Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Szkice z oddali

Bezradność

Motto: O, bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

Mam wszystkiego dosyć. Gdyby prowadzono mnie pod ostateczny prysznic, byłoby mi to obojętne. Za chwilę umrę? No i niech. Mamy straszne, męczące, nieludzkie czasy. Bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao ciao… Nastawiam tę piękną pieśń antyfaszystów w wykonaniu Bregovicia i jego zespołu. I znowu słucham. Co za wykonanie! Aż się chce iść w partyzany i ginąć. Nigdzie nie pójdę. Dziś tak się nie godzi, z rozlewem krwi. I tak jestem zmęczona życiem w strasznych czasach, a one stają się coraz straszniejsze. Notuję główną myśl sofistów: Nie wierzyć, tylko badać i krytykować. Ta myśl mi się podoba, jako wciąż ważki status, mogłabym ją wykorzystać jako motto. Ale tu ją zapisuję, we wstępie. A nowych pieśni antyfaszystowskich dziś nie ma (albo nic o tym nie wiem). Z tej, starej, pięknej, robię motto.

W ubiegłym roku, gdy zadzwoniłam do kuzyna Jana, żeby wypytać, co tam słychać w naszych wioskach, dowiedziałam się, że zmarła Taciana z Narejek. Miała dziewięćdziesiąt siedem lat. Ależ wiem, człowiek nie jest nieśmiertelny, ale i tak to straszna wiadomość. Śmierć jednego z nas to jak śmierć miliona w Europie, albo i więcej. Statystycznie nieźle? Źle.

Taka wiadomość dobija. Odchodzimy jedni po drugich. Nieodwracalna zmiana.

Żegnaj, stara piękna.

Tolo zawsze chodził do Taciany po miód i jajka, ale i po to, żeby posłuchać jej opowieści o życiu. A opowiadała barwnie, z poczuciem humoru, wszystko w naszym języku prostym, a on jest bardzo zmysłowy, blisko ziemi, niemal jak naturalna mowa ziemi, i można było te jej opowieści od razu z zamkniętymi oczami uznać za kilka stron wybitnej książki i nic nie poprawiać, i niczego nie dodawać. Współcześni pisarze niczego tak nie opowiedzą. Przewracam kilka stron i zaraz się żachnę, toż to rynkowa sraczka.

Ale trafiła mi się, z rąk Moniki Stępień, zaprzyjaźnionej naszej młodej pięknej redaktorki, nadzwyczajna książka Wacława Sobaszka (z wiejskiego teatru Węgajty) „Spiski życiowe”. Nareszcie coś wielokulturowego, z ciepłymi słowami o białoruskości, i zarazem coś ekstra filozoficznego. Filozofia wyrasta z dziecięcego pytania i z pytania człowieka prostego – o sens życia, o przyszłość, o wiarę i rozum. Niby proste. To jest proste. Do spisków Wacława jeszcze wrócę.

To dzięki Wacławowi w jego wiejskim teatrze Węgajty widziałam fenomenalne przedstawienie białoruskiego teatru Swabodny. A Monika pyta: a czemuż to nikomu nie zależy na książkowym wydaniu twoich szkiców z Czasopisu? Nie wiem, Moniko. Czyjejś cudzej pasji potrzeba. Moja pasja umarła. I co więcej, jestem zdumiona gorliwością autorów, skrzętnie zbierających to, co opublikowali po pismach, żeby z tego zrobić książkę. Brakuje mi tej gorliwości, tego samouwielbienia.

Chyba zaczynam pisać same mowy pożegnalne. Tak będę robić, aż dojdę do mowy ostatniej. Może być?

To tak. Nie znoszę mediów, polityków, bestsellerów, bytawuchy i zdegenerowanych kabaretów, ordynarnie głupich, a nie dowcipnych (poziom kabaretu jest miarą kultury). I z tymi niechęciami umrę. To dobre niechęci.

Tylko to, co nie obciąża umysłu. Tylko to, co wnosi coś istotnego do mego umysłu. Wiedza! I tak do śmierci? Tak. Z trudem znoszę pandemiczną amputację ludzi z ludzi. Ta pustka. Jakby otaczały mnie cmentarze, a nie ludzie. To przerwanie wspólnego krwiobiegu. Zmęczony stary sąsiad pyta: a ile to potrwa, ta choroba? Mówię mu, że to na zawsze. Przeraziłam go. Miał nagle taką zmęczoną twarz. Jakby całą twarz oblał pot zmęczenia. Stał się ten człowiek niebieski. Rok temu tak nie wyglądał.

Trzeba kontynuować – zapisuję. Co kontynuować? Zamiast odpowiedzi pytam: a czy ktoś się zastanawia, że niekontynuowanie to przerwanie krwiobiegu w kulturze? I nie tylko w kulturze. Także w narodzie, w wyznaniu. Będziemy się kontynuować w spisie powszechnym? Z dumą wyznamy, kim jesteśmy? Czy przerwiemy nasz krwiobieg? Znowu to zrobimy? Jeszcze raz rozwalimy nasz fundament, i tak już wątły i zielony od mchu niepamięci? Kopniemy babkę, dziadka? Paszli won, bo wy ǔże ni naszyja? Czużyja?

Gdyby pamiętało nas miejsce, zmieniałoby to wszystko: tu żyliśmy i nadal żyjemy w żywej pamięci miejsca. Nasze życie przeszło tu-oto do żywej pamięci miejsca i wcale nie umarliśmy. Ale tak nie jest. To-oto-miejsce zajmą inni ludzie albo las. To jak? Przyznamy się, kim jesteśmy? Czy popełnimy kolejne zbiorowe samobójstwo pokolenia? Mamy dużo czasu, do jesieni, żeby samobójstwo przemyśleć i nie stchórzyć do życia sobą, a nie sąsiadem. To jak będzie?

Victor Turner w książce „Las symboli” i John Bowker w książce „Sens śmierci” używają osobliwego określenia: autonomia pogranicza, ale mają na myśli pogranicze życie-śmierć i rytuały z tym związane, to znaczy mają na myśli czas przejściowy, kiedy człowiek leży w grobie. Ja nadam temu określeniu inne znaczenie, bo to określenie bardzo się do tego nadaje, posiada cechę przenośności. Zaraz wyjaśnię, o co chodzi.

Otóż autonomia pogranicza to miejsce mniejszości i nie znajduję lepszego określenia. W ten sposób przenoszę znaczenie myśli (nad wyraz przenośnej) Turnera i Bowkera, i mam przekonanie, że to fundamentalna zmiana, dotycząca nas, naszego statusu, i każdej mniejszości, która przez wieki żyła w skupiskach, by pewnego dnia raptem zniknąć. Obaj autorzy używają słowa „mniejszość, ale  tak nazywają leżących w grobie, a ja robię to w stosunku do nas żywych i zmarłych. Jest to zasadne.

Autonomia pogranicza, jak ja to rozumiem, to całkiem dobre miejsce, tętniące kulturą, z jednym „ale”: jednocześnie wcześniej czy później następuje w tej autonomii trudny do wytrzymana okres wymierania. Bardzo źle to znoszą osoby żyjące oraz ci młodzi, którzy jeszcze znają autonomię pogranicza z autopsji, bo tu żyją, i uznają, że taka autonomia jest, tylko się kurczy, i widzą to z bólem, doświadczają tego co dnia. Autonomia pogranicza polegałaby na bolesnym obserwowaniu wymierania – na stałym przerażeniu: jesteśmy ostatni. Takie uczucie miał w sobie Sokrat. I ja je mam, bo taką autonomię przywiozłam z sobą do Olsztyna. Każda jednostkowa śmierć porusza nas.

I nawet moja córka przeraziła się śmiercią Taciany. Mówi: w Narejkach umarli wszyscy, i jest mi nieswojo, i tak pusto!

Podobną autonomię pogranicza i wymierania z bólem znosi każda mniejszość, i w wiosce starowierców, i w Narejkach, jeśli ktoś jest jeszcze związany z Narejkami, na przykład chatą po dziadkach, i w każdej takiej wiosce takiego pogranicza, takiej autonomii.

To jest tak: masz rosnące przywiązania, przynależności do Białorusinów, którzy zostawiają cię w całkowitej samotności, i wyjeżdżają, żeby się szybko zasymilować, a ty nie chcesz i samotność staje się rozciągłym bólem.

W takiej jak nasza autonomii pogranicza nie jest tak, że ktoś umiera i jednocześnie ktoś się rodzi, jest pogrzeb i są chrzciny, mamy dużo śmierci, ale też i dużo nowego życia. Odwieczny rytm. Nie. W naszej autonomii pogranicza nie jest tak, że słyszysz czyjeś ostatnie słowa, i słuchasz przepięknej panichidy, poruszającej pieśni Wiecznaja Pamiać, i nazajutrz słyszysz pierwszy krzyk, blisko czy w okolicy, i wiesz, że maleńki zrodzony, doroślejąc, będzie czcił przodków, kontynuował ich obyczaje, chodził do swojej świątyni i na cmentarz, i będzie kochał to wszystko, co tu ma. Jakie szczęście! Jaki spokój! Chrzciny. Muzyka. Śpiewy. Nie.

Autonomia naszego pogranicza to proces nieodwracalnego odchodzenia. Niebawem napłynie tu inny naród, postawi inne domy, a nawet inne świątynie, czy nasze przerobi na swoje. Nic nie zechce wiedzieć o tym, jacy tu ludzie żyli, w jakim języku mówili, jakie mieli stroje, co jedli, i nie zechce odczuć, ileż tu było miłości. Nowego człowieka nie będzie to interesowało, bo ci, co tu żyli, stale podlegali opresji za pochodzenie i jakoby jeszcze nie byli ludźmi. Po co ich pamiętać. Może jakiś etnograf opisze ich jako byłą ciekawostkę. Nas. Będziemy ciekawostką?

John Bowker w książce „Sens śmierci” przytacza poruszające i fundamentalne słowa Simone de Beauvoir, a słowa te zmieniają wszystko, co napletli nam myśliciele przez wieki: „Śmierć zawsze jest bezpodstawnym gwałtem” (zdanie kobiety albo stanowi zmianę fundamentalną, albo go wcale nie ma, bo oficjalnie potakuje od wieków każdej epoce i ginie w zgiełku). Skoro wymieramy, to sami sobie zadajemy gwałt śmierci. Czymże, jak nie śmiercią, jest asymilacja? Toż to bezpodstawny gwałt śmierci na sobie, na tym, co nas tworzyło, na wiekowej kulturze, na języku. Przerwany został ludzki ciąg śmierci i narodzin na rzecz bezpodstawnego gwałtu śmierci z własnej ręki.

Proces wymierania w autonomii pogranicza trwa, jeśli się rozpoczął, i nie ma tu żadnej, ale to żadnej przyszłości dla jej mieszkańców, chyba że będzie to życie w samotności i w lęku: jestem ostatni, ale ta autonomia staje się bardzo nęcącą przyszłością dla innych i będzie rozciągła w czasie: jest puste miejsce do kupienia i osiedlenia się, czemu nie. Dość tanio tu sprzedają chaty i ziemię.

Skoro tak, to bardzo ważną sprawą staje się pamięć nas żywych, rozproszonych po miastach i świecie. W Eklezjastyku są takie słowa: „Jedyna nieśmiertelność, na jaką można tu [w Szeolu, w krainie zmarłych] liczyć, leży w pamięci żywych”.  Piękna i straszna jest ta żydowska myśl. Weźmy ją sobie. Potraktujmy poważnie aż do przejęcia się sprawą. I jeszcze jedna myśl z Eklezjastyka: „Pamiętaj o tych, co byli przed tobą i będą po tobie”.

Zrobimy to? O to samo niedawno prosił nasz Redaktor. Uczyńmy żywą naszą pamięć, opisujmy, opowiadajmy, chociaż tyle. Zanotujmy nasze życie. Ech. A komu się zechce… Nie mamy zmysłu ratowania siebie. Nie cenimy się.

Niedobrze, jeśli w autonomii pogranicza pamięć nam się kończy na dziadkach, jeśli nie na rodzicach. Krótka pamięć. Wstyd. Taka krótka pamięć zachęca do szybkiej dobrowolnej asymilacji.

Moja stała prośba: nie kłóćmy się między sobą, bo się rozerwiemy na wrogie kawałki. I będą się z nas śmiać, że w naszej autonomii pogranicza ostatni się kłócą, zadając sobie nawzajem bezpodstawny gwałt – swoim ludziom; co za beznadziejni ludzie. Nie na tym polega życie w autonomii pogranicza, żeby się walić po oczach i duszach polemikami o błahostki. Unikajmy dezintegracji, jak długo się da.

Wszyscy byliśmy niepiśmiennymi Gombrowiczami, tworzącymi ustne wybitne książki życia. I taka była Taciana z Narejek. Jeszcze raz: żegnaj, stara piękna narratorko!

Nikt nigdzie na świecie nie miał takiego talentu narracyjnego, jak my. Jak można to zapomnieć, nie chcieć tego, odrzucić i nie kontynuować, że się tak wyrażę – z zapamiętaniem? Nasz talent wynikał z tego, że język prosty można było do woli kształtować wedle własnego twórczego pomysłu i tworzyć z niego – użyję nowego terminu: zabawną jaskrawość. Zabawna jaskrawość jest mocą każdej narracji literackiej (to nie zabawa, to rodzaj powagi).

Nieoczekiwanie taką zabawną jaskrawość objawił mi Wacław Sobaszek z wiejskiego teatry Węgajty – ponownie o tym mówię, muszę. Cóż to za książka, te jego „Spiski życiowe”! Pewnie dlatego, że teatr Węgajty nosi wszystkie cechy autonomii pogranicza, w sensie, jaki temu określeniu nadaję. W autonomii pogranicza zawsze jest obecna wolnomyślicielska dzikość. Pytanie dziecka, pytanie starca, opowieści w zabawnej jaskrawości. Teatr, teatrzyk, rozmowa starca z dzieckiem. Podbiegające dziecko: opowiedz coś, dziadku; babciu, a jak się kiedyś żyło? Czużoja dzicia poadbiaha, prosić: dziadzia, a ty mnie apawiadaj pra toja, szto kaliś było. I dziadzia apawiadaja. W autonomii pogranicza nie ma cenzorów i nie ma mowy nienawiści. A bandyta czy złodziej widoczny jest od razu. Oczywiście bandyta może tu wtargnąć, pobić kogoś na śmierć (tak się stało w Wegajtach). W autonomii pogranicza teatru Węgajty wszystko zależy od Wacława i jego żony Mutki. Oni się starzeją. Przez długie lata gromadzili u siebie twórczych młodych. Pandemiczne czasy zapakowały tę żywość do czarnej skrzynki. Myślałam, że takiej książki, samym życiem, już nikt nie napisze, własnym stylem, po myślicielsku, bez nuty fałszu i narcyzmu. Przedtem poruszyły mnie książki Jolanty Brach-Czainy, i potem długo nic nie znalazłam, godnego czytania. Tak zwana nowa literatura durniała, aż zdurniała do reszty i nisko upadła, w rynkowy produkcyjniak. A wolnomyślicielska dzikość, o której wspomniałam, to dobra rzecz, bo umożliwia używanie nierozpaplanego języka, sprawnego, nieskrępowanego, ale moralnego z zasady. A zabawna jaskrawość narracji, powtórzę, to nie zabawa. To namysł i dowcip. W takiej dobrej dzikości możliwa jest prawdziwa rozmowa, i nie jest ona siłowaniem się na „prawdy”, modłami do fikcji wiszącej nad stołem jako ta „trzecia nieomylna osoba, siła”, o którą spieramy się na śmierć i życie, i jedynie ta fikcja-nieomylność wiąże rozmówców w kłótni (na przykład pogląd partyjny). To nie jest to. To nie jest rozmowa.

Jeśli byłoby życie po śmierci, to nas, ubywających tu, nie będzie tam, bo niby z czego mielibyśmy się wziąć? Z piasku, trawy, kamienia i zapomnienia? Jednak to pytanie egzystencjalne, dotyczące bycia, religijne pytanie.  Oczywiście mamy i religijną odpowiedź: niebo będzie spustoszone, bo tam nas nie będzie.

Zasadne będzie czy też byłoby, a właściwie jest, inne nasze pytanie, skierowane do potomków, wyłącznie do potomków: czy będziecie nas pamiętać, abyśmy żyli? Jeśli przyjąć, że życie pośmiertne to życie w pamięci potomków, a potomków coraz mniej, to brzmi to makabrycznie. Jesteśmy w matni wymierania w naszej autonomii pogranicza. I to brzmi makabrycznie. Trudno. Będę tak pytać. Bella ciao na wieki?

Żadna religia  nie sprawia, że wiara ma moc sprawczą w każdej sprawie. Wiara, że komuś odrośnie amputowana noga, nie ma mocy sprawczej. Być może rozwiąże to nauka (transplantacja czy wyhodowanie nowej nogi; transplantacja to dość toporne działanie). Wiara nigdy nie sprawi, że komuś coś odrośnie. Wiara w nasze odrośnięcie nie sprawi, że odrośniemy. Psychika jednak może nam wyhodować raka (w sensie dosłownym). I raka asymilacji.

Czy Bóg jednoczy nas, jak Żydów jednoczy? Nie – odpowiadam z bólem. Ale mamy Mahutny Boża. I znowu mamy dodatkowe „ale”: ten hymn nas nie jednoczy. U nas nawet nie możemy tego zaśpiewać, tej pięknej pieśni. Jest w niej tęsknota do większej ojczyzny, niż mamy ją gdziekolwiek. Może zostalibyśmy oskarżeni o to, że marzymy o naszej ojczyźnie od morza do morza i zagrażamy ojczyźnie większości. Autonomia pogranicza – tu, u nas – nie czuje tego hymnu, i chyba się go boi. Ja czuję i nie boję się. Słucham co jakiś czas i za moją sprawą Tolo polubił tę mahutnaść. Gdybyśmy nagle wszyscy w naszych świątyniach zaczęli śpiewać Mahutny Boża, bylibyśmy w innym nastroju, w ogromnej chęci nieasymilowania się, w chęci do pracy dla nas i do kontynuacji tożsamości, nikomu nie szkodząc. Bogata kultura nikomu nigdzie nie szkodzi. Tak nie będzie. Nasza autonomia pogranicza, do wczoraj tak bogata kulturowo, zarasta trawą i lasem. No i po cichu umiera w pandemicznych czarnych skrzynkach, gdzie panuje tłok nie do opisania i nie do przetrwania. Padnie prąd, i my padniemy. Byle wojenka i prądu nie ma. I nie ma się czym podniecać, że żyjemy w czarnych skrzynkach. Tam nie tylko tłok, ale zalewanie przez tłok i zależność od energii, której jesteśmy strasznymi pożeraczami, a której może zabraknąć w każdej chwili. Już zaczyna jej brakować. Nade wszystko mamy tak: tłok w czarnej skrzynce przesłania nas podłą jaskrawością, memami, szokowaniem i nawet szowinizmem i nazizmem..

W islamie mowa o tym, a omawia to Bowker (zajmująco opowiada o religiach i o ich i stosunku do umierania), że długie życie mamy po to, żeby się mógł opamiętać ten, kto się zastanawiał. Bardzo mądre zdanie.  I pojawia się określenie: zarobek duszy. A pomiędzy życiem a śmiercią jest przegroda, i wrócić na ziemię już nie można. Przegroda na zawsze oddziela żywych od zmarłych. Takie zdania przychodzą do mnie z różnych wyznań. Nigdy nie odtrącam innych wyznań. Nigdy nie rozprawiam o tym, że jedno wyznanie jest gorsze, a inne lepsze, zwłaszcza, a jakże – moje. Pokój, miłość, radość życia, namysł nad sensem, życia. Przecież to powinno łączyć wszelkie wyznania. Nie łączy. Bella ciao, Panie, Panowie Naszego Ziemskiego Połączenia?

Nie jest tak, że ja nagle nawracam się na orientalną religię, nagle wyznaję hinduizm czy buddyzm. Ja mam moje własne wschodnie chrześcijaństwo i traktuję je jako filozofię bycia. Chrześcijanin to asceta, z głównym przesłaniem i wykonywaniem go: nie chciej za dużo. Jeśli tak nie jest, to chrześcijanina nie ma. Chrześcijanin pamięta swych ascetycznych przodków, matkę, ojca, dziadka. Oni wszyscy byli ascetami, a nie biedakami. Wola. Gdzie  nasza wola zachowania siebie?

Ale to buddyzm wyjaśnia mi w prosty sposób skomplikowaną przez religie i filozofie sprawę, co to jest ludzka wola. Podniesienie ręki, ruszenie nogą – to jest wola, ale wolą już nie jest trawienie czy bicie serca. Chciałoby się krzyknąć obrzydliwie: rusz dupę, za ruchem dupy rusz językiem, i wyznawaj w spisach, w rozmowie, w dyskusji, kim jesteś, jeśli tylko ktoś cię o to spyta.

Nieśmiertelność to nasze dzieci – takie ujmowanie życia znajdziemy w każdej religii i kulturze, ale zacytuję tu modlitwę z Rygwedy (5,4,10) Rygweda to zbiór hymnów do bogów, ułożonych przez indoeuropejskie plemiona: „Ja, śmiertelny, wołam do Ciebie, nieśmiertelnego, abym i ja uzyskał nieśmiertelność w dzieciach”. Próżne to wołanie w naszej autonomii pogranicza, a tak bardzo pasuje nam. Brakuje nam zespolenia z żyjącymi i ze zmarłymi, z opowieścią żyjących i zachowaną opowieścią zmarłych, przekazywaną potomkom przez potomków starszych – to niemożliwe w zakłóconym, w przerwanym rytmie pokoleń. A jeśli dodamy tu wzajemną nienawiść z powodu przynależności do różnych politycznych partii czy wyznań, to tylko już śmiech na sali życia.

Bowker przypomina, jak islam traktuje dusze i sen: we śnie dusza jest nam odbierana, a rano zwracana, jeśli przeżyjemy. Sen i jawa to umieranie i zmartwychwstawanie. Nasz ludzki rytm.  Sura, rozdział Koranu, XXIII, 12 – 16 wyraźnie stwierdza, że akt stwarzania człowieka nie był jednorazowy, jak to ujmuje chrześcijaństwo, lecz ciągle jest powtarzany w brzuchu kobiety w, cyklu życia i śmierci. Cykl ten w naszej autonomii pogranicza został zakłócony, to znaczy przerwaliśmy ten cykl w taki sposób, jak go przerywa wojna z licznymi ofiarami cywilnymi.

I czy w islamie, czy w chrześcijaństwie, czy w judaizmie, mamy do czynienia z greckością, z wariantami filozofii starożytnej, z usiłowaniem odpowiedzi na poniechane przez filozofię pytania o duszę i sens życia.

Ale wojna, bo o to zatrąciłam. I nie przez przypadek, tylko świadomie i samym życiem. Tak, zatrącam o to samym życiem.

Z młodą miłą sąsiadką, licealistką, rozmawiamy w windzie i potem na podwórzu, o wojnie. Długo rozmawiamy. Starość rozmawia z młodością.

Ekstrakt tej rozmowy, a mam głupią nadzieję, że rozmowa notuje tylko stan chwilowy i wynika ze strachu, i ten stan przeminie: wojna to czas, który odbiera młodym Początek (Rozwój), a starym – Dokończenie Rozwoju: jeszcze coś powiedzą, mogliby, nie zdążą. Obie zmiany są nieodwracalne, uszkadzają duszę, psychikę. Stałe noszenie maski nawet w bezludnym miejscu na powietrzu, jednakowo nas dusi, powoduje omdlenia lub stany bliskie omdlenia. To niemal jak noszenia maski przeciwgazowej, trzeba czy nie trzeba, konieczna czy niekonieczna. I ten nieustanny strach przed mandatami w każdym miejscu. Cóż to za wybór: albo dusisz się i mdlejesz, rujnując zatoki, płuca, albo mandat. Zdalne nauczanie trzyma dzieci i młodych w domu, duszą się jeszcze bardziej, głęboko wewnątrz duszy, boli bark, plecy, kolano. Już tak dalej nie mogą, nie dadzą rady. Dostaną anemii z braku świeżego powietrza. Zwariują i już wariują. Cwani rówieśnicy zamiast się uczyć, po prostu żywcem zrzynają wypracowania, równania, wzory i wszelkie odpowiedzi. Wyjąć młodym i starym rok z życiorysu, dwa lata, trzy, cztery, to wyjąć całe wieki. Człowiek w sile wieku i zdrowy, jeszcze pełen wiary w nieśmiertelność i własne siły, robi swoje, i jeszcze na wojnie zarobi krocie. Wszystko może, tak mu się zdaje, jest pełen witalności, wpisuje się w rzeczywistość i korzysta. Młody tego jeszcze nie umie i nie chce, bo na przykład był zaangażowany w pacyfizm, a stary nie może, nie ma sił na zgodę na wojnę. Wojna uderza w tych, którzy jeszcze nic nie umieją, jeszcze się uczą, i w tych, którym odbiera się resztkę życia, często wciąż twórczego. Przerażające działanie ludzi. Jesteśmy wewnątrz żelaznego uścisku możnych tego świata, zarabiających na wojnie. Nie ma miejsca na sprzeciw. Nie mamy wiadomości, zamiast nich fejki. Odgórnie organizowana jest panika. Płyną odgórne rozkazy. Samo słowo „rozkazy” nas przeraża, dołuje. A epidemie trwają zazwyczaj kilka lat. Cztery, pięć. Ludzie umierają naprawdę.

Zwykle dziś młodzi zamykają się w plemieniu rówieśników. Ale jakże można być kulturotwórczym, jeśli zadowala nas wyłącznie opinia rówieśników? Musimy mieć przepompownię z ruchem od starych do młodych i odwrotnie, bez pouczeń, lamentów i lekcji, a zwłaszcza bez narzucania jedynie słusznej politycznej „prawdy”.

A nasza autonomia pogranicza. Co z nią będzie?

Byłoby najlepiej, gdybyśmy żyli w wioskach, miastach i miasteczkach, a wszędzie mieć bez skrępowania swój język, swoje miejsce na kulturę. Byłaby to normalna obecność wolnych ludzi. I wolni ludzie tak właśnie mieszkają, żyją, pracują, tworzą, bez bólu uczestniczenia w wymieraniu i traconej przez to radości życia. Tu się zawahałam, bo autonomii pogranicza z procesem wymierania mamy wiele na świecie. Bliższa, bliska, własna autonomia jest jednak droższa. Mielibyśmy rozkosz rozrzutności w kulturze, od twórczości miernej po wybitną, i chronilibyśmy w tej rozrzutności każdą wybitność. Ależ i ten mechanizm został zakłócony – wszędzie – i zamiast dobrej rozrzutności w kulturze, chroniącej wybitność, mamy nadprodukcję rynkowego produkcyjniaka, opiewanie produkcyjniaka, reklamę produkcyjniaka, aż do porzygania. Nic by nam nie dała taka nowa normalność? Gdybyśmy sobie sprzyjali, taka normalność dałaby nam i światu wiele…

Czy kiedykolwiek modliliśmy się w naszych świątyniach o pomyślność dla białoruskości, czyli dla nas tu-oto żyjących? Czy nasi duchowni wraz z nami robili to? Czy na święta nasze dzieci kiedykolwiek napisały w języku prostym okolicznościowe wierszyki i wyrecytowały je w naszych świątyniach w ramach okolicznościowego przedstawienia? Mieliśmy to gdzieś? Niejasno sobie przypominam, że za komuny w Białymstoku występowały dzieci w siedzibie biskupa, śpiewały nasze pieśni, na przykład „A ja lahu, prylahu”. Arhanizawali heta nam światary.

Na koniec coś rozśmieszającego, skoro latam po wyznaniach świata: w hinduizmie mowa o tym, że bogowie żyją najwyżej tysiąc lat i to jest ich nieśmiertelność. Człowiek żyje najwyżej sto lat i nieco ponad, jeśli wymodlił sobie nieśmiertelność, czyli dorósł do roztopienia się w wyznawanych Bogu. A moje pytanie byłoby trzeźwe: to skąd mam wiedzieć, czy modlę się do żywego, czy do już nieżywego? I trzeźwe jest moje stwierdzenie: a stuletni człowiek to już jest prawdziwie śmiertelny – za chwilę, już. I nie jest to stan wesoły, pogodny, o, nie.

Tamara Bołdak-Janowska

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis