Zofia Plewińska, Świat, którego nie ma (13)

Kazio także gdzieś wojował i zajął się bardzo organizowaniem harcerstwa. Po uwolnieniu Mińska z rąk bolszewickich ks. bp Łoziński wybrał się do Warszawy. Jechał wagonem – salonką, przyczepionym do towarowego pociągu. Ku mojej wielkiej radości, zabrał do sąsiedniego przedziału mnie i Zośkę Komorską. W tym przedziale, jechała też z nami Amerykanka, przyjaciółka pani Heleny Paderewskiej. Jeździła ona na nasze Kresy, by zorientować się w pomocy, jaką może dać Amerykański Czerwony Krzyż polskiemu wojsku i ludności. Jechałyśmy bardzo długo, parę dni, do Warszawy. Najdłużej pociąg stał w Lidzie, gdzie pierwszy raz po tylu latach objadałyśmy się wspaniałymi ciastkami! Moja kuzynka Zośka Komorska biegle mówiła po angielsku, była przy tym urocza, pełna wdzięku. Bardzo zaprzyjaźniła się z tą Amerykanką, która z nami jechała, oczarowała ją i Amerykanka obiecała, że w Warszawie przedstawi Zośkę p. Helenie Paderewskiej i znajdzie jej pracę. Ja też chciałam pracować w Warszawie, albo się dalej uczyć. Obie wróciłyśmy jeszcze do Mińska, ale już nie na długo.

Chcę jeszcze opisać parę faktów, które wstrząsnęły naszym życiem w Mińsku w czasie rządów bolszewickich. Brat najmłodszy mojej matki, inż. Józef Iwaszkiewicz, pracował w Mińsku w firmie melioracyjnej. Pewnego razu pojechał z hr. Grabowskim do jego dóbr, żeby wskazać miejsca, które by trzeba poddać melioracji. Gdy przejeżdżali przez gęsty las, napadali ich bolszewicy, chcieli zabić hrabiego. Była to późna jesień, zimno, wuj Józio miał na sobie burkę z kapturem. Jego pierwszego uderzyli z tyłu w głowę obuchem siekiery, myśląc że to hrabia, a prawdziwemu hr. Grabowskiemu wybili zęby i trochę poturbowali. Na szczęście przyszedł z pomocą leśniczy z gajowymi i banda bolszewików zbiegła. Bardzo ciężko rannego, nieprzytomnego wuja Józia zawieźli na stację kolejową, żeby jak najprędzej dotrzeć do szpitala w Mińsku. Do nas przyszła depesza, by spotkać rannego na stacji w Mińsku. Dworzec wyglądał okropnie, moc bolszewików, żołnierze leżący pokotem jedli „siemieczki” i czekali na różne połączenia kolejowe, jeździły tylko pociągi towarowe. Cała nasza rodzina czekała na dworcu do wieczora, nareszcie ujrzeliśmy biednego Józia na noszach. Marysia, żona Józia pierwsza podeszła i powiedziała: „Jeszcze żyje…”. Ojciec mój już wcześniej zamówił miejsce w szpitalu wojskowym, gdzie przewieziono wuja. Operował bardzo dobry lekarz wojskowy – Rosjanin. Czaszka była pęknięta i w jednym miejscu wciśnięta wgłąb. Porażenie jednej połowy ciała, nieprzytomny. Operowali w nocy, natychmiast. Marysia – żona została przy nim, a ja zajęłam się całkowicie małym, pięcioletnim Markiem. Dzięki Bogu operacja się udała i wuj Józio powoli wracał do zdrowia. Do końca życia, już po drugiej wojnie światowej, zawsze miał trochę mniej sprawną jedną rękę i nogę, a na głowie nosił małą okrągłą czapeczkę, dla ochrony.
Drugi wypadek, który bardzo przeżyliśmy, to była tragiczna śmierć Morysia Wańkowicza, wielkiego przyjaciela i kolegi szkolnego z jednej ławki Zdzisia. Bolszewicy napadli na patrol ułanów, który stał w jakiejś wiosce. Ułani nie przeczuwali zasadzki, jak się spostrzegli, było już za późno. Część uciekła, Morysia złapali i bestialsko zamęczyli. Pamiętam, jak do nas dotarła ta wiadomość 22-V, w same Zielone Świątki, rok chyba 1917? Morysia widziałam ostatni raz przed wojną na Bazarze Dobroczynności na Boże Narodzenie w Mińsku. Był wtedy w ślicznym mundurze „Instytutu Języków Wschodnich”, w którym studjował w Petersburgu. Niestety, wojna przerwała mu studia, a potem i młode życie!
Trzeci wypadek to śmierć obydwu braci Zosi Wańkowiczowej Melowej – Stacha i Kazia. W pociągu pancernym Śmiały” pod wsią Zalesie 10 czerwca 1919 r. poległ Kazimierz Małagowski, pod Pogorzelcami 25 czerwca 1919 r. poległ Stanisław Małagowski. Matka ich już dawno nie żyła, ale biedny ojciec i Zosia Wańkowiczowa – siostra przeżyli to zdarzenie szalenie ciężko i głęboko. Stach Małagowski miał narzeczoną i był ojcem chrzestnym Krysi, starszej córki Melów. Nad jej łóżeczkiem wisiała zawsze fotografia Stacha – ojca chrzestnego. W drugiej wojnie światowej Krysia znów oddała swoje młode życie za Ojczyznę, poległa w Powstaniu Warszawskim (Mel opisuje to w „Zielu na kraterze”). Prawie każde pokolenie polskie oddaje daninę krwi Ojczyźnie!

Wszystkie wojska były już pod koniec wojny zdemoralizowane rewolucją w Rosji, każdy żołnierz marzył o powrocie do domu. Mój brat Kazio z dwoma harcerzami rozbroili w Mińsku na stacji cały pociąg jadących do domu Niemców, którzy sami rzucali broń. Po drugim zajęciu Mińska przez bolszewików władze terenowe Mińszczyzny przeniosły się na południe, na Ukrainę. Rodzice zaczęli myśleć o wyjeździe na stałe do Warszawy. Zaprzyjaźniony z moim ojcem major wojsk polskich, Kasprzysiak, pacjent ojca, ułatwił nam przewóz najcenniejszych mebli i sztychów do Warszawy (Piłsudzki szedł wówczas na Kijów). Meble nasze ulokowane były w Warszawie u krewnych i znajomych w siedmiu miejscach! Wszyscy bardzo nam pomagali. Mamusia już nie wróciła do Mińska, była w Poznańskiem na leczeniu. Kazio zapisał się w Poznaniu na rolnictwo. Ja jeszcze byłam z ojcem w Mińsku i latem pojechałam do wujostwa Komorskich na wieś. Wuj Michał zarządzał jakimś folwarkiem koło Olechnowicz. Sytuacja z każdą godziną się pogarszała, którejś nocy zapukał ktoś gwałtownie w okno mego pokoiku. Okazało się, że to był posłaniec od ojca z Mińska, żebym natychmiast z nim wracała do domu, bo bolszewicy podchodzą pod Mińsk. Był to milicjant, pacjent ojca, przyjechał po mnie furką. Zebrałam się w pięć minut i po kilku godzinach jazdy byłam w domu. Ojciec bardzo się ucieszył, ale do ostatniej chwili miał pacjentów. Musiałam sama wybierać najpotrzebniejsze rzeczy i pakować do kufrów i tobołów. Służące chciały jechać do swych rodzin i mało pomagały. Tu znów pomógł pacjent Ojca, pułkownik żandamerii, który nam odstąpił pół przedziału I-szej klasy, wagon był przyczepiony do pociągu towarowego. Jazda była długa i męcząca. Zabrałam dziewięć kufrów i koszy, ale to była mała część z naszego dziewięciopokojowego mieszkania. Reszta została na pastwę losu. Przed samym naszym wyjazdem zjawiła się u nas moja przyjaciółka, Hela ze Świdów Koziełł-Poklewska. Mąż jej Wincenty był na froncie, a ona miała jechać z malutkim synkiem i ordynansem do Warszawy. Trochę wypoczęli, coś zjedli i pojechali. Potem wpadła jeszcze moja młodsza kuzynka Adelka Komorska z narzeczonym, porucznikiem Andrzejem Nostitz-Jackowskim. On ją zabierał jakimś wojskowym transportem. Ta para została jeszcze parę godzin po naszym wyjeździe. Prosiłam, żeby brali co chcą z naszego domu, ale też dużo zabrać nie mogli. Został więc długi, drewniany szlaban z futrami, całe urządzenie kuchni, biblioteka Ojca, piękne sztychy najsławniejszych Polaków z doby Oświecenia (wisiały w poczekalni) i fortepian, i moja biblioteczka. Zabrałam całą porcelanę, której część mam do dnia dzisiejszego. Gdy dotarliśmy z rzeczami na dworzec, paliła się już część zgromadzonych przez ludzi na rampie rzeczy. Ks.bp Łoziński był na dworcu i błogosławił odjeżdżających, sam tym razem postanowił zostać. Przepłacił to ciężkim więzieniem w Rosji, skąd był uwolniony z innymi zakładnikami, wymieniony na jakiegoś ważnego bolszewika, który był w polskich rękach.
Zanim zacznę opisywać tułaczkę, chcę jeszcze nadmienić o paru faktach, które bardzo wstrząsnęły naszym życiem. Mianowicie przed drugą ucieczką z Mińska bolszewicy wywieźli znów do Smoleńska sporo zakładników. Ojciec nasz na razie był w domu. Słychać było huk armat już od rana, gdy nastał wieczór, już było pewne, że wojska polskie są blisko. Raptem około godziny 12 w nocy posłyszeliśmy, że jakiś samochód zatrzymał się przed naszym domem. Mamusia powiedziała: „Janku, to po ciebie przyjechali”. Za chwilę dzwonek i weszło dwóch ludzi w czarnych, ceratowych kurtkach. Był to najwyższy komisarz bolszewicki – Mickiewicz-Kasukas (Litwin) i komisarz Sławiński z czarną brodą, utykający na nogę. Ten ostatni – pacjent ojca. Ku wielkie naszej radości powiedzieli, że ojca wprawdzie traktują jako zakładnika, ale zostawią go na miejscu, by hamował czyny polskiego wojska, by bronił ludność przed grabieżą i rozbijaniem sklepów. Wszyscy odetchnęliśmy, a oni odjechali. Ojciec zamknął drzwi wejściowe, a na zewnątrz napisał kartkę, żeby dzwonić z dołu z ulicy (mieszkaliśmy na pierwszym piętrze). Z wojskiem polskim zjawił się rano mój brat Kazio, który gdzieś walczył w partyzantce, ucieszył się, odczytując kartkę na drzwiach napisaną ręką ojca. Radość nasza nie miała granic! Kochany mój ojciec powiedział: „Teraz klęknijmy wszyscy na kolana i zmówmy „Pod Twoją Obronę”, dziękując za ocalenie”.

Po drugiej ucieczce bolszewików z Mińska, wyjechało bardzo dużo inteligencji polskiej do Królestwa. Niestety naszą rodzinę powaliła z nóg jakaś bardzo ciężka grypa „hiszpanka”. Leżał dosłownie cały dom: mama, Kazio, ja, służące, tylko papuś kochany nie zachorował, leczył nas i sprowadził siostrę-pielęgniarkę, która nas obsługiwała i karmiła. Po wyzdrowieniu byliśmy wszyscy tak słabi, że mowy nie było o wyjeździe i gdy wojska polskie się cofnęły, znów znaleźliśmy się pod rządem bolszewickim. Ostateczny wyjazd i śmierć domu, który zamieszkiwaliśmy od lat trzydziestu nastąpił 6 lipca 1920 r. Wyjechaliśmy – ja z ojcem – już na zawsze z Mińska, co już opisałam wcześniej. W Warszawie tułaliśmy się, mieszkając u krewnych i znajomych, każdy nocował gdzie indziej. Z kłopotu wybawili nas kochani Melowie Wańkowiczowie. Mieszkali oni w domu ojca Zosi Wańkowiczowej, przy ulicy Elektoralnej nr 49 na pierwszym piętrze. Ustąpili nam swoje mieszkanie, przenosząc się na parter do mieszkania ojca Zosi z malutką córeczką – Krysią. Ojciec zaczął pracować w Wojskowym Szpitalu im. J. Piłsudskiego na Mokotowie, w randze majora-ochotnika. Ja pracowałam w zarządzie „Koła Polek”, który mieścił się w Pałacu Staszica na Krakowskim Przedmieściu. Zaczęła się wojna bolszewicka, obaj moi bracia poszli na Lwów z 9 pułkiem Ułanów Małopolskich. Młodszy brat Kazio był ranny w oko, bardzo ciężko, pod Samborem. Kula karabinowa zapadła za gałkę oczną i utkwiła o cal od mózgu. Stan Kazia był bardzo ciężki. Całe szczęście, że Zdziś był w tym samym pułku p.o. lekarzem i zajął się bratem. Musieli nająć chłopską furę i zawieźć rannego do szpitala w Samborze, gdzie zaraz był operowany. Na szczęście udało się kulę usunąć i uratować życie choremu. Po pół roku, gdy rana się zupełnie wygoiła, założono Kaziowi szklane oko. Potem obaj bracia walczyli jeszcze z gen. Żeligowskim, przy uwolnieniu Wilna, w pułku konnej artylerji.

I przyszedł ów pamiętny dzień 15 sierpnia 1920 r. – dzień „Cudu nad Wisłą”! Wszyscy mężczyźni szli na front. W „Kole Polek” prowadziłam dział oświatowy, wysyłałam do różnych oddziałów wojskowych prasę, różne ulotki, pomoce piśmienne. Zosia Komorska pracowała w Amerykańskim Czerwonym Krzyżu jako sekretarka naczelnego pułkownika i miała tam moc roboty.

Gdy bolszewicy byli już blisko Warszawy, ja z Adelką Komorską pojechałyśmy karetką pogotowia na sam prawie front, do Rybienka nad Bugiem. Opatrywałyśmy różnych maruderów wojennych i uciekinierów cywilnych, miałyśmy bardzo dużo roboty. Przejeżdżali nieraz szosą dawni znajomi z Krakowa, pędząc stada krów, pięknych koni i wioząc na furach cały swój dobytek. Gdy było już bardzo gorąco i zdawało się, że bolszewicy przerwą pas obronny, przyjechała po nas Zośka Komorska amerykańską karetką pogotowia i zabrała nas do domu. W tych przełomowych dniach wojny widziałam po raz ostatni mojego stryjecznego brata Konrada Malkiewicza, który szedł na front z 41 pułkiem piechoty z Suwałk. Maszerowali ulicami Warszawy śpiewając „Rozkwitały pęki białych róż….” Zginął pod Ostrołęką, napadła go zgraja bolszewików i zakłuła bagnetami.

EPILOG

Mama nasza nie dokończyła swoich wspomnień. Zaczęła pisać je zbyt późno, bo w 81 roku życia, a z powodu choroby przerwała, by dopiero po dwóch latach do nich wrócić. Nigdy więc już pewnych rzeczy się nie dowiemy. Wspomnienia doprowadziła do roku 1920, gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę. Mama pracowała wówczas w zarządzie „Koła Polek”, a ojciec mamy, nasz dziadek Jan Malkiewicz w wojskowym szpitalu na Mokotowie w randze majora – ochotnika.

Po I wojnie mama, mając za sobą praktykę w szpitalu w Mińsku wstąpiła do nowopowstałej szkoły pielęgniarskiej w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce szkoła pielęgniarska założona, oraz świetnie i fachowo prowadzona przez Amerykankę miss Bridge. Po ukończeniu szkoły i praktyce w Ośrodku Zdrowia w Amelinie Mama aż do zamążpójścia pracowała w szpitalu im. Dzieciątka Jezus w Warszawie. Później, już mieszkając w Kielcach wykładała na kursach pielęgniarskich, prowadzonych przez Czerwony Krzyż. Z praktyką właściwie nigdy nie zerwała, pielęgnując własne dzieci, ciągle na coś chorujące, robiąc zastrzyki sąsiadom i znajomym i służąc pomocą medyczną, szczególnie podczas wojennej tułaczki. Do zawodu mama wróciła już po II wojnie, we Wrocławiu, gdzie pracowała w Wojewódzkiej Przychodni Przeciwgruźliczej jako przełożona pielęgniarek w latach 1948 – 56, a po przeprowadzce do Krakowa w Studenckiej Przychodni Przeciwgruźliczej od 1956 do 1973, czyli do przejścia na emeryturę. mama ogromnie lubiła swoją pracę, miała bardzo dobry stosunek do chorych. Przejmowała się ich chorobami, pomagała rozwiązywać rozmaite problemy. Po latach pamiętała ich nazwiska, twarze, kłopoty rodzinne i choroby.

Moi rodzice poznali się jeszcze w czasie I wojny światowej, gdy ojciec był w Mińsku, służąc wówczas w korpusie Dowbora-Muśnickiego. Mama bardzo przeżywała wtedy śmierć swojego narzeczonego, Tadeusza Horodyńskiego, a ojciec był zajęty wojaczką. Spotkali się przypadkiem w pociągu, w zimie 1927 roku. Ojciec był już wdowcem z malutką córeczką Bożenką. Pierwsza żona – Anna z Kozłowskich – po kilku latach małżeństwa zmarła na gruźlicę, mając 25 lat, i osierociła półtoraroczną Bożenkę. Ojca potem usilnie swatano z rozmaitymi paniami, ale jakoś nie uległ namowom. Z mamą natomiast jakoś szybko się dogadali i ślub odbył się 18 sierpnia 1927 roku w kościele Trzech Krzyży w Warszawie. Dziadkowie Malkiewiczowie mieszkali wówczas w Grodzisku Mazowieckim pod Warszawą, a babunia Jadwiga Plewińska razem z Bożenką w Warszawie na Hożej.

Dziadkowie Malkiewiczowie pod koniec lat dwudziestych przenieśli się do Baranowicz (obecnie na Białorusi), pod Warszawą nie czuli się dobrze, tęskniąc do Kresów, gdzie mieszkało wielu krewnych i przyjaciół. Dopiero w czasie II wojny, gdy Niemcy zajęli Baranowicze, udało się dziadkom przyjechać do nas (mieszkaliśmy wtedy w Skórnicach, w majątku państwa Kotarskich w powiecie koneckim) i potem już razem tułaliśmy się po różnych miejscach, aż po wojnie osiedliśmy na Dolnym Śląsku. Tu w Szczawnie Zdroju w 1948 r. zmarł dziadzio Jan Malkiewicz, a w 1953 we Wrocławiu – babcia Maria z Iwaszkiewiczów Malkiewiczowa.

 

KONIEC

Komentarze

  1. Awsome info and right to the point. I don’t know if this is actually the best place to ask but do you folks have any thoughts on where to hire some professional writers? Thanks in advance 🙂

  2. Qk9CdP This is one awesome blog post.Much thanks again. Really Great.

  3. Howdy just wanted to give you a quick heads up and let you know
    a few of the images aren’t loading correctly. I’m not sure why but I think
    its a linking issue. I’ve tried it in two different internet browsers and both
    show the same outcome.

  4. Great goods from you, man. I’ve understand your stuff previous to and you are just too excellent.
    I really like what you have acquired here, certainly like what you are saying
    and the way in which you say it. You make it entertaining and you still care for to keep it wise.
    I cant wait to read far more from you. This is actually a great web site.

  5. Thank you for another wonderful post. The place else may
    just anybody get that type of info in such an ideal approach of writing?
    I have a presentation subsequent week, and I’m at
    the look for such info.

  6. Report side effects from testosterone treatment to the FDA MedWatch program,
    using the info in the Contact FDA” carton at the bottom of the
    page.

  7. I absolutely love your site.. Excellent colors & theme.
    Did you develop this amazing site yourself? Please reply back as I’m attempting to
    create my own website and would love to find out where you got this from
    or what the theme is called. Cheers!