Strona główna » Villa Sokrates » Annus Albaruthenicus 2010 » Wiersze — вершы
Wiersze — вершы
Dymitr Szatyłowicz

POD NIEBEM LIPCOWYM

Pod niebem lipcowym na nocnym padole

W łaskawe objęcie przyjęło nas pole.

Migały nam gwiazdy pomiędzy chmur ciemnych

I księżyc uśmiechnął się do nas przyjemnie.

Zobaczył, jak tu gotujemy ziemniaki,

Jak błyszczą pod rondlem płomienia zygzaki,

I nas w kartoflisku schowanych, jak mrówki,

By nie mógł wróg znaleźć tu naszej kryjówki.

Zmęczyła nas praca od rana do zmroku,

W gorących promieniach, jak w lawie potoku,

Mnie wewnątrz okopu, a tobie przy krowach,

W tupocie wachmanów, przy ich groźnych słowach.

Nas głód straszny zmęczył i strach, i pragnienie,

I w żwirze dźwięk łopat, wachmanów złe cienie,

Nas one zmusiły przyjść tutaj i siedzieć

By w mocnych objęciach zapomnieć o biedzie.

Jak tylko głód przejdzie, chcę kochać się z tobą,

Pod nocy przykryciem, pod nieba ozdobą…

I raptem samolot przeleciał u góry,

I schował się szybko wysoko za chmury

I stamtąd znienacka błysnęła figlarnie

Wysoko nad nami okrągła latarnia,

Powoli opada, jak kula, i płonie,

Nam wróży, że wojny przybliża się koniec.

STAREMU PRZYJACIELOWI

Nie zapominaj przyjacielu

Spędzonych nocy przy ognisku

Z ziemniaków garnkiem, bez pościeli,

Na piasku w suchym w kartoflisku.

Od bomb błyskały gdzieś zygzaki,

I huk w powietrzu do nas płynął,

Jak gotowaliśmy ziemniaki,

I trąbił wiatr: „Nie zapominaj!”

Nie zapominaj czasów wojny

Spędzonych gdzieś na samym froncie,

W kajdanach nocy niespokojnych,

W okopach, jak prażyło słońce,

To co przeżyłeś w tamtym czasie,

Który dla ciebie dawno minął,

Choć byłeś wtedy młody, w krasie,

Teraz tych lat nie zapominaj.

Nie zapominaj ty, że wojna

Przynosi biedę, zniewolenie,

Wszędzie, gdzie przejdzie ciżba zbrojna,

Zostawia gwałty i zniszczenia.

Wojna to śmierć w czeluściach boju,

Pułapek groźnych pajęczyna…

O wojnie potem w czas pokoju

Ty w życiu swym nie zapominaj.

Nie zapominaj swoich dziadków,

Rodziców i rodzinnej chaty,

Gdzie z nimi w biedzie, w niedostatku

Przeżyłeś, będąc niebogatym.

Choć byłeś bosy w czasie chłodu,

Bogatą teraz masz rodzinę,

To jednak o tych latach młodych

Ty teraz też nie zapominaj.

Nie zapominaj już w dostatku

Ojczystej ze swej chaty mowy,

Którą mówiłeś do swej matki,

Od jej poznałeś pierwsze słowa.

Gdy trafisz potem z niepokojem

Do nieznajomej ci krainy,

To nigdy mowy matki swojej

Tam w życiu swym nie zapominaj.

POMIĘDZY RUINAMI

Gdy przeszedł front, chodziłem często

Pomiędzy martwych pustych domów,

Leżały pod nogami gęsto

Ruiny z betonowych złomów.

Gdy wcześniej śnieg pieluszką białą,

Zasłaniał gruzy i zakątki,

Patrzyłem nawet z góry śmiało

Na martwe dawnych bogactw szczątki.

Zaś wiosną, gdy przygrzało słońce

I zginął śnieg w poranek znojny,

Przebiegał w oczach mi bez końca

Huragan niedalekiej wojny.

Tysiące myśli podświadomych

Wbiegało wtedy mi do głowy,

O moim losie niewiadomym,

Na życia mojej drodze nowej.

Szkielety domów i ruiny

I oczodoły okien mętnych,

W wiszących siatkach pajęczyny,

Patrzyły dziko, jak zwierzęta.

Pewnego razu widzę w gruzach

Bławatki sine, jak koronę,

Dwie żółte niby słońce róże,

A trzecią, jakby krew, czerwoną.

Raptownie wtedy zrozumiałem,

Że znowu wraca tutaj życie,

Że ono rodzi się pomału,

Jak nowo narodzone dziecię.

Natychmiast stałem się spokojny,

I w los swój uwierzyłem wtedy,

Że żądło już straciła wojna,

Że to już koniec mojej biedy.

LABIRYNT

W mojego losu labiryncie

Błądziłem, jak bezdomny, sam,

Nie mogłem znaleźć z niego wyjścia,

Otwartych nie widziałem bram.

Mijałem nieznajomych ludzi,

A czasem przyjaciela śpiew,

Widziałem w tłumie ludzi cudzych

Rozpaczy łzy, a czasem krew.

Jak kret, przebrnąłem sam przez błota,

W niewoli czułem cięgi chłost,

Szukałem gdzieś otwarte wrota,

Przez rzekę biedy jakiś most.

Przeszedłem żywy zawieruchę,

Gdzie spoglądała w oczy śmierć,

Zgoiłem rany, nogą suchą

Znalazłem bramę w blasku świec.

Za nią poczułem już swobodę,

Jak zobaczyłem pole, las,

Odprowadzała mnie pogoda,

Świeciło słońce cały czas.

Do domu wszedłem rodzinnego,

Spotkałem matkę z siostrą w drzwiach,

Niestety ojca rodzonego

Już odwiedzałem tylko w snach.

BIEDA

Nie zaznałem złej biedy w młodzieńcze swe lata,

Lecz widziałem jej kły wśród przyjaciół swych młodych,

Spotykałem u chłopów w włościańskich ich chatach,

U dziesiątek pastuchów obdartych i głodnych.

Jak ich gryzły wszy z pchłami w ich nędznych barłogach,

Jak zmęczeni gdzieś gnali krów stado, cielęta,

Jak nosili ciężary za grosze po drogach,

Jak krew z bosych nóg często im ciekła po piętach.

Ciężar biedy zaznałem dopiero w niewoli,

Na obczyźnie daleko od domów rodzinnych,

Gdzie zapędził mnie wróg wbrew mej chęci i woli

Do nieznanych mnie pól, ludzi złych, niegościnnych.

Wróg tam męczył nas gorzej niż zbrodniarz bandyta,

Do obory zapędził nas siedemset ludzi,

Z zgniłej słomy oblazły nas wszy pasożyty,

Wypijały nam krew przez dziesiątki dni w brudzie.

Nas karmili raz dziennie po ciężkim dniu pracy

Zupą z brukwi i chleba maleńkim kawałkiem,

Do obory pędzili nas potem żołdacy,

Zamykając na sztabę drzwi skoblem i zamkiem.

Jak zwierzęta tam spaliśmy w słomie i smrodzie,

Choć z podwórza wiatr dmuchał w szczeliny obory,

O kanapce, jedzeniu marzyliśmy w głodzie,

A na zewnątrz czuć było wachmana buciory.

Tam nie mieliśmy wody do mycia rąk, twarzy,

Rankiem brudnych nas gnali do pracy wachmani,

Tam ich setki dokoła nas stało na straży

Z nahajkami i w płaszcze myszate ubrani.

Niepotrzebnie kopaliśmy Niemcom okopy,

Nie pomogły im one przed czołgów atakiem.

Pogardliwie tam ich przezywaliśmy szkopy,

Dla nas każdy tam Niemiec był łotrem, łajdakiem.

Bo chodzili przy pracy z nahajką, batogiem,

I nie jeden z nas nosił ich sińce na plecach.

Esesmani straszyli psem groźnym buldogiem,

On poszczuty zębami kilku z nas pokaleczył.

Z przyjaciółmi uciekłem wieczorem od szkopów,

Zostawiliśmy biedę tam swą bez żenady.

I powiodła się nasza ucieczka z okopów.

Od wachmanów po sobie zatarliśmy ślady.

MOJE DZIECIŃSTWO

Przy lampie naftowej w młodości

Uczyłem się z elementarza

O zgodzie w narodzie, jedności,

Jak władza nas szczęściem obdarza.

I wojna nam wszystko zmieniła,

I inną nam jedność przyniosła,

Ze wschodu zjawiła się siła,

I inne przysłała nam wiosła.

I rankiem codziennie do szkoły

Jeździłem pociągiem z ochotą,

I z wioski na dworzec wesoły

Chodziłem z kumplami piechotą.

Tak samo wracałem do chaty,

Przy lampie naftowej siedziałem,

Choć ojciec mój był niebogaty,

Cieszyłem się z tego co miałem.

Nie znaliśmy tam Internetu,

Lecz czułem się zdrowy i młody.

Dawała oświata podnietę…

Młodzieńczych tych lat bardzo szkoda.

CMENTARZ

Dysk słońca wygląda zza sosen wysokich,

Oświetla las krzyży i kwiatów dziś hojnie.

Tu wielu przyjaciół w mogiłach głębokich

Przykrytych płytami spoczywa spokojnie.

Drewniana cerkiewka blaszanym lśni dachem.

Już sto lat kopułą i krzyżem z patosem

Spogląda przez noce i dnie w bok bez strachu,

Jak mknie rój pojazdów i wozów po szosie.

W mogiłach tu leżą mój ojciec i matka,

A obok przy płytach dwa krzyże nieduże.

Na każdym z nich napis, jak mała notatka,

Zmywane powoli przez deszcze i burze.

To matka ten krzyż postawiła dla męża,

Gdy ganiał mnie wróg gdzieś po obcej krainie.

Nie mogłem przypuszczać, że w huku oręża

W pobliżu bram domu mój ojciec zaginie.

Nie mogłem przypuszczać, że spłonie nam wioska,

I w niej ocaleje nasz dom od pożaru,

Że wioskę nam spalą faszyści, ich wojsko,

A które znienacka tam przyjdzie, jak taran.

Dowiedzieć się mogłem, jak byłem u celu,

Gdy wcześniej zwiedziłem Białoruś i Prusy,

Gdy cicho wieczorem w frontowym szynelu

Doszedłem do domu przez śnieżne obrusy.

Z południa cerkiewki na dziadka mogile

Z marmuru, jak posąg, krzyż wzniośle wspomina

Dnie carskie, wojenne przeżyte im chwile.

I czas, który w huku dział obok przeminął.

Jedyny, tak długo, on tu niewzruszony,

Pomiędzy już nowych posągów i krzyży,

Wygląda korzystnie, jak nowo stworzony,

A przeżył sto lat już, jak dzwony ze spiżu.

On widział tysiące świątecznych procesji,

Tysiące chorągwi, kadzideł i księży,

On widział tu skutki niemieckiej agresji,

Ich czołgi na szosie, armaty, żołnierzy.

A obok znów pomnik ze zdjęciem pod sosną,

To szkolny przyjaciel z lat mojej młodości

Już jego mogiła barwinkiem obrosła,

Kolorem niebieskim zaprasza tu gości.

Tak chciałbym raz jeszcze pogadać tu z tobą,

Nie mogę, bo śmierć cię zabrała do siebie…

Słoneczne promienie nad sosną nad grobem

Powoli uciekły za chmurę na niebie.

ORACZ

Dziś jestem oraczem, nie życzę mieć wojny,

Choć kiedyś żołnierzem walczyłem na froncie,

Bo lubię oglądać w dzień piękny spokojny,

Jak kwitnie na polach urodzaj na słońcu.

I pragnę, by wszędzie na świecie był pokój,

By zawsze bez strachu tu mogłem siać zboże,

By wojny nieznośne bożyszcze głęboko

Do Lete wstąpiło, w jej rzekę, w bezdroże.

I żeby zostało tam wiecznie w otchłani,

Zabrawszy ze sobą konflikty, niezgody,

By byli wojenni kaleki nieznani,

By żyły w przyjaźni dokoła narody.

Nie chciałbym już nigdy spoglądać na rany,

Choć sanitariuszem leczyłem w szpitalu,

Nie cierpię wybuchów, jak grzmią huragany,

Jak łuny pożarów, gdzieś widzę w oddali.

I słyszeć już nie chcę bombowych wybuchów,

I chować się nie chcę w piwnicach, okopach,

Bo wolę na łące być konia pastuchem,

I na nim popędzić po drodze galopem.

Chcę wąchać dokoła zapachy traw, kwiatów,

I słuchać na polu i w lesie śpiew ptaków,

Niż słyszeć, jak blisko stękają armaty,

Niż widzieć żołnierzy, jak giną w ataku.

Tu jestem oraczem i wojna mi zbrzydła,

Zaorać chcę pole, tam zboże posieję,

By los był łaskawy, nam Ziemię oskrzydlał,

I na niej spełniła się nasza nadzieja.

KROPLA NA TWARZY

Gdy ona weszła, na jej twarzy

Błysnęła kropla niby diament,

I, jak latarka, w niej się żarzy.

Pod okiem czarnym, jak atrament.

W tej kropli zobaczyłem morze,

I blask sinego oceanu,

Złociste pole, na nim zboże

Wśród dojrzałego gaolianu.

I jasne niebo, szare chmury,

Miganie gwiazdek kolorowych,

I rubinowych czar kontury,

I błyski ogni szmaragdowych.

I wpadał blask jej do źrenicy

I pod jej brwiami on migotał,

Z powieki jej, jak z okiennicy

Sygnały dawał szczerozłote.

Spojrzała potem szybko w lustro,

Z uśmiechem odwróciła skroń,

Błyszcząca kropla niby iskra

Upadła jej na piękną dłoń.

SZKODA

Jak mi przykro, że nigdzie nie mogę pożyczyć

Od młodości mej dawnych beztroskich mych lat,

I dziś znowu ich przeżyć bez zła i goryczy

Tych, którymi obdarzył w tym czasie mnie świat.

Nie groziłoby teraz mnie w nocy zesłanie

Na daleki Kazachstan, do Syberii ciąć las,

I nie stałbym w kolejce za mydłem, ubraniem,

Partyzanckich nie znałbym kryjówek i tras.

Tu nie przeżyłbym teraz dwóch wojen światowych,

Po obczyźnie nie błądziłbym prawie trzech lat,

I nie pełzłbym po śniegu w rynsztunku bojowym,

A z okopów nie mógłbym już strzelać, jak kat.

Od kanonad nie znałbym tu huku i pisku,

Nie leciałyby na mnie, jak grad, setki kul ,

Nie poraniłby mnie tu odłamek z pocisku,

I mnie minąłby szpital i rany, i ból.

Gdybym znowu mógł zostać tu młodym i zdrowym,

Twarz mieć gładką bez zmarszczek, być szybkim, jak trzmiel,

Moje życie by poszło po drodze już nowej,

I bez starych pomyłek znalazło swój cel.

Jednak bałbym się zostać tu dziś bezrobotnym,

Mieć obawę, że z pracy wyrzucą na bruk,

I nie chciałbym być teraz bezdomnym samotnym,

Gdzieś od chłodu przez zimę się chować, jak kruk.

Gdyby mogły przejść lata młodości spokojnie

Do mnie teraz przez życia nieznaną mi sień,

I tu mógłbym je przeżyć bez strachu i wojny,

Ja bym Bogu dziękował i w nocy i w dzień.

Jednak nikt już nie zmieni praw ciężkich przyrody,

Moja młodość nie wróci, jak miły mój gość,

Do starości przywykłem już, jak do pogody,

I jak nawet ból czuję, nie męczy mnie złość.

ПАРЖАВЕЛЫЯ ЧЫГУНКІ ПАДЛЯШША

Нядаўна яшчэ тут свяціліся рэйкі,

Як стужкі сталёвыя бліскалі ў сонцы,

А шпалы між імі цямнелі, як вейкі.

Па іх цягнікі прабягалі бясконца.

Па рэйках вазілі ў вагонах тавары,

І чуліся песні і смех пасажыраў,

Выглядвалі з вокнаў вучнёўскія твары,

Салдацкія часта ў вайсковых мундзірах.

На станцыях рух быў і гоман пры касах,

У дні, як былі недалёка базары,

Расходзіўся пах селядца, піва, мяса

І часта ігралі баяны, гітары.

Цяпер паржавелі сталёвыя рэйкі,

Амаль не відаць іх зусім пад травою,

Між імі бярозы растуць, самасейкі,

Стаяць і смяюцца лістотай жывою.

Самотныя станцыі, быццам страшыдла,

Стаяць адзінокія ў сумнай руіне.

Не відна не толькі людзей, нават быдла,

Яшчэ ў сонцы ззяе на іх павуцінне.

Бо вёскі наўкол іх амаль апусцелі,

Не відна дзяцей, каб ішлі дзесь у школу,

Вясною адны салаўіныя трэлі

Пацешыць нас могуць тут песняй вясёлай.

Калісь збудавалі на тысячагоддзе

Аж тысячу школ, бо дзяцей было многа.

Пустыя яны, бо ў народзе бясплоддзе,

Нішчэюць у вёсках глухіх пры дарогах.

ЯНЫ ПАВЕРЫЛІ

Пасля гадоў згрызоты і маркоты

У палітычных вычварных аковах,

Пасля нішчэння цэркваў і прыгнёту,

Ды школ закрытых з беларускай мовай.

Пaсля злых чутак аб Картуз Бярозе,

І відаў беспрацоўных на дарогах,

Блукаючых зімою на марозе,

Каб выспацца ў саломе на падлогах.

Пасля іх безнадзейнага чакання

На лепшы лёс, пагоду і ўраджаі,

У роспачы паверылі сяляне,

Што ім нясуць з усходу караваі.

Што ім дадуць свабоду і дастатак,

І мову родную ў бясплатных школах,

Што згіне ім шарварак і падатак,

Што будуць жыць шчасліва і вясёла.

І ў нейкіх вёсках ставілі сяляне

Ім прывітальныя пры ўходзе брамы.

Прыйшло аднак, як ноч, расчараванне,

Як ад тавараў апусцелі крамы.

Як паявіліся чаргі ля крамаў,

Як сталі выганяць людзей да працы.

Калі наўкол змянялі панараму,

Калі тварылі агітпункт на пляцы.

Калі ля Буга людзям, як магілы,

Капаць казалі дот ці дол глыбокі,

Калі вывозілі сялян насілу

Дзесь у тайгу ці ў Казахстан далёкі.

РАБЫ САТРАПАЎ

Рабы баяцца часта волю мець,

Таму і хваляць кожнага сатрапа,

Які змушае іх ад страху млець,

Трымаючы бізун у моцных лапах.

Глядзяць пакорна, як ля іх тыран

Суседаў нішчыць, нават вельмі блізкіх,

Як у руках трымаючы наган,

Ён палітычныя праводзіць чысткі.

Не бударажыць іх цэнзуры біч,

Які над імі ён заўжды трымае,

Што нізашто людзей далёка ў дзіч,

Ці ў лагеры, ці ў турмы пасылае.

Тыран мільёны мае верных слуг,

Якія сталі ўсе яго рабамі,

Яны ў няволі жудасны ланцуг

Закоўваюць народ сваймі рукамі.

Рабы тырана хочуць мець рабоў,

Каб здзеквацца над імі без спагады.

Не непакоіць іх чужая кроў,

Калі пяюць сатрапе серэнады.

Калі тыран ім не зламаў хрыбет,

Ім пугай не паспеў яго абцерці,

Яго партрэты будуць, як букет,

Насіць заўжды пасля тырана смерці.

Паставяць нават помнік для яго,

І будуць славіць на сваіх паходах.

Тыран рабам патрэбны, як кагор,

Каб ап’яняў іх з нейкай асалодай.

ВОЎК АСІМІЛЯЦЫІ

Наш воўк асіміляцыі

Хапае нам дзяцей,

Бярэ для адукацыі

Нам часта ад грудзей.

Мы самі з дапамогаю

Яму ў той час ідзём,

Як з вёскі жыць з трывогаю

У горад пападзём.

І побач незнаёмыя

Навокал будуць жыць,

І словы невядомыя

Ад іх пачнём зубрыць.

Дзяцей нам будзе сорамна

Вучыць там родных слоў,

Воўк будзе задаволены

Што мае лёгкі ўлоў.

Бацькі чужою моваю

Гавораць да дзяцей,

А роднаю вясковаю

Саромяцца людзей.

Такіх дзяцей канвеерам

Воўк хутка забярэ,

Зацягне ён іх веерам

Не ў наша кабарэ.

Іх нашымі чужынцамі

Ён зробіць праз гады,

І могуць стаць злачынцамі

Для ўсіх нас назаўжды.

БЕЛАРУСКІ ФЕНІКС

Уцешыў ты сяброў маіх наўкол,

Як з попелу радзіўся нечакана,

І стаў лятаць над намі, як арол,

Хоць бачылі мы кроў тваю на ранах.

Аднак загінуў страшны вораг твой,

Які вякі трымаў цябе ў няволі,

Другі стары заняты быў сабой,

Імкнуўся каб знайсціся зноў на волі.

Загойваліся раны ўсе ў цябе,

І чуць было, што будзеш лётаць вольны,

Мы верылі, што ў цяжкай барацьбе

Да перамогі біцца будзеш здольны.

Паўстаўшы фенікс цешыў наш народ,

Ды ворагаў між іх ты меў не мала,

Яны рабілі сілкі многа год,

Каб ты папаў у іх, як звер на джала.

Папаўся ты аднак у іх пятлю,

Лятаць, як птушка, не даюць свабоды,

Цягнуць цябе ўсёй сілай на зямлю,

Каб ты пачуў няволі ўсе нягоды.

Не хочуць, каб ты ўбачыў сапраўды,

Што аднялі ў людзей свабоду слова,

Змушаюць, каб забыў ты назаўжды,

Што можаш гаварыць на роднай мове.

Я думаю ў цябе ёсць многа сіл

Каб вырвацца з пятлі іх і няволі,

Што вылеціш ты зноў пад небасхіл

Надзею даць на лепшую ўсім долю.

СКАЖЫ ВАРАЖБІТ

Скажы варажбіт, што чакае мяне?

Што ты прачытаў аба мне ў бляску зорак?

Ці доўга яшчэ жыць я буду ў мане,

Якая мяне акружае ў прасторы?

Адкрый прышласць лёсу майго ў гушчары,

Бо ён такі цёмны, што зрок мой прарочы

Нічога не бачыць з бакоў і згары,

Хоць вельмі напружваю ўдзень свае вочы.

Скажы, на старонках тваіх вешчых кніг

Напісана нешта аб будучым лёсе?

Ці ўбачу ў сваім жыцці радасны міг,

Які мне народзіць надзеі калоссе?

Скажы прадказальнік, ці ў цемры вякоў

Прыдзе час такі, што загіне няшчасце?

Што людзі не будуць баяцца даўгоў?

Што людзі не будуць ад голаду красці?

Скажы варажбіт, ці калісь Беларусь

Свабоднаю стане ў Еўропе дзяржавай?

Ці будзе ўладаць ёй народ, не тунгус,

Які не цікавы яе добрай славай?

Скажы прадракальнік, ці мова бацькоў

Займе ў нас пазіцыю мовы дзяржаўнай?

Не будуць цурацца яе родных слоў?

Выкідваць яе з устаноў беспадстаўна?

Скажы, ці ўсе сімвалы нашых падзей

Пагоня і сцяг наш бел-чырвона-белы

Згуртуе да подзвігаў нашых людзей,

І правадыроў дасць нам мудрых і смелых?

ПЕРЛАМУТРАВЫ ДЗЕНЬ

Пасля перамучанай ночы,

Чароўны з-пад неба прамень

Адкрыў праз акно мае вочы,

Мне даў перламутравы дзень.

Глядзеў на мяне, як вясёлка,

Ля сонца бліскаў арэол.

І ясень, і вішня, і ёлка,

Як маціца ззялі наўкол.

А колерам жемчугу сцены

Іскрыліся блізкіх дамоў,

А птушкі, як кветкі марэны

Ляталі над луга трумо.

І луг залаціўся ад кветак,

Ад птахаў, малых матылькоў,

Як рой перламутравых сетак,

Мільгаў на ім з розных бакоў.

І выцягнуў сілаю з хаты

Мяне азараючы дзень,

Ён быццам з брылянтаў крылатых,

Стварыў прамяністы струмень,

Які акружыў мяне ўсюды,

І я, як маёліка, ў ім,

Блішчэў і наўкол бачыў цуды,

Меў дзіўнай энергіі ўздым.

Я, як ювелір, меў пацеху

З вясёлкавых бляскаў наўкол,

З нябеснага гучнага рэху,

Шумеўшага, быццам арол.

РОДНАЕ СЛОВА

Роднае слова, яго ад калыскі

Чуе ад маткі малое дзіця,

Чуе ў журчанні пяшчот мацярынскіх,

Чуе яго з гам яе пачуцця.

З матчыных чуе штодзень калыханак,

З песень, з размоы ад родных бацькоў

Чуе іх ноччу, ўдзень і ўсвітанак,

Вучыцца назвы ад іх родных слоў.

Потым уводзіць яно з мацярынства

У навакольны дзівосны іх свет,

Вучыць выказваць усё ў час дзяцінства

Крыўду і жаль і дзіцячы пратэст.

Роднае слова адкрые ім цуды,

І таямніцы жыцця і падзей,

Бляскі ўсіх казак, легенд ізумруды?

Радасці з многіх фантазій, надзей.

Потым у школе яно ім паможа

Тайны ўсе выкрыць з запісаных кніг,

Нашай зямлі і прыроды прыгожасць.

Сэнс гістарычных падзей і інтрыг.

Словы адкрыюць ім скарбніцы думак

Розных народаў і нашых людзей,

Родную мову палюбяць і з сумам

Будуць на здраднікаў мовы глядзець.

Толькі чуць будуць яны ў роднай мове

Гукі чароўныя і прыгажосць,

Подыхі ветру ў ціхай дуброве,

Песні ўсіх птушак і маладосць.

У АГАРОДЗЕ

Я выйду за хату і бачу за плотам,

Як летам прыгожа цвіце агарод,

Сланечнік у сонцы блішчыць пазалотай,

Вітае з усмешкай салодкай, як мёд.

А колеры кветак тут вясёлкаю ззяюць,

Да нектару клічуць раі вос і пчол.

Між імі тут Ева была б як у раю,

Адам з захапленнем глядзеў бы наўкол.

Цяпер ад цыбулі не льюцца мне слёзы

Яна зелянее, а побач часнок

Глядзіць на гарбуз ці ляжыць ён цвярозы,

Ці побач цыбулі жывы агурок.

Маркоўка без сонца ў зямлі пажаўцела,

І выйшла наверх, як бліскучы янтар,

Трымае націнне зялёнае смела,

Паказвае мне свой чароўны загар.

Лісцё лапуха агуркі цёмным ценем,

Прыкрылі, а побач вялікі бурак

Злуе на яго і чырвоным праменем,

Пужае яго, каб загінуў лайдак.

Капуста прысела ў радках ад знямогі,

Зайздросна абнюхвае радасны кроп,

Глядзіць, як гайдаецца мак даўганогі,

Стук макавак чуе, як конскі галоп.

А бліска расце грубаскурая бручка,

І горкая рэдзька і бульбы радок,

Маліны, суніцы, шыпшына ў калючках.

За імі плот з форткай, за плотам садок.

СОФ’Я ГАЛЬШАНСКАЯ

(каля 1405-1461 гг)

Маладая беларуская князёўна

Стала жонкаю старога караля1.

Як Атэла з ёю чуўся ён няпэўы,

Стаў прыпісваць ён ёй здраду спакваля.

Ён абвінаваціў рыцараў прыдворных,

Што кахаліся ўсе з жонкаю яго.

Арыштаваў іх і мучыў непакорных,

Каб прызналіся да вычварных грахоў.

Не прызнаўся не адзін з тых катаваных,

Што меў з жонкаю яго якісь раман,

Адпусціў тады кароль арыштаваных,

І развеяўся яго кашмарны зман.

Хоць тры жонкі меў Ягайла перад ёю2,

Не дала яму патомка ні адна,

І паверыў ён варожцы пад царквою,

Што нашчадка маладая дасць княжна.

Нарадзіць яму пасля паспела жонка

Пры жыцці сумесным нават трох сыноў3.

А палякі называлі Соф’ю Сонькай,

Да айчыны бачылі яе любоў.

Не магла яна сыноў быць апякункай,

Не дазволілі магнаты і паны,

Не хацелі, каб іх маткі пацалункі

Сталі лекамі сынам ад злой маны.

Сын другі памёр у Соф’і вельмі хутка,

А пад Варнай згінуў першы сын яе,

Верыла яна, што сын жыве і ў смутку

Прачакала на яго жыццё свае.

1 У 1422г. выйшла замуж за польскага караля У. Ягайлу.

2 Першая — Ядвіга, польская каралева, дачка Венгерскага Людвіка, другая — Анна, дачка Вільгельма, трэцяя — удава Елізавета з Піліцы, Граноўская.

3 Першы — Уладыслаў (1424-1444), другі -Казімір (16.05.1426- 02.03.1427), трэці — Казімір (1427-1492).