyć. Dobra bajka dla dorosłych na dobranoc o długim, długim życiu. Nie jakiś toporny pornol i głupi horror. Bo przeciągniesz tę toporność, tę głupotę, te potwory z potwornymi fiutami w swoje niebycie i bycie w tym niebycie. Bycie w niebycie? A jak? Jakoś niefizjologicznie. Niebyt to umowne słowo.

Rosyjski Żyd z sowieckiej komuny, Matwiej Bronsztejn, był ważniejszy od Plancka. Długość Plancka powinna nazywać się długością Bronsztejna – tak twierdzą uczeni. Ale cóż, jak zauważa Carlo Rovelli, „tak już na świecie bywa”. Czy my, wielcy Europejczycy, wiemy to?

Matwiej Bronsztejn, mając zaledwie trzydzieści lat, został zgładzony z ukazu Stalina, 13 lutego, 1938 roku. Wtedy to Stalin wyrzynał komunistów i unicestwił komunizm, i to już nie był komunizm, tylko potworny „czysty” stalinizm (z późniejszą chwilową „odwilżą”). Czy my, wspaniali Europejczycy, wiemy to? My tego nie chcemy wiedzieć.

Nie można nie znać książki Grossmana „Życie i los”. On to wszystko opisuje z pierwszej ręki.

To Bronsztejn naukowo obalił bajkę o Achillesie i żółwiu, bajanie starożytnego Zenona. Oczywiście Achilles lekko dogoni i przegoni żółwia, bo przestrzeń jest „dolnie” (termin) ograniczona, nie można drogi Achillesa dzielić i i dzielić na odcinki, i ciągle Achillesa trzymać przed żółwiem, żeby nigdy nie dogonił. Notuję to, żeby przypomnieć wielkość Bronsztejna (notuję za Rovellim). Wiemy to, wspaniali ludzie wspaniałego Zachodu? Żył sobie na świecie rosyjski Żyd z ZSRR, Matwiej Bronsztejn. Stalin kazał go zamordować. Czy nam się tego wiedzieć nie chce? Olewamy Bronsztejna? To Bronsztejn odkrył, że wystarczy jeden kwantowy skok, żeby Achilles dogonił i przegonił żółwia. No ale to Żyd, w dodatku Sowiet. No i Planck brzmi ładniej, niż Bronsztejn, nieprawdaż, wspaniali ludzie wspaniałego Zachodu?

Rovelli przypomina: to Rzymianie zamordowali genialnego Archimedesa, ważnego po dziś.  Archimedes policzył ziarnka piasku przeciw twierdzeniu Eklezjasty, że ich policzyć się nie da. Rzym zabił Archimedesa, a wprowadził obowiązek uznawania bajki Eklezjasty. Wspaniała Europa nie ma się czym chełpić. Archimedesa rzadko kto ma w europejskiej pamięci, a Eklezjastę niemal wszyscy. Mamy jednak Rovellego, który o tym mówi. Ale kto go czyta? Ja.

Stoicki spokój. Wiem, wiem – trzeba się pozbyć wyobrażeń o rzeczach, na przykład wyobrażeń wzmacniających ból, i wtedy człowiek staje się stoikiem, ze stoickim spokojem znosi ból, nie wzmagając go wyobrażeniem. Tak i nie tak. Nauczyłam się tłumić ból jako alergiczka na miejscowe znieczulenia. I stłumiłam w sobie ból pękniętego wyrostka i woreczka, aż mnie ból przerósł, i ledwie przeżyłam operację. O, tak się sprawy mają ze stoickim spokojem w sprawie bólu. Nie bierze się pod uwagę żeńskich umiejętności do tłumienia bólu, no i rozwoju bólu jako alarmu: czas na stół operacyjny. Stoicki spokój jest dla zdrowych i w warunkach pokoju, kiedy jednak zajmie się nami chirurg. W wojennych warunkach, kiedy nam bomba nogi z dupy powyrywa, mamy zachować stoicki spokój? Aż umrzemy w przerażającym bólu? Bo lekarz nieczynny, bo mu bomba też nogi z dupy powyrywała? Czas na nowe filozofowanie, na apodyktyczny pacyfizm. I na wojnę, apodyktycznie  widzianą jako dozwolone wielokrotne państwowe morderstwo.

Mogę wczuć się w sytuację uchodźców z Ukrainy, bo wiem, co znaczy bezdomna tułaczka i głęboki lej w miejscu domu matki, ojca, dziadków i pradziadków, ale w nienawiść do Moskali zbiorowo wczuć się nie mogę. Bo tam są miliony Polaków, miliony Żydów, Tatarów, narodowości tak bliskich memu sercu. Trudno naprawdę znaleźć „czystego” Moskala w państwie wielonarodowym. Ale i tak Putin, czy on Moskal, czy nie, jest mi wstrętny. Obserwowałam i opisywałam, jak narastał wraz z tzw. elitą intelektualną, która pędziła w stronę nacjonalizmu na bródce i bokobrodach Sołżenicyna, które wpadły do neoruskiego neomiru i w tej studni, pełnej filozofa Szczedrowickiego, ta elita zidiociała wraz z innymi pisarzami.  Formowali Putina jak swoje nowe wyznanie, no i ma się dokonać cud zmartwychwstania imperialnej wielkoruskości. Powiedział kiedyś Jesienin: „I Lenin mnie nie ikona”. Wyjście z komuny przez religijną psychozę plus nacjonalizm. Plus mocarstwowość.

Śni mi się Marcelka. Pytam ją, czy mi wybacza, że tak rzadko ją odwiedzam, tylko jeśli uruchomi mi się pojazd wspomnienia i na nim dojadę. Budzę się z tym pytaniem.

Siadłam na ławce przy naszej Straży Pożarnej i ujrzałam cud. Kawka! Ona mi coś pokazywała, coś oznajmiała. Podbiegała do mnie, okrążała, robiąc taneczne czy też baletowe figury: liczyła głośnym kaw-kaw dwa swoje kroki i następnie, tak samo głośnym kaw pięć poruszeń skrzydłami, kaw-kaw-kaw-kaw-kaw. Matematycznie precyzyjne kaw pod dwa kroki i pod pięć poruszeń skrzydłami, machnięć czy wymachów, ale nie do lotu. Nie pomyliła się ani razu. Odfrunęła na drzewo, sfrunęła, i od początku rozpoczęła ten matematyczny balet dla mnie. I dokonała tego jeszcze kilka razy. Zmutowana, czy co – pomyślałam beznadziejnie, bo nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Następnego dnia ta sama kawka w tym samym miejscu wykonała dla mnie inny układ choreograficzny: kaw-kaw liczyła swoje dwa kroki, następnie z trzykrotnym kaw-kaw-kaw wykonywała po trzy ruchy ogonem jak powolnym wiatraczkiem. Powolny regularny młynek. Chyba ta sama, innych tu nie było, ani pod drzewem, ani nad drzewem, ani wczoraj, ani dzisiaj. Chciała mi coś powiedzieć? Przepowiedzieć? Chyba tak, skoro po kilku dniach dostałam koszmarnej rwy kulszowej. A więc – chyba zawiadamiała mnie o tej osobistej sprawie, a nie o bombie nuklearnej, która by tu rozkwitła za sprawą nierozgarniętych polityków.

Oddałam tę prawdziwą historię Tolowi do jego prozy.

Tamara Bołdak-Janowska

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў лютым

    555 – 29.02.1468 выданьне „Судзебніка” Казіміра IV – першага збору законаў Вялікага Княства Літоўскага. 495 – У 1528 г. нар. князь Андрэй Курбскі, нашчадак у простай лініі роду Рурыкавічаў. Заслужаны паплечнік Івана IV Жахлівага (Грознага), здольны палкаводзец, адукаваны чалавек. У …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2023 Czasopis