Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    10. Abława na kamunistaŭ

    Nidaŭno minuło 70 let ad baluczaj tragedii, jakaja zdaryłasa ŭ Harkawiczach. Za Niemca, 8 marca 1942 r., hitleraŭcy razstralali tam dziewiacioch życialej. Pry darożcy za wioskaj, dzie adbyłasa egzekucja, da dzisia staić niewialiki kamienny pomniczak...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Trava zabytia

    13. Druha i tretia stryń

    Dobrych deseť liêt tomu, koli ja robiv zakupy v „ Biedronci” v Biêlśku, pudyjšła do mene neznakoma starša kobiêta, pryvitałasie i skazała: A viête znajete, što my z vami svojaki?..ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Ależ to byłby film

Niedawno pisałem o filmowym dokumentowaniu naszego dziedzictwa na Podlasiu. Przyczynkiem był zrealizowany w marcu film „Wyspa pośród mokradeł”, w którym opowiadam o dziejach Ostrowia – mojej rodzinnej osady. Przez widzów został on ciepło przyjęty, a kto jeszcze go nie oglądał, może to zrobić wchodząc na stronę Vostravo.pl (jest w zakładce „Fatahrafji, filmy”).

Takich dokumentów, przedstawiających niezwykłe dzieje zwyczajnych zdawałoby się miejscowości, powstało już całkiem sporo. Na taśmie filmowej uwieczniono też sylwetki znanych podlaskich Białorusinów, tak z przeszłości jak i współczesnych.

Do tej pory nie powstał jednak ani jeden osadzony w naszych realiach film fabularny. Od dawna marzy mi się epicki obraz czy też serial telewizyjny, przedstawiający burzliwe ale jednocześnie barwne białoruskie życie na Białostocczyźnie w targanym wojnami i nadludzką harówką dwudziestym wieku. ze zmieniającymi się jak w kalejdoskopie totalitaryzmami, aż po czasy współczesne. Obowiązkowo z dialogami – chociaż fragmentarycznie – w rodzimym języku bohaterów i równie autentyczną, zmieniającą się odpowiednio do epoki scenografią. Dobrze wiem, że takie dzieło fabularne raczej już nigdy nie powstanie. Nie ma i chyba już nie będzie takiego reżysera i producenta, którzy podjęliby się tego tematu.

Scenariusz I – Wasil Pietruczuk

Wasil Pietruczuk (1926-2019) Фота Міры Лукшы
Wasil Pietruczuk (1926-2019)
Фота Міры Лукшы

Opisywane w Czasopisie zawiłe i dramatyczne białoruskie losy na Podlasiu to gotowe scenariusze filmowe. W taką niezwykłą opowieść na ekranie z pewnością można wpleść przedwojenną mitręgę i późniejszy „awans społeczny” Wasila Pietruczuka. W okruchach-kryszynkach wspomnień, drukowanych onegdaj na naszych łamach, skrupulatnie opisał do bólu prawdziwy obraz prymitywizmu, nędzy, ale też duchowego bogactwa i barwnego życia jego rodzinnej wsi pod Dubiczami Cerkiewnymi. W ostatniej swej książce „Blizny”, którą miałem przyjemność przygotowywać do druku, opisał z kolei, jak z karabinem biegał po bieszczadzkich lasach, zwalczając bandy UPA, by potem osiąść w stolicy i cieszyć się przywilejami partyjno-esbeckiej nomenklatury w PRL. Zawarł też w niej wręcz wzięte z klasyki filmowej osobiste wątki obyczajowe – wielką miłość, romanse i niewierność żony, niewykształconej paniusi, rodem z mazowieckiej zapadłej wioski. W tej opowieści jest, jakże inaczej, również nutka szpiegowska. Chociażby jak autor jako kapitan Wacek śledzi agenta współpracującego z amerykańskim wywiadem. Całą noc ma go na oku, jadąc w zatłoczonym pociągu do Szklarskiej Poręby, mając na pogotowiu wpięty w klapę skórzanej teczki miniaturowy obiektyw aparatu fotograficznego ze spustem migawki pod rączką. Wszystko na nic, agent i tak go przechytrzył. W biegu wyskoczył z pociągu, gdy akurat zwolnił na zakręcie

Scenariusz II – Franciszek Pietkiewicz

Przed rokiem, w kwietniowym i majowym numerze, przybliżyłem sylwetkę Franciszka Pietkiewicza, białoruskiego doktora Judyma, jak go nazwałem, który blisko trzydzieści lat był lekarzem w moich Krynkach. Jego życiorys również mógłby posłużyć za gotowy scenariusz wciągającego filmu sensacyjnego. Byłoby to połączenie dramatu z thrillerem, a akcja toczyłaby się od czasów carskiej Rosji, potem krwawych rządów bolszewików, przenosząc się na zachodnią Białoruś w okresie II Rzeczypospolitej i po przyłączeniu do ZSRR, obejmując następnie tragiczne lata okupacji hitlerowskiej i w końcu najdłuższy, nie mniej skomplikowany okres w Polsce powojennej, na Ziemiach Odzyskanych i Białostocczyźnie. Jak przystało na prawdziwy dreszczowiec, nie zabrakłoby w nim brawurowych ucieczek, aresztowań, strzelaniny, zabójstw, skrytych morderstw, tajemniczych śmierci, działań agentury i życia głównego bohatera w nieustannym strachu.

Pamiątkowe zdjęcie z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ub.w. z wizytacji nadzoru rejonowego w szpitalu w Krynkach. W pierwszym rzędzie trzeci z prawej siedzi doktor Franciszek Pietkiewicz „Hłuchi” facebook.com/PROBONAKRYNKI
Pamiątkowe zdjęcie z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ub.w. z wizytacji nadzoru rejonowego w szpitalu w Krynkach. W pierwszym rzędzie trzeci z prawej siedzi doktor Franciszek Pietkiewicz „Hłuchi”
facebook.com/PROBONAKRYNKI

Franciszek Pietkiewicz na swoim koncie miał dwie wielkie ucieczki. Pierwsza była dobrowolna – w 1924 r., gdy studiował medycynę w Pradze, zdecydował się na szaleńczy krok i ruszył w rodzinne stron, na sowiecką część Białorusi. Wykładowcy i przyjaciele usilnie mu to odradzali. Nie posłuchał ich, naiwnie wierząc w złudną jak się okazało chwilową białorutenizację w swej ojczyźnie. Dotarł do Mińska i dostał się nawet na uniwersytet, by nadal studiować medycynę. Rzucił się w wir patriotycznej jak mu się zdawało działalności. Na uczelni podczas wiecu z udziałem pół tysiąca studentów wygłosił dwugodzinne płomienne przemówienie. Najwidoczniej taka aktywność nie wszystkim odpowiadała, gdyż uknuto intrygę, a po dwóch dniach go aresztowano i zesłano na Sołowki.

Pietkiewicz w łagrach na Syberii spędził osiem lat, wcześniej dwa razy przedłużano mu zesłanie. Przekonany, iż z gułagu nigdy już nie wyjdzie, zdecydował się w końcu na rozpaczliwą, karkołomną i niezwykle ryzykowną ucieczkę. Wspólnie z bratem, który także przebywał z nim w łagrze, pieszo pokonali trzy tysiące kilometrów. Potem, wciśnięci pomiędzy kloce drewna, dwa tygodnie jechali pociągiem do granicy za Mińsk. Podczas ucieczki żywili się najpierw trawą, a następnie korą. Brat psychicznie nie wytrzymał, rzucił się pod pociąg. Franciszek zdołał dotrzeć do granicy, a na polską stronę przedostał się, pełznąc na brzuchu. Był rok 1933. Pietkiewicz dopiął swego i w 1936 r. został w końcu dyplomowanym lekarzem, ale miał wówczas już blisko czterdzieści lat. Nie było mu jednak dane żyć i pracować w spokoju, choć założył rodzinę i na świat przyszły dzieci. Jeszcze kilka razy trafiał do więzienia i aresztu. Po wejściu Sowietów blisko rok siedział w tiurmie w Wilnie. Pod koniec okupacji niemieckiej został siłą wcielony do batalionu pod Baranowiczami. Po kilku latach, już w Polsce, gdzie po wojnie wyjechał z rodziną, aresztowano go pod zarzutem współpracy z hitlerowcami. Choć sąd go uniewinnił, nadal był inwigilowany przez służbę bezpieczeństwa.

W artykule opisałem niektóre dramatyczne wydarzenia z życia bohatera, nikomu wcześniej nie znane, nawet rodzinie. Dowiedziałem się o nich, wczytując się w przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej akta sprawy karnej z 1950 r.

Jakiś czas po ukazaniu się artykułu skontaktowała się ze mną córka Pietkiewicza, Barbara, emerytowana znana dziennikarka tygodnika Polityka. Chciała uściślić niektóre informacje o osobach z akt sprawy, jednocześnie w ponadgodzinnej rozmowie przekazała mi nowe, nadzwyczaj intrygujące informacje o ojcu. Dowiedziałem się, iż opowiadał jej trochę o pobycie w gułagu. Córce szczególnie utkwiła w pamięci opowiedziana przez ojca scena, jak do obozu przywieziono cały wagon prostytutek. Zmuszono je, by się rozebrały do naga i tak stały całą noc na syberyjskim kilkudziesięciostopniowym mrozie. Rano więźniom ukazał się szokujący widok zlodowaciałych ludzkich posągów. Taka mrożąca, i to dosłownie, krew w żyłach scena przebija najgłośniejsze filmy o Sybirze.

Pietkiewicz opowiadał też córce, jak do obozu, w którym był osadzony, przyjechała sowiecka kronika filmowa. Więźniom dano do ręki egzemplarze gazety „Prawda”, każąc im trzymać je tytułową stroną do kamery. Taki obraz miał pokazać indoktrynowanemu społeczeństwu sowieckiemu, iż nawet „wrogowie ludu” przekonują się do „słuszności linii partii”.

W latach osiemdziesiątych, kiedy w ZSRR nastała gorbaczowowska głasnost’ i pierestrojka, Barbara Pietkiewicz jako dziennikarka Polityki zaprzyjaźniła się z pewnym radzieckim reżyserem. Przywiózł on do Warszawy taśmę z kopią jak się okazało tamtej sowieckiej kroniki. Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała rząd siedzących na ławce mężczyzn w pasiakach, każdy z tytułową stroną „Prawdy” w dłoniach, a wśród nich swego ojca. Tyle że on trzymał gazetę… do góry nogami. W ten sposób okazywał swą niepokorną antysowieckość. Aż dziw, że nikt tego nie zauważył. Tym gestem Pietkiewicz ryzykował życie, przecież mógł za to zostać rozstrzelany.

Po publikacji artykułu miałem sygnały, iż Franciszek Pietkiewicz, mieszkając i pracując w Krynkach ponownie trafił do więzienia. Stać się to miało po donosie Sokrata Janowicza, który był wówczas tajnym współpracownikiem SB. W rozmowie ze mną córka Barbara zaprzeczyła jednak, jakoby ojca jeszcze raz więziono. Potwierdziła za to, iż stosował on niekonwencjonalne metody lecznicze. Na przykład jak nie mogącym zajść w ciążę kobietom z Krynek i okolicznych wsi zalecał kłaść na dole brzucha ugotowane gorące buraki. Podobno skutkowało. Córka rozpytała się potem o taką metodę w warszawskim środowisku medycznym. Okazało się, że ciepło od gorących buraków powodowało rozszerzenie macicy i dlatego pomagało zajść w ciążę.

Niedawno w Internecie natknąłem się na krótkie wspomnienie Genowefy Parchowskiej, która od lat pięćdziesiątych aż do 1990 r. pracowała w ośrodku zdrowia w Krynkach jako szkolna higienistka. Pamiętam, jak przyjeżdżała też do naszej szkoły w Ostrowiu, by sprawdzać czy dzieci nie mają wszy. Przeprowadzała też cykliczne akcje fluoryzacji zębów, przywożąc kilka zaledwie szczoteczek na całą, liczącą ponad setkę uczniów, szkołę. Nic dziwnego, że nie przynosiło to żadnego skutku, sprzyjając wręcz szaleńczemu rozprzestrzenianiu się próchnicy.

Parchowska, której ojciec przybył w te strony z okolic Wilna, jeszcze za czasów carskich, długie lata pracowała w jednym zespole z Franciszkiem Pietkiewiczem. Ona także zapamiętała jego niezwykłe metody lecznicze. W przypadku wysokiej gorączki chorym aplikował czystą benzynę, dorosłym 60 g a dzieciom 30 g. Przy leczeniu stanów zapalnych dawkował do dwudziestu tabletek aspiryny na dobę. Parchowska zapamiętała też, jak pod okiem Pietkiewicza wraz z personelem przyrządzała lekarstwa na infekcje i inne proszki na przykład z suszonych liści naparstnicy, która rosła w ogrodzie doktora.

Scenariusz III – Wasil Łukaszyk

W tym numerze opisane są losy jeszcze jednego niezwykłego Białorusina, którego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz filmowy. To Wasil Łukaszyk z Białegostoku, przedwojenny działacz na Zachodniej Białorusi, po wojnie żyjący wśród emigrantów białoruskich w Szwecji. Artykuł o nim napisał Siarhiej Czyhryn, nasz współpracownik ze Słonimia, który od dawna bada losy osób z Białostocczyzny, które pozostawiły swój ślad w białoruskiej historii, kulturze i literaturze. Takie życiorysy zebrał i opublikował swego czasu w osobnej książce „Rodam z Biełastoczczyny”. Teraz kolej przyszła na Łukaszyka, zresztą na moją prośbę. Zaintrygowała mnie ta niezwykła jak się okazała postać z uwagi na związki z mym Ostrowiem i Krynkami. Wasil Łukaszyk za Sowietów krótko był nauczycielem w szkole w naszej wsi. Został ciepło zapamiętany z uwagi na to, że był pierwszym, który nauczał dzieci w języku białoruskim, niemalże takim samym jak rodzima tutejsza mowa prosta. O tym, że był w Ostrowiu taki nauczyciel, po raz pierwszy dowiedziałem się ze wspomnień w książce „I tak bywało” mego ziamlaka Michała Chmielewskiego, który niemal całe życie zawodowe przepracował w Niwie. Uwielbienie białoruskością zaszczepił w nim właśnie Wasil Łukaszyk.

Jego pierwszy, dość szczątkowy jeszcze, życiorys poznałem dzięki Andrejowi Katlarczukowi, białoruskiemu historykowi, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych osiadł w Szwecji. Zainteresował się on działającą w tym kraju w latach 1948-1975 organizacją „Vitryssland societet” („Biełaruskaja Hramada”). Jej założycielem był właśnie Łukaszyk. W 2002 roku Katlarczuk opublikował w Niwie niewielki o nim artykuł. Dowiedziałem się, iż nauczyciel z mego Ostrowia urodził się w 1905 r. na Sokólszczyźnie i w latach międzywojennych był aktywnym lewicowym działaczem białoruskim. Wychował się w Białymstoku, gdzie ukończył rosyjskie gimnazjum. Według innej wersji w Brześciu, co jest bardziej prawdopodobne, gdyż  w Białymstoku nie było rosyjskiego gimnazjum, było za to w Brześciu. Następnie studiował politologię na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Wraz z przyjściem Sowietów w 1939 r. włączył się w zakładanie szkół białoruskim, a potem był kierownikiem domu dziecka w Białymstoku. Gdy nastała okupacja hitlerowska, jesienią 1941 r. wszedł do cywilnej administracji niemieckiej. Objął wysoką posadę burmistrza Białegostoku. Stanowisko to piastował jednak krótko. W wyniku jakiegoś donosu został aresztowany przez Gestapo i wysłany do obozu w Oświęcimiu.

I tu się zaczyna naprawdę historia jak z filmu. W sierpniu 1942 r. Łukaszykowi udaje się zbiec z obozu. Przedostaje się do Warszawy, gdzie rok czasu ukrywa się bez dokumentów. W końcu załatwia sobie podrobione papiery na fikcyjne nazwisko Jana Kalinowskiego z Wilna. Niestety wkrótce podczas łapanki znów trafia w ręce Niemców i z grupą Polaków zostaje wysłany na roboty za kręgiem polarnym w Norwegii. Ale i tam podejmuje ucieczkę, przedostaje się do Szwecji. Zostaje jednak złapany i odesłany z powrotem. W końcu wraz z grupą dziesięciu chłopaków z Białorusi w 1944 r. przedziera się przez góry znów do Szwecji. Tym razem na stałe.

Opowieść Katlarczuka Siarhiej Czyhryn uzupełnił głównie o lata 1944-48. Mieszkająca w Szwecji znajoma Białorusinka, Natalia Hardzijenka, przesłała mu skany dokumentów z teczki Łukaszyka, przechowywanej w Sztokholmie przez szwedzki odpowiednik Instytutu Pamięci Narodowej. Po kapitulacji hitlerowskich Niemiec białoruski uciekinier z Białegostoku musiał się wiele nastarać, by go nie odesłano do Polski. Pisał dziesiątki listów do różnych instytucji, w tym do szwedzkiego MSZ, przekonując że nie jest Polakiem, ale Białorusinem z fikcyjnymi polskimi personaliami. Żył w strachu, że po powrocie do Polski będzie sądzony za kolaborację z Niemcami, mimo że to z ich rąk omal nie stracił życia. W końcu pozwolono mu pozostać w Szwecji. Mimo że miał wyższe wykształcenie, pracował jako zwykły robotnik w fabryce armatury sanitarnej. W Polsce pozostawił pochodzącą z Krynek żonę, prawdopodobnie miał z nią dziecko. W Szwecji ożenił się po raz  drugi z, z Polką Janiną, z którą miał syna. Zmarł nagle w 1975 r.

Grób Wasila Łukaszyka na cmentarzu w Gustavsbergu koło Sztokholmu. Jego symboliczna mogiła znajduje się też na prawosławnej części cmentarza w Choroszczy. To jeszcze jedna zagadka Фота Андрэя Катлярчука
Grób Wasila Łukaszyka na cmentarzu w Gustavsbergu koło Sztokholmu. Jego symboliczna mogiła znajduje się też na prawosławnej części cmentarza w Choroszczy. To jeszcze jedna zagadka
Фота Андрэя Катлярчука

Ta niezwykła biografia nie jest jednak pełna, a w wielu miejscach niejasna i zagadkowa. W artykule Siarhieja Czyhryna również są białe plamy. W wyniku usilnych dociekań udało mi się ustalić kilka nowych ważnych faktów z życia Łukaszyka. Przede wszystkim nie jestem pewien, czy pochodził z Sokólszczyzny. Tu takie nazwisko nie występuje. Nieco dalej, w Gródku i okolicy, można spotkać podobne – Łukoszyk, ale to też nic pewnego. Być może rzeczywiście rodzina ta przed pierwszą wojną światową przybyła do Białegostoku z innych stron, może z Brześcia. Musiała też być w miarę majętna, skoro była w stanie wysłać syna na studia do Wilna. To tam poczuł się Białorusinem i związał z ruchem białoruskim.

Więcej światła na okres międzywojenny w życiorysie Łukaszyka rzuca poufne pismo naczelnika Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku z 1937 r. Dokument znajduje się w Państwowym Archiwum Obwodowym w Brześciu i został sporządzony jako podstawa do likwidacji zarejestrowanego pół roku wcześniej w formie spółdzielni pracy Teatru Białoruskiego „Płomień” („Połymia”) w Białymstoku. Powodem miało być jego komunistyczne zabarwienie. Jednym z inicjatorów założenia teatru był właśnie Wasil Łukaszyk. Z zawartej w piśmie notatki osobowej na jego temat dowiadujemy się, że pod koniec 1928 r. został wydalony z VII klasy gimnazjum białoruskiego w Wilnie za działalność komunistyczną. Czytamy w niej też m.in., że „był członkiem Towarzystwa Szkoły Białoruskiej, Komitetu Pomocy Głodującym Ziem Białoruskich, inicjatorem założenia w Białymstoku w 1928 r. Białoruskiego Banku Spółdzielczego i białoruskiej spółdzielni „Ruń”.

Na początku 1931 r. dziewiętnastoletniego wówczas Wasila Łukaszyka wraz ośmiu innymi białoruskimi działaczami sądzono w Wilnie jako oskarżonych o działania mające na celu odłączenie od Polski wschodnich województw i przyłączenie ich do ZSRR. Dwa lata temu w Czasopisie Siarhiej Czyhryn opublikował w przekładzie na język białoruski wyrok w tej głośnej sprawie. Co ciekawe jako miejsce zamieszkania oskarżonego Łukaszyka podany tam jest Mińsk Mazowiecki. Został on wówczas skazany na dwa lata więzienia. W cytowanej notatce naczelnika urzędu wojewódzkiego w Białymstoku napisano, że od 30 kwietnia do 17 czerwca 1937 r. Łukaszyk był więziony w Berezie Kartuskiej.

Z dużą dozą pewności można przypuszczać, że donos, po którym aresztowało go Gestapo, dotyczył tamtej jego rzekomo komunistycznej działalności, gdyż pod taką w Polsce międzywojennej podciągano najmniejszy przejaw białoruskiej narodowej aktywności. Hitlerowcy także byli na to uczuleni i każdego kto choćby otarł się o komunizm, traktowali jak nieprzejednanego wroga.

Wielki dramat Wasila Łukaszyka polegał też na tym, że jeszcze długie lata po wojnie tropiły go komunistyczne polskie i sowieckie służby wywiadowcze. W IPN zachowały się teczki dotyczące tych operacji.

W 1955 r. SB wszczęła sprawę pod kryptonimem „B III”, w celu rozpracowania „nacjonalistów białoruskich” na Zachodzie. Na agenta zamierzano zwerbować właśnie Łukaszyka, jako przedstawiciela w Szwecji wydawanej w RFN białoruskiej emigracyjnej gazety „Baćkauszczyna”. To pismo trafiało też do doktora Franciszka Pietkiewicza w Krynkach. Łukaszyk wysyłał bowiem na Białostocczyznę białoruską emigracyjną prasę i literaturę. Prowadził też korespondencję z tutejszymi Białorusinami, m.in. z Sokratem Janowiczem, który jako tajny współpracownik o wszystkim informował potem SB.

Łukaszyk pozostawał także w polu zainteresowania wywiadu sowieckiego. Mińsk na bieżąco informował Warszawę o emigracji białoruskiej na Zachodzie. Ustalano nawet wspólne plany działań, jeszcze w 1963 i 1964 roku, a pewnie i później. Kto wie, czy niespodziewana i nieco zagadkowa śmierć Wasila Łukaszyka 17 marca 1975 r., gdy przygotowywał się do obchodów rocznicy proklamowania Białoruskiej Republiki Ludowej, nie była dziełem agenta zza żelaznej kurtyny. W każdym bądź razie do filmu pasowałoby to jak ulał.

Jerzy Chmielewski

Redaktor Naczelny

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    955 – 10.07.1067 г. на Дняпры каля Воршы адбылася сустрэча князёў Яраславічаў з полацкім князем Усяславам Брачыславічам. Кіеўскі князь Ізяслаў пад прысягай цалаваў крыж ды прысягаў, што не прычыніць зла Усяславу і яго сынам. Аднак яны былі спайманы, закаваны ў кайданы, адвезены ў Кіеў …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2022 Czasopis