Zarobić na wielokulturowości. Rozmowa z Dżanetą Bogdanowicz

Jakie były początki mody na tatarskość?
– Kiedy przyjeżdżałam tutaj z turystami, wycieczkami, brakowało w Kruszynianach miejsca, gdzie można by się było zatrzymać. Przybywałam ze swoją grupą, otwierałam meczet (miałam do niego klucze), oprowadzałam turystów, zamykałam go i jechaliśmy dalej. A tu jest tak urokliwie, czuje się Orient, czuje się tatarskość. Wydaje mi się, że bardziej niż w Bohonikach. Mimo że urodziłam się w Trzciance koło Poznania, Kruszyniany mnie zauroczyły, a potem dowiedziałam się, że tutaj spoczywają moi przodkowie, Półtorzyccy. Chciałam zrobić tutaj miejsce nie tylko dla turystów, ale także dla Tatarów, dla młodzieży tatarskiej, ponieważ jest nas niewielu, wiekszość porozjeżdżała się, ale chce wracać do korzeni. I takim miejscem są Kruszyniany. Kiedy zaczynaliśmy, niektórzy pukali się w głowę, ale mnie to kompletnie nie interesowało. Nastawialiśmy się na pojedynczych gości, przyjeżdzajacych z głębi kraju, nie z Białegostoku, nie z okolicy.

dzenetaIdaczkaDzemila

Dżaneta Bogdanowicz (na zdjęciu z córką Dżemilą Bogdanowicz- -Talkowską), właścicielka gospodarstwa agroturystycznego Tatarska Jurta w Kruszynianach, przewodnik turystyczny, mistrzyni świata w pieczeniu babki i kiszki ziemniaczanej

Teraz przyjeżdża tu bardzo wiele osób.
– Na to w ogóle nie liczyłam. Nie liczyłam na żadne profity z tym związane. To, co się dzieje teraz, wymusili na mnie goście. Nie wiem, czy weszłam w dobry czas, czy jako Tatarka otworzyłam drzwi swojego tatarskiego domu, który do tej pory był zamknięty. Tatarskie potrawy przygotowywane były wcześniej tylko na Bajramy, w święta.

Na początku nie widziałam żadnej reklamy, z wyjątkiem tej przekazywanej z ust do ust – szeptanej, która jest najskuteczniejszym rodzajem reklamy. W Kruszynianach widać rejestracje samochodów z całej Polski.
– Mam w tej chwili mnóstwo poznaniaków, coraz więcej ludzi ze Śląska, Gdańska, Krakowa. Bardzo wiele osób z głębi kraju zaczyna penetrować Podlasie. Cały czas powtarzam, że nasza wielokulturowość wygrywa. Mamy gromny potencjał, ponieważ można u nas zobaczyć różnice w jedzeniu, potrawach, ale i w ludziach, osobowościach, kulturze.

Jak wygląda finansowanie takiego przedsięwzięcia?
– Nie braliśmy kredytu. Każdy grosz, który tutaj zarabiamy, inwestujemy. Nasze dziewczyny bardzo ciężko pracują, to trudny kawałek chleba. Są goście – możemy iść dalej, nie ma gości – nic nie robimy. Chcemy teraz wziąć kredyt na wykończenie dużej sali i pokoje noclegowe, bo ludzie chcą nocować w Kruszynianach. Nikt dotąd nie pomyślał, że będą chcieli się tu zatrzymać. Codziennie mam telefony w tej sprawie.

A konkurencja? Macie przecież prawie pod bokiem inny hotel (Dworek Pod Lipami).
– Cały czas odsyłam gości na n
oclegi właśnie tam. Namówiłam jeszcze dwie panie, żeby przyjmowały gości w swoich domach. Goście wolą noclegi w chatach niż w hotelu. I mówią: super! Naturalne jedzenie – każdy gospodarz chce zrobić śniadanko, kolację. Na obiady przychodzą do mnie. Kiedy będę miała turystów w pokojach, trzeba będzie ich karmić cały dzień. Teraz od rana przygotowuję potrawy, żeby były na godz. 12-13 i musiałam z czegoś zrezygnować. Kieruję więc gości do Dworku Pod Lipami, albo do dwóch okolicznych pań. Chciałabym, żeby więcej gospodarzy przyjmowało turystów. To są starsi ludzie. Myślę, że z czasem zaczną to robić. Ludzie pokupowali ziemię, pokupowali chaty i myślę, że powoli zaczną w to wchodzić. Ta wioska już umierała. A teraz? Proszę spojrzeć.

tatarskajurta

Tatarska Jurta w Kruszynianach

Czy staraliście się o fundusze z Unii Europejskiej?
– Nie. Kolega, który zajmuje się agroturystyką, ubiegał się o nie i klapa. Nie wyrobił się z terminami.

Czy gmina Krynki wam pomogła?
– Przede wszystkim pomogło nam Nadleśnictwo Krynki, gmina też. To biedny teren, ale turystyka jest jego szansą.

Czy turyści nie traktują was jak Indian w rezerwacie?
– Jesteśmy dumni ze swojej odmienności i turyści bardzo dobrze nas traktują. Nie czujemy się tu jak w skansenie.

Czy turyści dziwią się, że w Polsce mieszkają Tatarzy?

– Ci, którzy przyjeżdżają, cokolwiek już o nas wiedzą. Wiedzą, dokąd jadą i do kogo jadą. Przyjeżdżają z przewodnikami, wycinkami z gazet, książkami. Niewielu trafia tu przypadkiem.

Ilu Tatarów mieszka teraz w Kruszynianach?
– Ciocia Popławska, której mąż zmarł, i rodzina wielopokoleniowa to jedyni, którzy mieszkają na stałe, bo my jesteśmy przyjezdni, ale jak już dobudujemy chatę, osiądziemy i my.

Czy zimą wioska wymiera?
– Zimą dzieci zabierają rodziców do siebie, natomiast my przyjeżdżamy tu w każdy weekend. Mamy gości mimo mrozu, ślizgawicy. Chcemy z kolegami przedłużyć sezon. Przygotowaliśmy ogólnokrajowy projekt „Turystyka – wspólna sprawa”. Chcielibyśmy współpracować – Szlak Rękodzieła Ludowego, Szlak Tatarski i gmina Supraśl. Są tu chłopcy, którzy grają na bębnach, jest rzeźbiarz. Chcemy, żeby ze szlaku tatarskiego można było zajechać do niego na warsztaty, robić ogniska, kuligi, na których będą grali bębniarze. Pomału ten szlak rozbuduje się jeszcze bardziej. Będzie także jazda konna – kolega z Pieniek również ma konie, w Bohonikach inny kolega również. Chcemy robić rajdy konne, rowerowe. Zimą może narty biegówki, bo tereny są tu przepiękne. Myślę, że będziemy iść w turystycznym kierunku rozwoju tego regionu i staniemy się znani nie tylko w Polsce.

Można powiedzieć, że jest pani matką sukcesu Kruszynian.
– Tak jakoś wyszło, że to się zaczęło kręcić. Nie myślałam, że tak będzie.

Czy pani dzieci chcą tu zostać?
– Mam trzy córki. Tak, że jest komu lepić kołduny (śmiech). Dżemili podoba się tu. Elwira robi to z przymusu, ona nie lubi gotować, ale jak już coś robi, robi to dobrze. Tamira, najmłodsza, najwięcej nam pomaga, bo starsze córki chętnie uciekają w świat. Ale coraz częściej świat przyjeżdża tutaj, do nich. W tym roku mamy wyjątkowo dużo gości, przede wszystkim z Niemiec. Znaleźliśmy się podobno w bardzo dobrym przewodniku niemieckim. I co rusz z przyczepami Niemcy przyjeżdżają tutaj. Przyjeżdżają Włosi, Francuzi, Hiszpanie, Holendrzy…

Skąd się o was dowiadują?
– Z przewodników, np. nadleśnictwa. Oni reklamują nas dalej. I właśnie ta szeptana reklama jest sukcesem – jeden drugiemu przekazuje informacje nawet na szlaku. Mówią: zajedźcie tam, ale nie do dworku, bo tam nie ma potraw tatarskich, ale właśnie do Tatarskiej Jurty.

princKarol

Rozmawiała
Mirosława Kostańczuk ■

Komentarze

  1. super jedzonko pierwsza klasa o kawie nie wspomnę nigdzie takiej nie piłam fenomenalna 🙂

  2. Hi my friend! I wish to say that this post is amazing, nice written and include almost all significant infos. I’d like to see more posts like this.

  3. ZPeBAD Well I truly liked studying it. This subject offered by you is very effective for correct planning.

  4. Ciekawy temat, programy partnerskie rzeczywiście zezwalają na doskonałe dochody, jednak trzeba umieć w który metoda się do tego wziąć, przy promowaniu programów partnerskich jest ważna umiejętność pozycjonowania stron i umiejętności social media. Fajny wpis licze na wiele o aktualnym motywie

  5. Dobry wpis o inwestowaniu pieniądzy przez programy partnerskie daję do monitorowanych, zapraszam na mojego bloga