Uliczna miłość Kseńki

Najpierw na prośbę pani Joanny Troc dla jej teatru napisałam duży monodram o św. Kseni. Opublikowała go Elżbieta Binswanger-Stefańska (osoba niezwykła, ceniąca żywe utwory) na swoim portalu „Sofijon”. Pani Joanna adaptowała monodram dla potrzeb sceny i powstawały krótsze wersje, aż wykreowała się ta, którą na życzenie pani Joanny zapisałam pa prostu. To nie tłumaczenie, lecz wersja. Zamieszczam w tym numerze Cz, aby żyła. Słowa z języka prostego same zaczęły się do mnie garnąć. Naszy słowy hornucca da nas, praǔda? Jany nam jakraz, jak wopratka ad dobraj kraǔczychi. Pa prostu można jednak przekazać treści filozoficzne, teologiczne, wszelkie.

Skrót historii Kseni: pierwsza jurodiwa, pierwsza kobieta w mundurze pułkownika; 18 wiek, Piterburg (pierwotna nazwa); po przedwczesnej śmierci męża, pułkownika Pułku Preobrażeńskiego, młoda piękna wdowa przebiera się w jego galowy mundur i jako jurodiwa włóczy się ulicami miasta, aby pozostawać w kłótni z Bogiem o tę śmierć, o samotność, a to w imię miłości do męża, to jest rozpoczyna uprawianie ulicznej teologii. Poniższy tekst pani Joanna jeszcze bardziej skróciła, aby móc go przekazać samą grą aktorską, czego imponująco dokonała na premierze w Operze Podlaskiej 27 września 2015.

Pan Redaktor Cz upomniał się o język prosty we wstępniaku (Cz 10/15). Pisze, że jest przebogaty, bogaty, że masowe wyzbywanie się go sprawia mu ból. Mnie też. Woła o większy utwór pa prostu. W tym czasie powstawała ta wersja pa prostu. Pani Joanna dodała fragmenty z Genesis, liturgii, piosenek, a także dworzec kolejowy, wszak Ksenia żyje i porusza się, kędy chce (w moim pierwotnym tekście były tylko konne pralotki). No więc w wyniku wspólnej pracy z panią Joanną w oparciu o mój pierwotny monodram z Sofijonu i majej raboty nad wiersijaj pa prostu, jakby na zamówienie pana Redaktora, równolegle do jego wołania o obecność hetaj mowy powstał poniższy ksienin manalog. Zapisałam polską łacinką, zachowując unikatowe „ǔ”.

Szlachta z Księstwa swe liczne białoruskie teksty zapisywała polską łacinką, uznając ją za najodpowiedniejszy alfabet dla języka białoruskiego, a że język prosty to trzon języka białoruskiego, z barwnymi wersjami ludowymi, lokalnymi, a nie tak dawno miał swoje wersje szlachecko-lokalne, to ja kontynuuję tę tradycję – poprzez ten mały sceniczny tekst, który może pozostanie precedensem, albo i nie, skoro sama zaczynam pisać pa prostu całe akapity w esejach. Jeśli mamy tradycję polskiej łacinki, to nie przyjmie się u nas nowa łacinka dla języka prostego. Chcemy, czy nie, geny pamięci kierują nas w stronę tej tradycji. Ksienin manalog pa prostu brzmi elegancko, niemal dworsko, bo taki w istocie jest język prosty, a przecież posługiwałam się „jedynie” słownictwem potocznym z okolic Gródka. Nawet wulgaryzmy nie zmieniają tego statusu. Zachowałam charakterystyczne ikanje w takich słowach, jak „minie”, końcówkę „o” w słowach, typu „daloko”. Używałam nie „czy”, tylko „ci” (forma z Gobiat, zarazem literacka). Zrezygnowałam z modnego dziś „v”, bo kojarzy mi się z „fau”, a nie z „w” (mam wrażenie, że piszę „fojsko”, a nie „wojsko”). Co do rosyjskich oskarżeń, że polska łacinka polszczy język białoruski, że to polska podstępna rebelia, to ja mam to gdzieś. Nasze pa prostu najlepiej leży w polskiej łacince. Bardzo dziękuje pani Joannie za nadanie językowi prostemu scenicznego statusu, i to gdzie! W Operze. Tak się rozpoczął Festiwal ODE (pa prostu: „odzi” oznacza „tu”,  a „ondzi” – „tam”).

Język prosty jest słowotwórczy, synonimiczny, z melodyjnym akcentem ruchomym. Udanie zaanektował słowa niemieckie. Brak w nim eufemizmów, a więc jest precyzyjny. Ma mnóstwo zdrobnień, ale one na ogół są statusem słowa, podstawą do tworzenia poważnych form, na przykład od słowa „zimka” tworzymy „zima”, a nie odwrotnie. Brak gramatycznych reguł? Niezupełnie. To sytuacja cudnej wolności. Piszam, jak umiejam, kab było paniatliwo. Sami redahujam, sami stwarajam pryncypy, chacia jany uże jeść: szlachta pisała, a my ni możam? Jak haworym, tak piszam, majuczy alfawit, ci kirylicu, ci polskuju łacinku, ali kirylicaju pisać trudniej, bo u jaje druhija pryncypy – ni dla prastoj, a dla literaturnaj mowy, a u polskaj łacincy pryncypy amal adnolkawyja dla polskaj i prastoj mowy.

Coś mi przyszło na myśl: czy na Zajazd 2016 uczestnicy mogliby napisać coś pa prostu? Choćby stroniczkę tekstu o swoim życiu? Stworzylibyśmy unikalną książkę z dedykacją dla pana Redaktora. Przecież nasza prastaja mowa żyje, skoro perełkowym bohaterem Zajazdu 2015 stał się kolega szkolny, Wiktor Łukaszewicz, czytający swoje barwne żywe wiersze pa prostu, zapisane polską łacinką. Czytał dużo i chętnie go słuchaliśmy. Toż to nasze życie! – wykrzykiwali goście. Prastaja mowa żywie i u horadzi, skoro na spektakl o Kseni zjawiła się zdumiewająco tłumna miejska publiczność!  I zewsząd rozbrzmiewała prastaja mowa przed i po spektaklu. Po raz pierwszy w życiu w publicznym miejscu w Polsce, w samej Operze i na placu przed nią, i na ulicy, ja czuła prastuju mowu i z mnohimi sama tak hawaryła, ni ahladajuczysa, ci chtoś ni szykujacca na nas za heta napaści. Naszy słowy żywuć u razhaworach, a tut jany ażyli na sceni. Jak dobro.

Teraz monolog Kseni. Dialogi zawierają się w jej monologu. Wersję dopracowałam, żeby można ją było czytać jak utwór literacki. Nadzwyczaj tu pasuje cytat z przejmującej książki Bułata Okudżawy pt. „Uprazdnionnyj tieatr”, a są to słowa Ioanna Kronsztadzkiego, przywołane przez jednego z bohaterów książki: „Okazuj miłość zwyczajnie, po prostu, niepokrętnie i bez zamierzonej chytrości, bez małostkowego wyrachowania, pamiętając, że miłość to sam Pan Bóg – istota najprostsza”. I jeszcze coś: ileż się kobiety naskarżyły, nabuntowały, namarzyły w języku prostym, a nikt tego nie zapisał, ani nie opowiedział, i nie opowiada. Dlatego tak dobrze słucha się go z ust Ksieni. Dlatego jej słowa brzmią tak współcześnie.

Tamara Bołdak-Janowska

Komentarze