Pa prostu / Па-просту

  • Płacz zwanoŭ

    23. Zabytaja tragedia kala Krynak (1)

    U viosaczcy Trejgli niedaloka Krynak za sanacji żyli bahatyja haspadare Jurczeni, jakija mieli 23 ha ziamli. „Bahatyroŭ” u czerwcu 1941 r. enkavudzisty vyvieźli na Sibir (viarnulisa ŭ 1946 r.). Z hetaj pryczyny pośle pajszła ŭ vioscy i vakolicy nizhoda. Syn „kułakoŭ” Edzik za sanacji byŭ…ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Po pudlaśki / По-пудляські

  • Kinoman

    11. Jabłyka i pomarančy

    Knižki i filmy podôbny do jabłyk i pomarančuv. Odny i druhi naležat do ovocuv, ale smakujut preč po-raznomu. (Steven King) To było tohdy, jak ja brontavsie hołodny po Krystijaniji, siêtum divovidnum miêsti, kotoroho čołoviêk ne pokine, poka vono ne nakłade na joho svojoji pôznaki… Siêty… ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

RSS і Facebook

Prowaliłoś…

Grabarka to absolutne must see dla każdego szanującego się turysty, odwiedzającego Podlasie. W sklepiku z pamiątkami kolejka. Do źródełka kolejka. Butelki na świętą wodę po dwa złote za sztukę. Na parkingu odjeżdżają i podjeżdżają kolejne samochody. Miejsca, podobnie jak ludzie, mają swoje historie, swoje tajemnice, a także swój cień.

Prawie nikt nie wie, że kilka kilometrów od tego miejsca w leśnej gęstwinie ukryte jest źródełko i góra Prowały, zwane „pierwszą Grabarką”. Samochodów przy nich nie ma. Cicho, pusto i dziko. Miejsce wskazuje mała tabliczka, którą łatwo przeoczyć. Urzeka nie tylko niezwykły klimat i tajemniczość tego miejsca, lecz jego autentyczność, nieskażona przez asfalt i turystyczną komercję. Oto jak niegdyś wyglądało miejsce kultu prawosławnych Rusinów.

Góra Prowały – „pierwsza Grabarka” Fot. Ewa Zwierzyńska
Góra Prowały – „pierwsza Grabarka”
Fot. Ewa Zwierzyńska

Prowalitiś po starocerkiewnemu i po rusku znaczy, że coś zostało powalone, zapadło się w nicość, wpadło w otchłań zapomnienia. Obalamy władzę, pomniki, porzucamy przestarzałe poglądy. Rzeczy, które były, wpadają w przepaść i znikają. W języku polskim najbliższym słowem do prowaliti jest „zaprzepaścić”. Ktoś coś miał, ale zaprzepaścił – szansę, majątek, zdrowie, życie. Pojęcie „zaprzepaszczenia” posiada odcień ostateczności. Podobieństwo ze słowem paszcza wydaje się nieprzypadkowe. Do paszczy wpada coś, co nigdy się niej nie wydobędzie, lecz w tajemniczy sposób znika w czeluściach naszego brzucha i już nigdy nie wyjdzie z niego w pierwotnej postaci. Brzuch jest otchłanią bez dna. Przez całe życie wpada do niego wiele ton jedzenia, a on wciąż jest głodny. Biblijna otchłań jest piekłem. Imiona tych, którzy w nie wpadli, ulegną zapomnieniu na zawsze. Lecz i świat mocą słowa wynurzył się z otchłani. W otchłań wpada ostatecznie wszystko, ale i wszystko się z niej wyłania. Otchłanie, czeluści, budzą w nas strach, ponieważ skrywają tajemnice, których umysł nie jest w stanie przeniknąć. Są początkiem i końcem zarazem. Są niczym grób i kobiece łono, z którego odradza się nowe życie.

Przeciwieństwem otchłani są góry. Na górach eksponujemy wszystko, co pragniemy pokazać światu, co ma być widoczne dla wszystkich. Miejsca wyniosłe są opromienione słońcem, jasne i klarowne. Bezkompromisowo i jednoznacznie pysznią się w blasku dnia. Wzniesione do nieba, omiatane wiatrem, odrywają się od ziemskich spraw, bujając w obłokach niczym ludzkie myśli po bezkresnych manowcach. Na szczytach gór chętnie budowano świątynie, jakby tam właśnie intelekt ludzki miał sięgnąć samego Boga. Jeśli zabagnione doliny są ciałem, to wzniesienia są duchem, Logosem. Rządzą w nim męskie zasady rozumu i prawa.

Męskie – żeńskie, suche – wilgotne, wysokie – niskie. Dopiero ich połączenie stanowi całość, kosmiczną pełnię, dwoiste centrum kreacyjne wszechświata. Tak rozumiane sacrum bliskie było religii starożytnych Słowian, którzy na miejsca kultu wybierali wzniesienia, u stóp których wypływały źródła. Starożytne sanktuaria ukryte były w lasach, gajach i zaroślach. Wzgórza porośnięte dębami przeznaczone były bóstwom męskim, jak gromowładny Perun. Zabagniona dolina przynależy bóstwom żeńskim, jak Mokosz. Stąd wybuchało życie wybujałe zielonością łozy i lipy. Słowo „wybujałe” nie jest przypadkowe. Mityczna wyspa Bujan, gdzie Słowianie umieszczali swój raj-gaj, zawiera semantyczny przedrostek -buj, którego znaczenie według autorów Słownika prasłowiańskiego oznacza niepohamowany, silny i gwałtowny wzrost, rozrastanie się, bujność i…bycie. W świętych gajach zabronione było ścinanie drzew. Gajiti – to pozwalać na swobodny rozrost, paralelnie do goiti – przywracać życie, goić, leczyć. Gaj jako mniejsze lub większe skupisko drzew był również miejscem pochówku zmarłych, a badania archeologiczne dowodzą, że kurhany pogrzebowe i cmentarzyska umieszczano w pobliżu cieków wodnych. To w takich miejscach bytowały dusze zmarłych przodków, dokąd w święto Dziadów podążały rodziny z jadłem i napojem, by rozdzielać z nimi wieczerzę.

W takich miejscach krzesano na Kupałę święty ogień. Gdy się spotyka męskie i żeńskie, musi iskrzyć, płonąć, grzmieć. Musi spaść życiodajny deszcz. Zachowują też taki obyczaj aż do dzisiejszego dnia: gdy jest wielka susza ziemi z braku deszczu, zwykli na wzgórzach i w bardzo gęstych lasach czcić grzmot i jemu składać w ofierze(…) zbierają się bardzo licznie z sąsiedztwa tamże ucztują i pijąc, wzywają Perkuna, to znaczy boga grzmotu, przede wszystkim nalewając naczynie piwem i trzykrotnie obnosząc wokół wznieconego ognia, a potem wylewają je w ogień i modlą się do Perkuna, aby rozlał deszcz i wilgoć.

Gdy Perun modlitwy wysłuchał, rozpętana przez niego nawałnica napełniała dolne trzęsawiska życiodajną wodą – wodą dającą życie i zdrowie. Już starożytni obok źródeł budowali studnie, które starannie ogradzali, i czerpali stamtąd wodę w nadziei na uzdrowienie i gojenie ran.

Ślady kultu na terenie Europy wskazują, że wiele źródeł było czczonych od epoki neolitu nieprzerwanie do czasów obecnych. Dawne miejsca kultu były chętnie anektowane przez chrześcijaństwo. W tradycyjny pejzaż sakralny leśnych uroczysk kościelne władze wkomponowywały kościoły, kaplice, cerkwie i klasztory. Starożytnych bogów zamieniano na chrześcijańskich świętych. Miejsce Peruna zajął gromowładny Juria, a Mokosz musiała ustąpić Paraskiewie lub Bogurodzicy, lecz jakież to ma znaczenie dla skuteczności modlitw ludu? Jeśli wierzyć jeszcze XIX-wiecznym kronikarzom – ile razy Pan Bóg karał posuchą albo gwałtownymi ulewami, z ufnością udawali się i przyczynę do św. Wojciecha i zawsze byli wysłuchani.

Nie zanikł zwyczaj zawieszania obok tych źródeł cudownych ikon, z reguły Bogurodzicy, które znajdowano zawieszone na pniach drzew.

Czy takie lub podobne obrzędy odbywały się w sanktuarium Prowały? Tego nie wiadomo. Nawet gdyby tak było, pamięć o tych wydarzeniach znikła. Prowaliłoś.

Przy źródle Prowały cisza i spokój. Między drzewami płynie leśny strumyk, choć słowo „płynie” to dość szumne określenie smętnej strużki wody, szukającej drogi w grząskim błocie. Susza i obniżenie poziomu wód gruntowych, pogłębiające się z roku na rok, wykonują wyrok śmierci na źródliskach. Próbuję sobie wyobrazić to miejsce po ulewie. Zapewne część drzew stoi tu w wodzie. Jest za to studnia z pokrywą, a pod nią – dostatek wody. Na stojaku obok wiszą kubki. Obok źródła kilka starych, drewnianych krzyży, a w pień rosnącego obok drzewa ktoś wetknął ikonę Bogurodzicy. W oszklonej kapliczce pozostawione ofiary: pieniądze, cukierki, drożdżowy rogalik. Komukolwiek zostały one pozostawione: bogom dawnym czy obecnym, duchom przodków czy świętym, nie udobruchały demonów zmian klimatu, które i to miejsce oplotły swoimi mackami.

Na Górę Prowały prowadzą wysokie schody Fot. Ewa Zwierzyńska
Na Górę Prowały prowadzą wysokie schody
Fot. Ewa Zwierzyńska

Na Górę Prowały prowadzą wysokie schody. Na jej szczycie znowu kilka drewnianych krzyży i ławka dla zmęczonych. O tym, że wejście na tę górę mogło być męczące, informuje wielka tablica ustawiona u jej podnóża. Już staroruskie latopisy wspominają o księciu halicko-włodziemierskim Danielu, który w 1260 roku przybył do Mielnika pokłonić się słynnej ikonie Spasa Izbawnika, uznawanej za cudowną. Od tej ikony, umieszczonej następnie w cerkwi na Grabarce, pochodzi największe święto tam obchodzone, czyli Spasa. Wiek XIII i XIV to czas najazdów. Aby uchronić ikonę przed Tatarami ukryto ją na Górze Prowały, gdzie wybudowano małą kapliczkę. Ikona nigdy do Mielnika już nie wróciła. Mielniczanie zaprzepaścili ikonę. Prowaliłoś. Na górze zamieszkali mnisi, dla których wchodzenie na wzgórze okazało się z czasem zbyt uciążliwe i męczące, postanowili więc poszukać innej góry ze źródłem bijącym u podnóża. Znaleźli ją kilka kilometrów dalej. Była to dzisiejsza Grabarka. Zaraz zaraz, ale przecież na internetowej stronie monastyru opublikowano zupełnie inną historię! Miejsce kultu miało rozwinąć się podczas epidemii cholery w 1710 roku. Gdy ulice Siemiatycz pełne były trupów, a pewnemu starcowi z siemiatyckiej parafii przyśnił się sen. Powiedziano mu, że ludzie mają chronić się w uroczysku Suminszczyna, które później zaczęto nazywać Grabarka. Ci, którzy się w nim schronili, przeżyli. Pierwsza cerkiew na Grabarce miała zostać wybudowana jako dziękczynienie za cud ocalenia. Czyż nie brzmi to dużo bardziej romantycznie niż opowieść o leniwych mnichach? Ach, prowaliłoś! Oddajcie nam mit, który karmił nasze dusze, wspomagał wiarę i dodawał skrzydeł w szarej codzienności. Chcemy starców mających sny, chcemy cudów i ikon objawiających się na drzewach, a nie leniwych mnichów, którym nie chciało się na górę wchodzić! Chcemy wzlatywać a nie grzęznąć w pospolitości, w spoconych koszulach i znoju. Żmudnych trudów życia mamy pod dostatkiem. Cudów zaś zawsze deficyt. Czy górą, która stała się świętą z powodu mnichów dążących do większego – określmy to – komfortu życia, jest mniej święta, niż góra, która stała się świętą wskutek interwencji niebios?

Historia ludzkości to historia Prowałów. To historia upadających mitów. Człowiek starożytny patrzył na nieujarzmioną potęgę natury i bał się jej nieprzewidywalności. Piorun był głosem boga, trzęsienie ziemi jego karą, tęcza znakiem jego łaski. Gniew boga można było uspokoić ofiarami, złośliwe duchy obłaskawić, niszczycielskie demony zaczarować. Magia i religia dawały poczucie kontroli nad tym, czego kontrolować nie było można, przynosiły ukojenie, nadzieję i poczucie bezpieczeństwa. Oto czuwa nad nami ktoś większy. Ktoś, z kim możemy się dogadać, ponegocjować, przekupić, wyprosić. Oświecenie i Kartezjusz spadły jak miecz Damoklesa na nomen omen bogu ducha winną ludzkość, by zabijać nasze duchy i naszych bogów i skutecznie wypreparowano naszą rzeczywistość z rusałek, wilkołaków i innych dziwnych stworów, zamieszkujących nasze lasy i rzeki, z wiedźm, przesądów, diabłów i wróżbiarzy. Oświecenie i jego córka – nauka, zadały śmiertelny cios magii i podkopały fundamenty religijnych wierzeń, których uwiąd możemy obserwować w naszym szybko sekularyzującym się świecie. Zostaliśmy sami w obliczu ogromnego i pustego kosmosu, przerażającego obojętnością i bezlitosnym zimnem. Skąd umysł współczesny ma czerpać poczucie sensu i bezpieczeństwa? Nie może znaleźć już go w magicznych rytuałach, wielkich religiach i systemach filozoficznych, skąd przez wieki płynęły ożywcze idee. Prowaliłoś. Lecz człowiek nie może żyć bez nadziei i sensu. Na miejsce bogów wkroczyła nauka i technologia, które dają człowiekowi poczucie władzy nad światem. Potrafimy leczyć śmiertelne niegdyś choroby, zaradzić klęsce głodu dzięki sztucznym nawozom i żywności genetycznie modyfikowanej, a nawet rozpraszać burzowe chmury lub wywoływać deszcz nie dzięki modlitwom i zaklęciom, lecz nowoczesnym technologiom. Uzyskaliśmy poczucie bezpieczeństwa poprzez przeświadczenie, że naturę potrafimy kontrolować i ujarzmiać. Lecz czy nowa technologiczna religia nie okaże się ostatecznie kolejną iluzją w zderzeniu z Naturą, której prawa gwałcimy i odrzucamy? Czy technologiczny bóg uratuje nas przed zmianami klimatu, wybuchami wulkanów i naszym własnym umysłem zaplątanym w cybernetycznej przestrzeni wirtualnej rzeczywistości?

W pobliskich Pawłowiczach krowy pasą się na łące. Mają dużo szczęścia. Większość ich koleżanek nigdy nie ogląda słońca, uwięziona przez całe życie w boksach, gdzie do koryta sypią im mączkę mięsno-kostną. Od kiedy to krowy są kanibalami? Ale najważniejsza jest masa mięśniowa i ilość litrów mleka. Tak eksploatowane krowy żyją trzy razy krócej od krów hodowanych tradycyjnie, ale dają większy przychód. Ich dobrostan nie jest ważny. Po ich śmierci zostaną zastąpione następnymi osobnikami. Tak wygląda taśmowa produkcja żywności. Ja jednak siedzę na ganku, gdzie gospodarz cedzi mleko od szczęśliwych krów. Mleko jest pyszne, delikatnie spienione, pachnie ziołami i ma konsystencję aksamitnej śmietanki. Gdy wspominamy o źródle Prowały, gospodarze zerkają na siebie wymownie. Nie chcą o nim mówić. Najwyraźniej to co się tam dzieje stanowi jakieś tabu dla racjonalnego umysłu. Podobno ludzie słyszą tam jakieś trzaski, łamiące się drzewa, kroki, jęki, pohukiwania. Mówią, że to miejsce nawiedzają zmarli, lecz zaraz machają ręką i śmieją się. Oni przecież w to nie wierzą. Takie to tylko ludzkie gadanie. Miłe popołudnie kończy się odkryciem, że zgubiłam telefon komórkowy. Wszystko wskazuje na to, że przepadł koło źródła Prowały. Wracamy, szukamy, przeczesujemy teren, sprawdzamy każdą kępę traw i krzaków. Nigdzie go nie ma, choć jestem pewna, że został właśnie tutaj. Trzymałam go w ręku zanim wsiadłam do samochodu. Wracamy drugi raz, w większym gronie. Kolejne szeroko zakrojone poszukiwania również okazują się daremne. Zlokalizować telefonu nie można, gdyż w leśnej głuszy brak jest zasięgu. Prowaliłoś. Zrezygnowani wsiadamy do samochodu, gdy nagle z okolic źródełka dochodzą nas trzaski łamanych gałęzi, rumor i walenie. Przecież byliśmy tam przed chwilą, nikogo tam nie było! Opuszczamy to miejsce przygnębieni. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Czasem coś ginie bezpowrotnie. Takie rzeczy przydarzają się ludziom dobrym i złym, i nic nie da się z tym zrobić. Bogowie pozostają głusi na modlitwy, jasnowidze ślepną, wróżki opuszczają ręce, sny nie przynoszą odpowiedzi. Starożytni Grecy przypisywali takie zdarzenia najwyższym z bóstw – Fatum. Jego wyrokom podlegali nawet najbardziej potężni bogowie. Nawet oni nie byli wszechmocni wobec wyroków Losu. A jednak w czasie nocy coś się zadziało. Gdzieś w kosmicznej przestrzeni satelita otrzymał sygnał. Sygnał obiegł kilkukrotnie kulę ziemską i połączył się z serwerami na kilku kontynentach, by ostatecznie wylądować w moim laptopie podpiętym do przestworzy globalnego Internetu, by wskazać miejsce przebywania telefonu z dokładnością do 1 metra. Tym razem zwyciężyła technologia.

Ewa Zwierzyńska

Przy pisaniu reportażu korzystałam z: Artur Kowalik, Kosmologia dawnych Słowian, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2004 r., str. 55,101, 27,35,49.

Пакінуць адказ

Ваш адрас электроннай пошты не будзе апублікаваны.

Календарыюм

Гадоў таму

  • ў ліпені-жніўні

    710 – перамога дружын Давыда Гарадзенскага у 1314 г. над войскамі крыжакоў пад Наваградкам. 625 – 12 жніўня 1399 г. паражэньне войск Вялікага Княства Літоўскага на чале з князем Вітаўтам у бітве супраць войскаў Залатой Арды на рацэ Ворскла. 510 …ЧЫТАЦЬ ДАЛЕЙ / CZYTAJ DALEJ

Календарыюм / Kalendarium

Сёньня

  • (111) – 14.07.1913 г. у Вільні было заснавана Беларускае Выдавецкае Таварыства, яго ўзначальвалі Б. Даніловіч, І. Луцкевіч, К. Шпакоўскі. Надрукавала 15 кніг агульным тыражом 50 тысяч асобнікаў – зборнікі вершаў, падручнікі па беларускай мове, п’есы для самадзейнікаў.

Новы нумар / Novy numer

Папярэднія нумары

Усе правы абаронены; 2024 Czasopis