Ze wspomnień o Ferdynandzie Ruszczycu

Калісь пісалі

Znałem dwóch Ruszczyców – w jednej osobie.

Pierwszy należał do przedwojennej generacji, która szczerze walczyła o „waszą i naszą wolność” i z tego stanowiska z niekłamaną sympatią spoglądała na budzenie się świadomości narodowej w inteligencji białoruskiej i w szerokich warstwach ludowych.

Drugi ciałem i duszą należał już do społeczeństwa powojennego, które upojone triumfem z powodu zdobycia wolności dla siebie, zupełnie zapomniało o pierwszej części tak ongiś popularnej, a dziś tak grubo spaczonej w praktyce formułki…

Z tym drugim Ruszczycem stosunki moje ograniczały się do wymiany ukłonów przy spotkaniach na ulicy. Z pierwszym natomiast – przedwojennym Ruszczycem – miałem pewne wspólne przeżycia, o których zachowałem w duszy miłe wspomnienia.

W roku 1909 po raz pierwszy wypadło mi zetknąć się osobiście z tym wybitnym artystą ziemi naszej, który od dawna już interesował mnie przedziwnym odczuciem ducha pejzażu białoruskiego i w swych mistrzowskich dziełach tak świetnie zobrazował nastroje tej ziemi (Orka, W świat).

W związku z debiutem na scenie wileńskiego teatru polskiego młodej artystki Heleny Jankowskiej, późniejszej żony znanego artysty dramatycznego Junoszy Stempowskiego, zmarłej przedwcześnie, urządził brat jej, a mój przyjaciel Jerzy Jankowski, publicysta i poeta, bankiecik w domu swoich rodziców. Zebrał się tu wileński świat dziennikarski i artystyczny; byłem i ja. Wiedziałem, że ma być i Ferdynand Ruszczyc, lecz nie znałem go przedtem nawet z wyglądu, a przy zaznajomieniu nazwiska nie dosłyszałem. Ale postać artysty, jego sokole spojrzenie, jego sposób mówienia – wszystko to przykuło do niego od razu moją uwagę. Coś żywo opowiadał o swoich podróżach na linii Paryż – Petersburg, podczas których zawsze z wielkim zadowoleniem zahaczał o Wilno, budzące w nim stale entuzjazm. Kto to jest? – zapytałem dyskretnie gospodarza i dopiero od niego dowiedziałem się, że mam przed sobą Ruszczyca.

Bankiet upłynął dla mnie tym przyjemniej, że przy stole miałem Ruszczyca za sąsiada. Rozgadaliśmy się od razu. Rozmowa toczyła się na tematy krajowe. Ruszczyc potwierdził mi to, co już dawniej z jego obrazów sam wyczytałem: wielkie umiłowanie kraju i szczery sentyment do ludu białoruskiego, głębokie zainteresowanie pieśnią białoruską, poezją, zdobnictwem. Nic też dziwnego, że na tym gruncie nawiązała się między nami nić wzajemnej sympatii, która z biegiem czasu się wzmocniła.

Zaprosiłem Ruszczyca do redakcji „Naszej Niwy”, gdzie znalazł sporo ciekawych dla niego zabytków i dzieł sztuki ze zbiorów mego brata, które dziś przechowywane są w Muzeum Białoruskim im. Jana Łuckiewicza. Rewizytując artystę, poruszyłem w imieniu redakcji sprawę wykorzystania przez nią do karty tytułowej jakiegoś projektowanego wydawnictwa białoruskiego obrazu Ruszczyca „W świat”. Drogą wiejską, przecinającą zawianą rolę, w mglisty, dżdżysty dzień suną dwie postacie ludzkie z węzełkami na plecach. Idą w świat – szukać „chleba i doli”, bo w ziemi rodzinnej nie mieli ani jednego, ani drugiej… Ruszczyc bez wahania udzielił mi pozwolenia na wykorzystanie jego obrazu i ofiarował heliograwiurę z niego.

Pod heliograwiurą był umieszczony wiersz Jana Kasprowicza w języku polskim, wyrażający w formie poetyckiej myśl malarza. Wiersz ten został natychmiast przetłumaczony przez poetę białoruskiego Jankę Kupałę. (Oryginał przekładu i heliograwiura złożone zostały do Muzeum Białoruskiego). Ciekawe, że Kupała później zapomniał, kto był autorem wiersza, i zamieścił tłumaczenie w jednym ze swych zbiorków, zaznaczając tę okoliczność.

Odtąd w ciągu paru lat najbliższych miałem szereg nader miłych spotkań z Ruszczycem.

Gdyśmy w r. 1910 przygotowywali do druku kalendarz białoruski, postanowiliśmy umieścić na okładce ciekawy wzór budownictwa białoruskiego w stylu ludowym – rysunek starej kapliczki drewnianej przy wejściu na mogiłę w Słucku. Fotografia nie bardzo się nadawała. Zwróciłem się przeto o radę i pomoc do Ruszczyca. I tym razem jak najchętniej spełnił moją prośbę: własnoręcznie opracował szkicowo rysunek kapliczki, ożywił obraz białymi obłokami i w ten sposób powstała rzecz naprawdę artystyczna.

Po raz trzeci podobnej pomocy udzielił nam Ruszczyc, gdy się drukowała pierwsza w języku białoruskim „Historia Białorusi” Własta (Wacława Łastowskiego). Podany przez ś. p. Jana Łuckiewicza projekt wyzyskania do okładki okucia drzwi w zakrystii kościoła pobernardyńskiego z Pogonią został przez Ruszczyca opracowany i za jego radą odbity na czarnym papierze srebrną i złotą farbą.

W okresie owym dokoła osoby Ruszczyca gromadziły się żywsze jednostki ze świata artystycznego i publicystycznego, co prawda przeważnie nie związane pochodzeniem z naszym krajem. Zbierała się ta „Banda Artystyczna” u Rogowskich, Hertzów, Ruszczyca… Gorąco omawiano przy stole projekty ożywienia życia artystycznego i podniesienia kultury artystycznej Wilna. Tu powstał projekt wydania pokaźnego tomu „Żórawców”, którego szata zewnętrzna dana była oczywiście przez Ruszczyca. Na treść literacką złożyły się artykuły i utwory poetyckie członków „Bandy”. Zamieszczone też były rysunki Ruszczyca i Piotra Bohusza (Siestrzeńcewicza) oraz utwór muzyczny L. M. Rogowskiego „Erotyk”.

„Banda Artystyczna” urządzała dość często wieczory, na które byłem zapraszany. Utkwił mi w pamięci jeden z takich wieczorów w mieszkaniu Ruszczyca, kiedy to po raz pierwszy na zaproszenie artysty byłem gościem „Bandy”.

Ruszczyc mieszkał podówczas przy ul. Zarzecznej w domu Laskarysów, nad Wilejką. Było to, jeśli się nie mylę, wczesną wiosną. Rogowscy, z którymi żyliśmy najbliżej, zawiadomili mnie, że goście, pragnąc zrobić Ruszczycowi niespodziankę, umówili się przyjść na ów wieczór w kostiumach stylowych. Oczywiście, musiałem i ja dostosować się do ogólnej decyzji i włożyć strój z czasów Ludwika XVI, łaskawie mi wypożyczony przez ówczesnego reżysera „Lutni”. Przyszliśmy do Ruszczyca wszyscy jednocześnie i mieszkanie gościnnego gospodarza zaroiło się barwnym tłumem postaci z bliższej i dalszej przeszłości. Ruszczyc był tym mile zaskoczony i wpadł w doskonały humor. Pokazał mi swój słynny obraz „Nec mergitur”, który się znajdował podówczas jeszcze u artysty. Przy stole suto zastawionym humory u wszystkich również były świetne. Dyskutowano bardzo gorąco. Stanisławska wystąpiła z zaimprowizowanym na poczekaniu wierszem, poświęconym gościom i charakteryzującym każdego z obecnych. A gdyśmy wstali od stołu i rozsypali się parami po ścieżkach urwistego ogrodu, spuszczającego się ku rzece, dla patrzącego z balkonu Ruszczyca otworzył się naprawdę efektowny widok. Dekoracyjność obrazu zachwyciła Ruszczyca, który przecie był nieporównanym dekoratorem.

Kiedy w letnim teatrzyku ogrodu bernardyńskiego Nuna Młodziejowska wystawiała „Lillę Wenedę”, Ruszczyc, jak wiadomo, dał swoje dekoracje do tej sztuki. Artysta pracował z ogromnym zapałem i entuzjazmem. Niejednokrotnie zaglądałem do teatru  podczas malowania dekoracji, widziałem ich narodziny. Zaprosił też mnie Ruszczyc na pierwszą próbę z dekoracjami, które były malarsko świetne. Ruszczyc triumfował. Niestety nie zachowały się: po pewnym czasie spłonęły doszczętnie. Był to ciężki cios dla artysty.

Te spotkania i rozmowy, te wspólne przeżycia artystyczne, a przede wszystkim zaznaczone już bezwarunkowo szczere podówczas sympatie Ruszczyca do odrodzeniowego ruchu białoruskiego były podstawą do serdecznych moich z nim stosunków. Lecz wkrótce „Banda” zaczęła się „rozklejać”. Większość członków, złożona z przyjezdnych artystów, opuściła nasze miasto. Zbiórki ustały. W osobistym życiu Ruszczyca zaszły zmiany. Tragiczna śmierć Marii Załuskiej, która brała udział w kierowanym przez Rogowskiego chórze białoruskim i z którą na tym gruncie spotykałem się, zmroziła u wielu wilnian uczucia sympatii do artysty. Spotykałem go już bardzo rzadko – przelotnie. Wreszcie przyszła wojna światowa, która głęboko wstrząsnęła życiem grodu naszego i wygnała z Wilna całe zastępy ludzi, którzy nie odważyli się, czy z innych powodów nie chcieli dzielić niepewnych losów miasta, gdy zbliżały się doń zastępy wojsk niemieckich. A w wyniku wojny powstały nowe warunki życia dla Wilna i Wilnian, które jednych postawiły w rzędzie władców naszego kraju, innych zaś zaliczyły do helotów we własnej ojczyźnie… Ruszczyc znalazł się wśród pierwszych; ja – wśród drugich. Rozwarła się między nami przepaść, która coraz bardziej się pogłębiała. Nasze stosunki ostatecznie się urwały.

Antoni Łuckiewicz
„Przegląd Wileński”, nr 5, 26.05.1937 r., s. 2-5

Komentarze