Strona główna » Villa Sokrates » Annus Albaruthenicus 2010 » Ten niesamowity Czarnorusin
Ten niesamowity Czarnorusin
Eugeniusz Kabatc

Ci, którzy znają książkę prof. Marii Janion Ta niesamowita Słowiańszczyzna, mają prawo skupić swoją uwagę na oznaczniku charakteryzującym w sposób raczej nieoczekiwany tę bliską naszemu sercu rzeczownikową sprawę. Zachowując w pamięci ów magiczny krąg plemienno-geograficzny, w którym obracamy się od wieków i wedle którego pomaszerujemy w naszą przyszłość, pozwolę sobie wystąpić z tezą, iż niepokojący nieco przymiotnik, o jakim mowa, najtrafniej odnosi się dziś do pewnej cechy nowodynamicznej, z pomocą której trzeba przełamać opłotki tradycyjnej białoruskości; co odkrył w swoim czasie i co uosabia sobą Sokrat Janowicz. Na rozwijającej się wertykalnie spirali historycznej Sokrat Janowicz jest Czarnorusinem. Tym, którzy pytają mnie czasem, wiedzeni zrozumiałą ciekawością, a czemuż to ja najsławniejszego dziś w Polsce Białorusina nazywam Czarnorusinem, odpowiadam pół-żartem, pół-serio, że Czarnorusin to Białorusin o czyrnym podniebieniu. Słowem, to gniewny Białorusin, których na świecie jest niewielu, a u nas w Polsce, jeszcze mniej, za to w kulturze spraw i rzeczy z naszym kryneckim guru na czele.

Od pół wiecza śledzę jego losy, pisywałem o nim, wspierałem jego piśmiennicze czyny, podziwiałem to pełne pasji i zaangażowania oddanie sprawom zachodniej Rusi, której czuje się synem. Jak wiadomo jest wiele Rusi na wschodzie, wśród najbliższych jest Ruś Biała, jest Ruś Czarna, Ruś Dobra, czyli Konwicka, i Ruś Upadła, Sokratowa. Ruś Konwicka odnosi się do Wileńszczyzny, Ruś Sokratowa do Podlasia, na swój sposób polskie, wzbogacające sens i wartość naszej kultury narodowej.

Ale dziś ja nie o tym, lecz o tym ze Sokrat Janowicz swoją pozycje mistrza pióra i wyraziciela białoruskiej myśli narodowej budował na nieustannym zaprzeczaniu uległości i pokory, tak charakterystycznym dla ludu swojej ojczyzny, który nie stał się dotąd narodem. Kontrowersyjność takiej postawy owocowała tym, że pisarz, oddając wszystkie twórcze siły swoim rodakom, co pewien czas usiłował sprowokować ich do patriotycznego czynu swoim gniewnym, niemal obraźliwym stosunkiem do ich biernych, oportunistycznych zachowań. Gorzko im to wypominając, wciąż szukał nowych bodźców do przebudzenia narodowych ambicji, do odrodzenia idei narodowego bytu.

Ale ja dziś nie o tym, lecz o tym, że ostatnio Sokrat Janowicz wydał po białorusku książeczkę zaprzeczającą tej postawie bezlitosnego sędziego wobec swoich współplemieńców, o czym wyżej mowa. Rzecz nazywa się Chatniaje stahoddzie /Domowe stulecie/ i jest literackim, biograficznym dokumentem epoki, konkretnej XX wieku. Jest sagą rodzinną z pogranicza kultur, napisaną nie tylko z głęboką znajomością współczesnej historii, ale i z dolegliwym uczuciem smutku, towarzyszącym dramatowi wsi i ludzi tę wieś stanowiących. Nie ma w tej poruszającej opowieści nic z kąśliwości ani naigrywania się nad bezradnością chłopów /choć mógłby tu sobie łacniej pozwolić, gdyż dotyczyłoby to i jego samego/, jest za to dużo liryzmu i rozpaczy. Zwraca przy tym uwagę jakaś wielka powaga w tej kronice wydarzeń losowych i wplatających się w nie wątków z życia wielopokoleniowej rodziny, nie dającej się zepchnąć ze swej trudnej drogi człowieczeństwa zagrożonego okrucieństwem czasów. Zachowując pewien nieodzowny dystans obiektywizmu, nie unikając pogodnych, wesołych, chwilami wręcz humorystycznych epizodów, ujmuje pisarz swoją literacką narrację w rygor prawdomówności dokumentalnej. Nie pozbawiając się skrzydeł wyobraźni, wykazuje niemal filozoficzną dojrzałość w traktowaniu swojej autobiograficznej rzeczywistości, skomponowanej z imponującej mnogości szczegółów, ale i myśli — jako duchowego przesłania.

Wieś i miasteczko opowieści, leżące nad dzisiejszą granicą z Białorusią /wschodnia Białostocczyzna/, w swej mizerii ma dość typowe dla tamtych ziem pozostałych w Polsce po dawnej Rzeczpospolitej i jej Wielkim Księstwie Litewskim; ich mieszkańcy — ze swoją tożsamością „tutejszych” — także. Bohaterowie opowieści wyróżniają się wśród nich większą świadomością świata i osobistą wrażliwością, także statusem chłopa przechodzącego ku rzemiosłu. Toteż i w sposobie obcowania z kulturą bogatsze tu są poznawcze możliwości, więcej miejsca na refleksję. I pisarz to wykorzystuje. Oczami swoich inteligentnych obserwatorów — zwłaszcza ojca i syna — śledzi los nie tylko własnej rodziny, ale i otoczenia, ale i historię tej pogranicznej ziemi, której perypetie wpisują się w dzieje Europy i świata. Przelewające się fronty wojen, armie polskie, rosyjskie, niemieckie, oddziały powstańcze, partyzanci i bandy, bogowie wschodni i zachodni, języki zrozumiałe i mniej, władze nigdy godne zaufania, tygiel etniczny polsko-białorysko-żydowski, cywilizacja przemocy, mordów i grabieży — totalnej beznadziejności. Doprawdy, za wiele jak na jedno stulecie! Ale przecież bez nadziei nie da się żyć, toteż pojawia się ona falami oczekiwań, marzeń, a nawet czynów twórczych, choćby na miarę Krynek, Białegostoku, białoruskich kresów. Czujnie podnosząc głowę, otrząsając się z nędzy codziennych zabiegów, człowiek odnajdywał siłę w życzliwości bliskich i budował dom i rodzinę. Dla każdego to ogromna sprawa — dom, miejsce trosk materialnych, ale i gniazdo biologiczne, rozrodcze dla życia i myśli o nim — gdy trzeba ogarnąć wreszcie sens trudu i człowieczego w nim bytowania. Pan Bóg kule nosi, ale czy przyniesie choć garnek bulby?

Dom w książce Janowicza to miejsce, w którym człowiek wszystko umie.. Musi umieć bo inaczej do m mu się zawali. O tym miejscu dla człowieka najważniejszym pisali niemal wszyscy mądrzy w literaturze i filozofii. Zmarły niedawno Leszek Kołakowski tak tę rzecz główną ujął: „Na czterech węgłach wspiera się ten dom, w którym patetycznie mówiąc, duch ludzki mieszka. A te cztery są: Rozum, Bóg, Miłość, Śmierć. Sklepieniem zaś domu jest Czas, rzeczywistość najpospolitsza w świecie i najbardziej tajemnicza”.

Nawet najskromniejszy dom jest takim, dopóki mieszkają w nim ludzie. Wielkie duchy wprowadza do środka nawet mały człowiek. Jedynie czas jest tu kategorią bezwzględną. Chłopi Janowicza mają swoją strategię bytu, jakiej nauczyło ich życie w małodużej historii i konwulsjach świata. Ale i oni nie radzą sobie z czasem, który panoszy się wszędobylsko i wszechmocnie. Czas jest ponad wszystkim, ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą. Sto lat miotania się w nim ojców i dzieci owocuje umieraniem w samotności. Dom pustoszeje. Czas zrobił swoje, zmarnował ofiarowany mu rozum człowieka, jego wiarę, miłość, sam przeistaczając się w śmierć. Filozoficznie to jeszcze jakoś brzmi, ale w życiu tchnie rozpaczą i żalem. Ściapan, Janowiczowy bohater (alter ego?), uświadamia sobie, że oddał życie dla dzieci. No, to też jeszcze jakoś ujdzie, w końcu takie jest prawo natury. Ale dzieci nie przejęły ojcowskiego gniazda, w młodości odfrunąwszy w świat, jak to zwykle bywa, nie powróciły w domowe pielesze, by od nowa, w spirali pokoleń, „ziemię czynić sobie poddaną”. Strwoniły ojcowską ofiarę, straciły instynkt tożsamości.

Oto wątek, który rozstrzyga o istocie sprawy. Z faktografii narodowej wyparowuje duch, białoruskość stare się fantomem kryjącym się w odruchach pokoleń w diasporze lub zamglonych, nostalgicznych krajobrazach starych wsi, ciemnych lasów i bagien. Tym razem autor ulega uczuciu fatalizmu, budząc w sobie miłosierną wyrozumiałość wobec poddaństwa procesom przemian cywilizacyjnych. „Straszna być Biełarusam!” — słyszymy westchnienie tego, który chciałby nim pozostać nawet za cenę pewnej dyskredytacji społeczno-politycznej. Nazbyt wiele jednak tzw. obiektywnych sił sprzysięgło się przeciwko temu, bo trzeba pamiętać, że słabość wewnętrzna tożsamości białoruskiej jest pochodną sił zewnętrznych. Stąd to dramatyczne pytanie książki: Biełaruszczyna — heta padła rasiejcam i paliakam?

Sokrat Janowicz wkroczył w nowy wiek z nowym rozmachem. Wbrew swoim gniewnym i lirycznym rozpaczom, gorzkim owocom swojej własnej półwiecznej działalności, przełamując opory bliskie i dalekie, powołał do życia białoruski Trialog, towarzyszący sympozjonowi Annus Albaruthenicus i Villę Sokrates, która oba wydarzenia od lat dziesięciu organizuje. Idea książki (rozwiniętej w czasie drukiem w „Czasopisie”) kończy się porażką, idea czynu — z pomocą kulturze białoruskiej — wciąż trwa z nadzieją na zwycięstwo. Czas biegnie coraz szybciej, najpierw było publicystyczno-historyczne Nasze tysiąc lat (z Jerzym Chmielewskim), potem wspomnieniowo-fabularne Domowe stulecie, a teraz juz mamy dziesięć lat Trialogu. A wszystko zawdzięczając temu niesamowitemu Czarnorusinowi. Doceńcie to, przyjaciele i wrogowie, kali łaska.

Эўгэніуш Кабатц, польскі пісьменьнік, сябар беларускай літаратуры, яе перакладчык.