Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    21. Samaabarona i śmierć Żyda Berszki (1)

    Vielkija Aziarania, szto ŭ hminie Krynki, za Niemcami vielmi ciarpieli ad partyzantaŭ, usiakaj maści bandytaŭ i zładziejaŭ. Dajszło da taho, sztu ludzi zarhanizawali tut samaabaronu...ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Kinoman

    7. Moja klasa

    Časom lepi vtečy z lekciji v školi i poveselitisie z kolegami, bo teper, koli ja ohladajusie nazad, moju vsmiêsku vyklikajut ne škôlny ociênki, a vspominki. P. J. Abdul Kalam) U 1970-ch liêtach u Liceji nr 9 u Hajnuvci byli štyry rumnobiêžny klasy po pryblizno 30…ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Uwikłanie

30 lat w sidłach bezpieki (cz. 3)

Mimo początkowych niedoskonałości edytorskich „Niwa” z marszu stała się lubianym i poczytnym tygodnikiem. Popularność, a w związku z tym i nakład, zaczęły rosnąć. Naczelny Jerzy Wołkowycki, po latach opisując w książce „Wiry” tamtą atmosferę, wspominał, że w redakcji ciągle panował ruch. Była rotacja dziennikarzy, zgłaszali się coraz to nowi autorzy, korespondenci, a nawet zwykli czytelnicy, wpadając po prostu na pogawędkę. Nie mogło to ujść uwadze i czujności aparatu władzy.

W czasach PRL media, nazywane wówczas środkami masowego przekazu, były „pasem transmisyjnym” między partią (PZPR) a społeczeństwem. Do pracy w nowo powołanej w Białymstoku gazecie białoruskiej wprawdzie oddelegowano z Komitetu Wojewódzkiego zaufanych i w pełni oddanych władzy ludowej towarzyszy, ale skrupulatnie pilnowano, by tacy byli też wszyscy dziennikarze. Dano to również do zrozumienia Sokratowi Janowiczowi.

Pod nadzorem partii i MSW

– No wiecie, jakoś tak nie wypada – zagadnął go partyjny emisariusz – wszyscy należą, a obywatel nie…

Do partii przyjmowano go długo, najpierw musiał przejść tzw. staż kandydacki. Komisja weryfikacyjna miała obiekcje co do pochodzenia społecznego. Rodzice Janowicza byli wprawdzie chłopami, w dodatku jak trzeba małorolnymi, ale z „kapitalistycznymi” skłonnościami do prywatnego interesu, bowiem ojciec miał niewielki domowy warsztat szewski, zaś matka trudniła się krawiectwem, nie wyrabiając się z zamówieniami klientek z Krynek i okolicznych wiosek.

Zanim w 1958 r. w końcu przyjęto go do partii, jeszcze upewniono się, czy aby na pewno wyleciały już mu z głowy „nacjonalistyczne” zapędy sprzed kilku lat. Poręczył za niego kolega z redakcji, Waśka Barszczeuski.

Zapisanie się w szeregi „wiodącej siły narodu” przynosiło wymierne korzyści. Umożliwiało awans w pracy i wyższe zarobki, poprawę warunków mieszkaniowych oraz liczne profity i przywileje, jak talony na telewizor czy lodówkę. Janowicz, który właśnie wchodził w dorosłe życie, potem często podkreślał, że wtedy wszystkim żyło się bardzo trudno. Nie tylko na wsi, ale i w Białymstoku nie było lekko, choć w mieście oczywiście otwierały się większe możliwości. A już szczególnie dla nomenklatury partyjnej, do której właśnie przystawał.

Po roku pracy w „Niwie” starszy o jedenaście lat kolega redakcyjny, Michał Chmielewski, wyswatał mu Tanię Chomczykówną, pannę rodem z rodzinnego Ostrowia Południowego koło Krynek. Właśnie po linii partyjnej Janowicz załatwił wtedy sobie z żoną pierwsze mieszkanie. Była to klitka o powierzchni zaledwie osiemnastu metrów kwadratowych w kamienicy przy ul. Kilińskiego, wydzielona z pomieszczeń redakcji „Gazety Białostockiej”, która tylko co wyprowadziła się do nowo wybudowanego Domu Prasy na Wesołowskiego (dzisiaj Suraskiej). Aby przypieszyć przydział, młodzi czym prędzej wzięli ślub cywilny. Po cichu, nawet bez przyjęcia dla rodziny. Dopiero po kilku miesiącach, w karnawale 1958 r., sprawili huczne wesele, zawierając związek małżeński w białostockim soborze św. Mikołaja. W dokumentach IPN zachowało się doniesienie TW „Rolanda”, który informował, że Janowicz ślub w cerkwi wziął po kryjomu. Z redakcji zaprosił tylko Józefa Rybińskiego (wkrótce przeszedł do „Panoramy Północy”), by zrobił pamiątkowe zdjęcia. Poza nim na ślub przyszedł też Aleksander Omiljanowicz, który nie wiadomo skąd o tym się dowiedział. Kilka dni później wypożyczył on od Rybińskiego negatywy i chciał je przekazać organizacji partyjnej, jednak na usilną prośbę Janowicza tego nie zrobił.

W 1958 r. środowisko wokół „Niwy” znacznie się uaktywniło. Zainicjowano wydawanie „Kalendarza Białoruskiego”, powstało Białoruskie Stowarzyszenie Literackie „Białowieża”, a także Białoruskie Koło Naukowe. Rozmachu nabrała działalność BTSK, którego tygodnik był organem prasowym.

Przystając do nomenklatury ówczesnego systemu Sokrat Janowicz i jego koledzy z „Niwy” i „BTSK” zyskiwali liczne przywileje. Na zdjęciu na wczasach w latach sześćdziesiątych Fot. z: „Nie żal prażytaha”
Przystając do nomenklatury ówczesnego systemu Sokrat Janowicz i jego koledzy z „Niwy” i „BTSK” zyskiwali liczne przywileje. Na zdjęciu na wczasach w latach sześćdziesiątych
Fot. z: „Nie żal prażytaha”

Cały ten ruch był podporządkowany Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, które go finansowało i nadzorowało, wnikliwie sprawdzając, jak realizowany jest cel główny, czyli „włączanie ludności białoruskiej do aktywnego udziału w budownictwie socjalizmu w Polsce” (cytat ze statutu BTSK). Przedstawiciele MSW, które swój urząd miało w każdym mieście wojewódzkim, uczestniczyli w oficjalnych zebraniach i naradach. Aby jeszcze bardziej podporządkować sobie ruch białoruski w Białymstoku, resort delegował swego dygnitarza na szefa BTSK. Był nim Włodzimierz Stankiewicz, przedwojenny aktywista KPZB. 30 marca 1958 r., podczas II zjazdu organizacji, delegaci wybrali go na przewodniczącego zaocznie, przebywał bowiem w tym czasie w Belgii, oficjalnie jako inspektor szkół polskich przy ambasadzie PRL w Brukseli. Wołkowycki w „Wirach” opisał go jako kompletnie nieobeznanego w realiach białoruskich Białostocczyzny, który jako szef BTSK stał na straży przede wszystkim interesów partii. Jego „oddanie” sprawie białoruskiej najlepiej obrazuje komiczna wręcz sytuacja, opisana przez Janowicza w „Nie żal prażytaha”. To stanowisko Stankiewicz piastował tylko jedną kadencję, po czym powrócił do pracy w MSW. Gdy w tej roli pojawił się na plenum zarządu głównego organizacji, oznajmił: „Towarzysze, reprezentuję wszak naczelne władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i odtąd będę przemawiał tylko po polsku”. Takie słowa niedawnego szefa u zebranych wywołały niemałą konsternację. Ten jednak zaraz dodał: „Wy, oczywiście, przemawiajcie w języku białoruskim, tak trzeba”.

W siedzibie BTSK i redakcji „Niwy” bardzo często widywano posępnych funkcjonariuszy, ubranych w charakterystyczne czarne skórzane płaszcze. Ktoś z nich zawsze też był obecny podczas imprez białoruskich, przyglądając się z widowni występom, przeważnie incognito. Zresztą w tym środowisku niemal wszyscy pracownicy i działacze byli powiązani z aparatem władzy bądź służbami. Często pracował tam albo ktoś z rodziny, albo bliski znajomy.

Jak został agentem

SB miała zadanie szczególne – przenikając do środowiska za pomocą tajnych współpracowników uzyskiwać informacje o panujących w nim nastrojach, poglądach – przede wszystkim kierownictwa – odnośnie sytuacji w kraju i zagranicą. W „Niwie” i BTSK najbardziej chodziło o wynajdywanie „nacjonalistów białoruskich”, w tym z kręgu repatriantów zza wschodniej granicy, osób podejrzanych politycznie, wrogo nastawionych do PRL, utrzymujących kontakty z Zachodem. Przy pomocy agentów esbecy każdego figuranta dokładnie rozpracowywali, wnikając nawet w jego życie rodzinne i kontakty towarzyskie.

Sokrata Janowicza SB zwerbowała do współpracy latem 1958 r. Jak tłumaczył po latach, dał się złowić na „ideową przynętę”. Zwerbował go „swój” człowiek – kpt. Mikołaj Fiedoruk, którego żona była wieloletnią maszynistką w „Niwie”. Kolę w tym zadaniu wspomagał niejaki Waśka. Obaj rozmawiali z nim w hajnowsko-bielskim języku podlaskim. Przekonywali, że dostarczając SB interesujących ją informacji jeszcze bardziej przysłuży się białoruskiej sprawie, gdyż chodzi tu o ochronę „Niwy”, BTSK i całego środowiska przed niepożądanymi elementami, które mogą zaszkodzić polskim Białorusinom. Doprowadzić nawet do tego, że władza ludowa pozamyka wszystko to, co tak wspaniałomyślnie im niedawno dała.

To nie były jedyne argumenty. Tajnych współpracowników SB pozyskiwała najczęściej w oparciu o kompromitujące upatrzonego kandydata materiały. Choćby natury obyczajowej, gdy ktoś miał na boku kochankę. Wykorzystywano też skrywaną przeszłość z okresu okupacji – służbę w policji niemieckiej. Na Janowicza ubecy również mieli „haka”. Wiedzieli przecież o jego próbie „działalności wywrotowej” sprzed czterech lat poprzez zainicjowanie w Krynkach białoruskiej komórki konspiracyjnej. Gdyby to się teraz wydało, miałby duże kłopoty, łącznie ze zwolnieniem z pracy w „Niwie”.

Na takie okoliczności werbunku niespełna 22-letniego młodzieńca wskazuje sprawozdanie kwartalne z działalności Wydziału III KW MO SB w Białymstoku do Departamentu III MSW w Warszawie w okresie od początku sierpnia do 1 października 1958 r. Mowa w nim o dokonanym w tym czasie „trzech werbunkach do sieci agenturalnej”, w tym Sokrata Janowicza – „narodowości białoruskiej o poglądach nacjonalistycznych”.

On sam potem, gdy po dwunastu latach zerwał współpracę, a służby nadal go nękały, wypomniał im, że użyły wobec niego szantażu. W oświadczeniu napisał tak:

„Współpracę moją tę zaaranżowano szantażykiem, który uświadomiłem sobie później, a który wtedy, w 1958 r., wprost śmieszył mnie – postrzegłem ów szantażyk jako element bodajże główny w operacji werbunku (chodziło o Sajuz Biełaruskich Patriotau). To mnie zawsze wprawiało w stan bliski wściekłości, czułem poniżenie”.

Ale gdyby odmówił, wiele by wtedy stracił. W „Nie żal prażytaha” wspominał, że pracę w „Niwie” bardzo polubił, ciesząc się z dobrych zarobków i profitów, które dawał wówczas zawód dziennikarza. Z żoną spodziewali się już dziecka i oczekiwali na przydział mieszkania w bloku w preferencyjnym terminie.

Czy ktoś inny na jego miejscu postąpiłby inaczej? Owszem, zdarzali się nieliczni, którzy takiej współpracy odmawiali i udawało się im od niej wywinąć. W przeciwieństwie do Janowicza były to jednak osoby nie tak gorliwie jak on nastawione do „władzy ludowej”, szczególnie ci, co jeszcze niedawno walczyli z nią z bronią w ręku, choć służby miały sposoby i instrumenty, by złamać każdego.

Przyszły przewodniczący Biełaruskaha Demakratycznaha Abjadnannia, pod koniec lat pięćdziesiątych podejmując współpracę z SB, nie miał większych oporów moralnych. Nie zrobił też tego dla dodatkowych pieniędzy, nie licząc drobnych kwot przekazywanych od czasu do czasu tajnym współpracownikom dla dalszej zachęty. Szczerze bowiem wierzył, że będzie to korzystne dla sprawy białoruskiej i władzy, dzięki której może robić to co lubi i to w lukratywnych warunkach.

Zobowiązanie do współpracy z SB Janowicz własnoręcznie napisał 18 sierpnia 1958 r.:

„Ja, Janowicz Sokrat, syn Konstantego, zamieszkały w Białymstoku, zobowiązuję się dobrowolnie współpracować ze Służbą Bezpieczeństwa KW MO w Białymstoku. Współpraca moja będzie polegała na przekazywaniu pisemnych informacji Służbie Bezpieczeństwa o przejawach wrogiej działalności skierowanej przeciwko PRL i ZSRR. Dla zachowania w tajemnicy faktu mojej współpracy przekazywane informację będę podpisywał obranym sobie pseudonimem „Kastuś”. Zobowiązuję się również zachować w tajemnicy fakt mojej współpracy nie ujawniając go nawet przed najbliższą rodziną. O skutkach ujawnienia tego zostałem poinformowany przez pracownika Służby Bezpieczeństwa”.

Wybrał sobie pseudonim „Kastuś” od imienia białoruskiego bohatera narodowego, przywódcy Powstania Styczniowego, Konstantego Kalinowskiego. Był nim zafascynowany, naczytawszy się publikacji o tym słynnym konspiratorze, a teraz poniekąd sam takim się stawał w roli TW. Kastusia Kalinowskiego wybrał też niebawem jako temat pracy dyplomowej w zaocznym studium nauczycielskim, gdzie dokształcał się na filologii białoruskiej, a potem umieścił go w znakomitym zbiorze opowiadań historycznych „Siarebrany jazdok” („Srebrny jeździec”).

– Przyjąłem imię bohatera, bo tak widziałem swoją rolę – powiedział po latach w jednym z wywiadów. – Naiwnie wierzyłem, że walczę o białoruską sprawę.

Wtedy był już w szeregach PZPR, a członków partii z zasady nie wolno było werbować jako TW bez zgody sekretarza komitetu wojewódzkiego. Widocznie SB mocno na nim zależało. W redakcji „Niwy” bezpieka swoich agentów jeszcze nie miała, a pilnie ich potrzebowała. Janowicz był tam pierwszym, później zwerbowano też innych. Po to, by szerzej inwigilować środowisko, a pozyskiwane informacje ze sobą konfrontować.

Na kogo donosił

TW „Kostuś” współpracował z SB dwanaście lat. Jego „teczka pracy”, czyli materiały z doniesieniami i raportami agenturalnymi, nie zachowała się. Szczątkowe informacje z tej działalności można znaleźć w sprawozdaniach miesięcznych i kwartalnych białostockiej SB do centrali w Warszawie, ale tylko z lat 1958-1962.

W cytowanym już sprawozdaniu z 1 października 1958 r. nowo zwerbowanemu agentowi z „Niwy” wystawiono dobrą ocenę, choć nie minęły jeszcze dwa miesiące jego działalności. Czytamy w nim:

„Nowo zwerbowany do współpracy jest chętny oraz posiada dobre możliwości rozpracowania osób będących w naszym zainteresowaniu. W wyniku dotychczasowej współpracy przekazuje dość cenne materiały, mówiące o nacjonalistycznej działalności niektórych osób i zainteresowaniach niektórych działaczy nacjonalistycznych, przebywających na emigracji, sytuacją w kraju”.

Można się domyślić, że te pierwsze donosy były z Krynek. Dotyczyły miejscowego lekarza Franciszka Pietkiewicza, repatrianta z Białorusi, który w okresie międzywojennym za działalność białoruską trafił do sowieckiego łagru. Janowicz nie omieszkał też od razu poinformować służb o Bazylim Łukaszyku. Ten przedwojenny aktywista, związany z Towarzystwem Szkoły Białoruskiej, znalazł się na emigracji w Szwecji, pozostawiając w Krynkach żonę z dzieckiem.

O obydwu miał wiedzę. Z Pietkiewiczem, który obecny był na zjeździe założycielskim BTSK i czytał „Niwę”, spotykał się w Krynkach, gdy przyjeżdżał do rodziców. Łukaszyka znał z listów przychodzących ze Szwecji wraz z emigracyjną gazetą „Baćkauszczyna”.

TW „Kostuś” oficerowi prowadzącemu zreferował swoją rozmowę z Pietkiewiczem. W świetle donosu lekarz miał mu powiedzieć, że „już niedaleki ten czas, kiedy upadnie ZSRR” i można będzie przystąpić do „odbudowania Białorusi od Pskowa do Prypeci i od Kłuszyna po Moskwę i Wilno”. O „Niwie” wypowiadał się jako o „podłej komunistycznej gazecie”.

TW „Kastuś” poinformował też SB, że Pietkiewicz latem 1957 r. jeździł do BSRR, a po powrocie opowiadał w Krynkach, że widział jak białoruski naród „zdycha z głodu w kołchozach”.

We wrześniu 1958 r. doniósł o przesyłce, która nadeszła do redakcji „Niwy” z Kanady. Była w niej koperta z listem do mieszkającego w Białymstoku Konstantego Sidorowicza, działacza przedwojennej „Hramady”. Napisał go Siarhiej Chmara (prawdziwe nazwisko Siniak), legendarny ideowiec białoruski rodem z Zachodniej Białorusi. Dopytywał się Sidorowicza, „czy żyje jeszcze ktoś w Polsce ze znanych działaczy białoruskiego ruchu międzywojennego”.

Wiosną 1959 r. Sokrat Janowicz przeszedł do innego miejsca pracy. Jak napisał w „Nie żal prażytaha”, „niezłe pieniądze w „Niwie” zamienił na jeszcze lepsze w centrali BTSK”. Trzy lata pracował tam jako główny instruktor do spraw organizacyjnych. Często wyjeżdżał w teren, by zakładać koła organizacji w białoruskich wsiach na Białostocczyźnie.

Zmiana pracy z pewnością była konsultowana z SB, niewykluczone że został delegowany, by miał poszerzone pole działania. Być może stało się tak po tym, gdy na początku 1959 r. do siedziby BTSK przy ul. Warszawskiej 11 nadeszła przesyłka ze Szwecji od Bazylego Łukaszyka z „reakcyjną twórczością literacką”. Ten białoruski emigrant wysyłał takie paczki na różne adresy w Polsce, m.in. do Katedry Filologii Białoruskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Janowicz otrzymał polecenie od oficera prowadzącego, by listownie wyciągnąć od Łukaszyka jak najwięcej informacji o nim i jego „nacjonalistycznych powiązaniach” z Białorusinami w Polsce. 9 kwietnia TW „Kostuś” otrzymał list ze Szwecji i od razu jego treścią podzielił się z bezpieką. Łukaszyk pisał w nim, że zamierza przyjechać do Białegostoku, by być w gronie swoich przyjaciół. Dwóch z nich kazał pozdrowić – Konstantego Sidorowicza i Antoniego Kowalczuka, z którymi „w niedługim czasie będzie obchodził 35-tą rocznicę pracy w ruchu białoruskim”.

Janowicz prośbę spełnił, a korzystając z okazji przeprowadził z obydwoma dłuższe rozmowy, wypytując o kwestie, które mogły zainteresować SB (byli już figurantami prowadzonych spraw). Sidorowicz był rozżalony. Powiedział, że całe swoje życie poświęcił sprawie białoruskiej, a teraz bezpieka go prześladuje i nie pozwala prowadzić działalności wśród Białorusinów. Kowalczuk natomiast prosił Janowicza, by pomógł mu znaleźć kogoś, kto dostarczy przesłane ze Szwecji przez Łukaszyka lekarstwa dla doktora Marcinkiewicza w Grodnie. Oznajmił, że zamierza wyjechać na stałe do Związku Radzieckiego, bo – jak się wyraził – „ma już dość tej nędznej Polski”.

Pracując w terenie Janowicz zetknął się z Konstantym Mojsienią, repatriantem spod Nieświeża, który był wówczas dyrektorem Technikum Ekonomicznego w Bielsku Podlaskim (nauczano tam także języka białoruskiego) i kierował powiatowym oddziałem BTSK. TW „Kastuś” złożył na niego doniesienie do SB. Powiadomił, iż „na terenie Bielska Podlaskiego istnieje grupa nacjonalistów białoruskich, której duchowym przywódcą jest Mojsienia Konstanty. W swej działalności Mojsienia wykracza poza ramy statutu BTSK. Jego działalność jest szczególnie skierowana przeciwko dobremu współżyciu Białorusinów z Polakami. W poglądach Mojsieni dominuje idea wolnej Białorusi. Solą w oku jest mu władza ludowa w Polsce i ZSRR. Podkreśla on przy każdej okazji ucisk Białorusinów w Polsce, siejąc gdzie się tylko da jad nienawiści szowinistycznej”.

Innym razem, na początku 1961 r., TW „Kastuś” zrelacjonował bezpiece jedną z rozmów, w której Mojsienia miał stwierdzić, „że w niedalekiej przyszłości wybuchnie wojna i białoruski aktyw powinien liczyć się z koniecznością podziemnej działalności”. W tym celu proponował założenie nielegalnej organizacji, składającej się z kilkudziesięciu Białorusinów całkowicie oddanych „narodowej sprawie białoruskiej”. Mieliby oni kolportować ulotki, nawołujące władze do ustępstw na rzecz Białorusinów oraz wytykające osobom pochodzenia białoruskiego na ważnych stanowiskach, że swoją ludność polonizują.

Zarysowany przez Mojsienię kształt podziemnej organizacji w dużym stopniu był zbieżny z młodzieńczym konspiracyjnym pomysłem Janowicza. Teraz jednak taką propozycję uznał on za „nierealną i szkodliwą” i kategorycznie miał oświadczyć, że „tego rodzaju działalność nie przyniosłaby żadnej korzyści ludności białoruskiej”.

Cdn

Jerzy Chmielewski

Пакінуць адказ

Ваш адрас электроннай пошты не будзе апублікаваны.

Календарыюм

Гадоў таму

  • у лютым

    185 – 12 (24).02.1839 г. быў скліканы сабор вуніяцкай царквы, які прыняў рашэньне пра яе далучэньне да праваслаўнай царквы. Каля 1,5 мільёна вернікаў (на беларускіх землях) было далучана да праваслаўя, частка з вуніятаў стала рыма-католікамі. Вунія на землях Каралеўства Польскага …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Календарыюм / Kalendarium

Сёньня

  • (137) – 27.02.1887 г. у в. Новы Двор, Менскага павету нар. Алесь Гарун (сапр. прозьвішча Аляксандр Прушынскі), дзеяч беларускага нацыянальнага руху, пісьменьнік, журналіст. Адзін са стваральнікаў Беларускай Народнай Рэспублікі, беларускага войска. Памёр 28.07.1920 г. у Кракаве, пахаваны на Ракавіцкіх могілках.

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Copyright © 2024 Czasopis