Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ (3)

    Abławu ŭ Harkawiczach Niemcy zarhanizawali ŭ nacze. Akrużyli wiosku i ludziej zahnali ŭ szkołu. Śpiarsza zrabili pieratrus-rewizju ŭ 27-mi chatach. Chadzili z sołtysam, jaki wioŭ ich na padworki i kazaŭ, chto tam żywie...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • OMELAN

    Sud’ba czołowi͡͡ecza slipaja. Dyt’iatko jak rodytsia, to uże w den’ roduw w niebianskuj tietradi sud’bu jomu zapysujut. Tropinku żytia aż do smerti. I dorożka taja nawet’ jak pokruczona, powychrowana, to niezminna...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Zapiski

Dni i myśli

W autobusie: nie poznaję koleżanki ze studiów. – Poznajesz mnie, Tamara? – Nie. To ja, Wanda J. – Wanda!

Siwowłosa malutka. – Mąż w szpitalu. – Co mu jest? – Wszystko. – Jak to wszystko? – Pierwszy zawał, udar, drugi zawał, udar. Nie przeżyje. Przepraszam, przez to nie mogłam być na twoim Tamarafeście.

Młodszy ode mnie. Kurde. Zapracował się architekt.

 

Zapisuj chwile. Cokolwiek zapisuj. Każde „cokolwiek” to życie.

Sen: jakiś profesor wygłasza wykład: kogo się nie lubi, tego się zabija – powiedziało Państwo, bohater Dostojewskiego. Proszę państwa, takie Państwo to Państwo z wypustkami, czy też łapami, i najpierw długo wskazuje, kogo trzeba zabić. Te wypustki czy też łapy najpierw cieniem ogromnym przykrywają ofiary – wskazują, kto wróg. Proszę przedyskutować słowo „długo” i słowo „trzeba”.

Ktoś z publiczności zażądał, żeby mówić po białorusku, a zarazem należy wyplątywać się ze sznura, którym nagle ten i tamten, i jeszcze jeden, został ściśnięty i i był ściskany, jakby ten sznur był żywą istotą. Sznur pojawił się nagle na ciele i szedł przez usta, już otwarte do dyskusji. Im bardziej ktoś starał się mówić po białorusku i zarazem zerwać ten sznur, tym bardziej się ten sznur zaciskał, i przez usta, i na szyi, i na gardle. I ten ktoś nie mógł wydusić słowa. Nikt nie mógł.

Białoruskość oznaczała ten sznur, nie można się było z niego uwolnić. Budzę się z krzykiem: Nie!!!

Tolo: Wyśniła ci się dzisiejsza Rosja.

– Niekoniecznie Rosja. Mocarstwo jako takie. Ale przede wszystkim Rosja. Tak.

 

Żeby coś prawdziwie wiedzieć o życiu i o życiu w czasie wojny, trzeba słuchać opowieści ludzi, starszych od twoich rodziców, i w miarę losowych możliwości –  starszych nawet od dziadków. Matka Tomasza, babka mojej starszej córki, była dużo starsza od mojej matki. Ileż bólu było w jej słowach, ileż bezsilnego jęku: I nie pomogli, nie wsparli powstania, a tak na to czekaliśmy.

Mówiła o Powstaniu Warszawskim i armii rosyjskiej. I jej słowa odżywają we mnie boleśnie co jakiś czas. Dodała: Nie pomogli, a my tak czekaliśmy, tak byliśmy ufni i pewni, że w takiej sytuacji to się pomaga, toż to ten sam wróg napadł na nich i na nas. I byli tak blisko, że mogliśmy wołać do siebie po imieniu. Nie pomogli.

Bo powstania przechwytują niezdarni, nieludzcy politycy. Mają urojenia we łbie, a nie życie w ramionach. Co się daje wziąć w ramiona, to się bierze ufnie.

 

Znoŭ śniacca mnie hatowyja wierszy, jakija noczju zapisywaju i ni papraŭlaju, ni pracesuju jich tydniami. Majuć ad razu formu. Jany śniacca mnie pa polsku, ali  jich dusza z Kniastwa, archaicznaja, dzikaja, babja. Ja jich kaliś nazwała bożymi wierszami i chaj takimi astanucca.

Jeszcze muszę zrobić dygresję, która mi się zwiąże z bożymi wierszami. Wypisuję fenomenalne zdanie z Feuerbacha: „Prawdziwa filozofia polega na tym, aby tworzyć ludzi, nie książki”. I to: „Przyroda jest przeciwieństwem polityki”, bo ona to ład, a polityka to nieład. Dodać koniecznie: obecnie to rosnący nieład. A wszędzie politycy się chwalą, że to chaos, dodając że  kontrolowany. Nie wiem, co by znaczyły drogi, ulice w chaosie, nawet kontrolowanym. Kto by kontrolował chaos na autostradzie? A właściwie – to kto kontroluje ten głoszony chaos? A czym byłyby buty chaotyczne, choć kontrolowane? Automat frazesów – oto kim jest dziś człowiek. A czym byłaby ściana w chaosie, nawet kontrolowanym? Fotowoltaika w chaosie?!!! Palce w chaosie? I w ogóle życie w chaosie? Okno w chaosie? W nieładzie?

Że Feuerbach uchodzi za komucha? I propaguje komunizm? Ależ jego negacja negacji oznacza na przykład: negujesz Boga, żeby zanegować negację i do Boga wracasz, a rozwinął to potem Heidegger. Żaden z niego komuch. Wracasz do Boga lepszego, może rzadziej, może uznajesz Boga za punkt odniesienia, ale nie usuwasz z myślenia. Weźmy to tak: po zanegowaniu negacji, czyli negacji negacji, następuje powrót do Boga, ale na pewno nie do tego strasznego ze ST. Na tym polega tutaj negacja negacji. A jego komunizm to Chrystusowość, gmina, wspólność ludzka. Chyba poza mną żadna baba nie czyta tak regularnie filozofów i w taki sposób, żeby nie represjonować za mizoginię aż tak, że coś fenomenalnego się skreśla, bo mizoginia.  To nic, że potem nie mogę czytać opasłych ględzeń na tysiąc stron, uchodzących za literaturę – to dobrze.

Dobra. Wracam do moich bożych wierszy. Tolo: Przecież to niesamowite, że w ten sposób otrzymujesz gotowe wiersze! Już przestań o Feuerbachu.

– Kończę lekturę Feuerbacha, a sam widzisz, jakie do dziś żywe ma myśli, i one rosną. We snach otrzymuję mnie samą w postaci tych moich bożych wierszy. Nie wiem, czy to niesamowite, czy jakie. Wiem, że jeśli wstrzymuję moje pisanie, to i tak ono się wysypie we śnie. Sen tworzy mi człowieka, nie książkę. A może dziś każda książka to człowiek, a nie książka? A nie te grube tomiszcza, nudne od pierwszego zdania, i o postaciach z papieru?  Jakież istoczące do zdanie Filozofa! Pisz ludzi, a nie książki! I w poezji tak musi być, przede wszystkim w niej, jeśli tylko nie banalizuje. Wyśniło mi się sześć wierszy w gotowej formie. To ja – ja sama sobie się wyśniłam. I ja mnie samą tutaj zapiszę, przeczytam ci siebie. Te teksty stanowią ład, jak w przyrodzie, i widzę przez nie również przyrodę jako część mnie samej i odwrotnie.

 

Świątynia

Z góry, zewsząd jej oczy.

Strach, że wszystko widzą.

Twoją krzywdę i krzywdę przez ciebie.

Widzą wszystko, wszystko. Bezlitośnie.

I nie patrzą w oczy.

I siekąc, tnąc razami, chłodno z mocnego ukosa –

siewca się sypnie przez człowieka.

Pajda, kromka dnia. Kromka, pajda czynu.

Kartka, kromka, listek pracy, karteluszek i karta olbrzymia,

ciemnym bykiem na arenie, z wbitą w kark włócznią, do dna,

aż po straszną wstążkę, aj!

Ta jedwabna pieszczota, ostatnia.

A wszystko równe wzrostem.

Strach i straszność twoich oczu, świątynio, przecież moja,

nie daje mi się zebrać w poprzednią przyjemnie

nastrojoną całość, zestrojoną w myśl: tu, tu! Tu stoi

zebranie mego ciała i głowy.

Nie jestem przygotowana do spożycia jak bochen na stole,

maszynką świetnie skrojony – zgoda i protest równe sobie –

śliczna niemość, gładkim cięciem

spojrzeń ze szczytów wymuszona.

Jak się to potrąci,

to się nie poskłada.

I wystrzeli.

I nie tak wystrzeli.

To jak spokojnie wyjść i odejść?

A jak to lepiej ująć w słowa?

 

Tolo: Przecież to niesamowity tekst! Czytaj mi następne. Przecież to obezwładniający wiersz!!!

– Dobrze, czytam następne, te gotowe boże wiersze.

 

Małe bycie

Przerażona byciem wnętrznością owada.

Pod słoneczną plamą, która go barwi powabnie.

Śmiałość cofania się myślą – oto, co możesz.

Śmiałość… To patyk, delikatnie celny – z obandażowanym łebkiem –

długi drżący – żywy wstecz – chcesz tylko musnąć pałace

dzieciństwa, a przedtem namierzyć.

Wszystko było pałacem, z piasku i z nieba nad pałacem.

Niebo wystarczające dla dziecka – ogarniane, cieszące.

Powtórz, to możesz: wszystko, co było, pałacem było.

I mrówka. I ona?

Chodząca, chodząca, więc niezmierzona.

Ciągnęła własnym ciałem nieskończone rysy fundamentu,

i na powszednią kolistość zachodził jej osobisty kąt prosty.

A niebo było doganianą ścianą.

Nieostrożnie, bo i po co zadzierać się lękiem, skoro się patrzy

musem tylko w dół. A niebezpieczeństwo jest za duże, by je ujrzeć i uznać za sprawę w widoku.

Tamto patrzenie: i ciebie było tyle, co mrówki.

I jej koleżanek.

Te kilka rzęs, co ci spadły pod nogi – ty temu

nadajesz młodniejący wyraz.

Tolo: Powalające.

– Naprawdę? To się cieszę. I wiersz mój się cieszy. Zanim zacznę czytać następne, to ci jeszcze coś wyczytam z Feuerbacha, nazwy ludzi, już w starożytnej Grecji brane od tego, co jedzą, i wymienię ci tylko niektóre: rybojady, żółwiojady, strusiojady, korzeniojady, nasionojady, wszystkojady (mięsojady, na przykład lwiojady), wężojady, chlebojady, ludojady, i wiele innych tych jadów. No i dodajmy: bulbasze, czyli kartoflarze, wielkoruskie przezwisko Białorusinów – a jednak nie wyzwisko, skoro i u Filozofa mam to. Der Mensch ist, was er isst. Znasz te niemieckie słowa? Znasz, po co pytam. Człowiek jest tym, co je. Bogowie zaś pili ambrozję, bo to napój dla nieśmiertelnych. Ale brali też udział (niewidzialny, czuty, opisywany) w ucztach ludzi, i jedli, i pili. I do zdanie, słuchaj: „Z ludożercy staje się pożeracz ludu. A z pożeracza fasoli polityczny intrygant i denuncjator”. A jeszcze kto inny „pożera własne serce”, bo wiecznie w zgryzocie, zły i smutny, i to nie przenośnia, tylko fizjologia – trawi człowiek samego siebie, i jest już to „samojad”, „samożerca”. I jeszcze to, słuchaj, bo tu Filozof przestaje być nieuważny dla kobiety, to fenomenalna myśl: „Dziecko spożywa własną matkę – jej krew, jej mleko”.  Też o tym pisałam. Spożywałam matkę, do drugiego roku życia ssałam jej pierś, bo był powojenny głód i matka długo oddawała mi siebie. Dzieci z naszych białoruskich wiosek nad Świsłoczą długo po wojnie bywały głodne, bo tędy szedł główny front i palił wszystko. A wiesz, co. Wiersze to z pewnością człowiek, nie książka, bo wiersze się rodzą. Rodzi je sen, rodzi je jawa. Proces obróbki wiersza to jego wychowywanie. Wiersz trzeci, niewychowany, z korektą lekką:

 

Wszystko

Ręka, lżejsza niż motyl. A co jest ciężarem?

Myśl o tej lekkości. I bez krzyku noworodek stary.

Na starość wreszcie wszystko wiesz o starości.

Wszystko. To jest proste! Wszystko. Co, wszystko.

Wszystko.

Dzieciństwo i młodość nie wiedzą wszystkiego.

Co to jest – wszystko? Chwila jeszcze żywa. To takie proste.

I ciężar tego starca noworodka.

I ręka, lżejsza niż motyl.

W przypuszczeniu tak pomyślana. W chceniu marzenia.

I bąble po dotknięciu słońca – wciąż z daleka, ale z tak bliska, jak nigdy nikt, i żadna ludzka maszyna.

W sam blask zanurzenie.

I palcami ssać.

Kwitnące palce. Dokonana dzika róża. Jej chłodne kulki.

Spełniona. Lite rumieńce. Skroplone idealnie mocno.

Kwiat rozebrany do kulistej krwi.

Jakie to lekkie przez samo piękno.

Ja ci tu czytam moje boże wiersze, jakby się nic nie stało, a się przecież stało, czynsz w ciągu kilku miesięcy wzrósł o trzysta złotych, czyli choć wojny nie ma, to ona jest. W sklepie wszyscy się drą (dosłownie: wszyscy). Półki z mąką przerzedzone. Po ile planujecie nam ponieść mąkę? I drą się (dosłownie wszyscy): Już media wiedzą, ile osób zapadnie na nowy covid! Już wiedzą, kiedy! Już mandaty za brak namordnika mają wynieść co najmniej tysiąc złotych albo i dziesięć tysięcy! Jaka doskonała wiedza bez wiedzy! Uśmiecham się, bo co więcej mogę?

A ja tu z bożymi wierszami.

Tolo: Dobrze, że takie wiersze śnisz. Mówiłaś, że masz straszne sny. Przynajmniej we śnie masz normalność.

– Mam straszne sny, i chociaż te sypiące wierszami są normalne. Dziś śnił się nasz pisarz, Mariusz Sieniewicz, jako bokser w autokarze. Boksował bagaże na siedzeniach, żeby się zrobiło miejsce. Cios i bagaże się ściskają. Ale te bagaże, pakunki, tryskały krwią. Wszystko było pokryte czerwonym kroplami. I natychmiast śniło mi się, że strzelam ze srebrnego pistoletu do UPA, i znowu tryska krew, i jest wszędzie. Rozpryskałam ją po ścianach i w powietrze, a jak się cieszyłam, że mam srebrny pistolet i celnie strzelam, jak kiedyś na szkoleniu na studiach. Wtedy celnie strzelałam i lubiłam to.

 

Maci kaliś kazała: A na szto tabie stolko adzioży? Taż ni znosisz.

Prada. Ni znaszu. I stała wykidaci i rezaci na szmaty. Szmaty rastuć. Jak pabrudniejuć, ta wykinu.

 

– Wy adkuda? Nawierno Ukraina? – Da. Ukraina. A adkuda że jeszczio! – Iz daleka? – Iz Nikałajewa. – Czego wam żełat’? Mira? Żełaju mira. – Da. Mira. Wsiego pa niemnożku. Zdarowja. I wam za wasz wapros.

Tamara Bołdak-Janowska

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў сьнежні

    1160 – 862 год. Першыя летапісныя зьвесткі пра Смаленск як адзін з гарадоў крывічоў, продкаў беларусаў. 785 – 1237 год. Разгром войскамі князя Данілы Раманавіча крыжацкіх рыцараў пад Драгічынам на Бугу. 660 – У 1362 годзе войскі Старабеларускай Дзяржавы (Вялікага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis