To jest też moja historia. Rozmowa z z Anetą Prymaka-Oniszk

Dorota Sulżyk: Kiedy zajęłaś się tematem bieżeństwa? Pamiętasz?
PrymakaAneta Prymaka: Pamiętam i nie pamiętam. Jest to historia, którą w dzieciństwie słuchało się jednym uchem. Pamiętam takie klisze z opowieści mojej babci. A że umarła jak miałam siedem lat, są to bardzo dziecięce wspomnienia. O jakimś Kaukazie, o wyjeździe, o tym, że do Rasieji, że w bieżeństwo. Te historie słyszałam od zawsze. Nie za bardzo wiedziałam wtedy, o co chodzi, ale jako dziecko nie potrzebowałam tego rozumieć. Pamiętam, że dopiero na studiach w jednej z książek natknęłam się na słowo „bieżeństwo” i to był dla mnie szok. Uświadomiłam sobie, że to jest moja historia. Potem kilka razy próbowałam się tym zająć, ale zawsze coś przeszkadzało. Udało mi się wreszcie, gdy na świat zaczęły przychodzić moje dzieci, około trzech lat temu. To była historia, która odchodzi, a ja nie dawałam wewnętrznej zgody na to odejście. Nie chciałam, żeby bieżeństwo pozostało tylko baśnią z czasów dzieci­ństwa, o której następne pokolenie nie będzie już miało pojęcia. Poczułam, że moim przodkom coś się ode mnie należy.

W jaki sposób zdobywałaś informacje? Świadków już praktycznie nie ma. Nawet ci, którzy urodzili się podczas bieżeństwa, mieliby dziś ponad dziewięćdziesiąt lat.
– Zaczęłam czytać wszystkie wspomnienia, które były dostępne, między innymi te wydane przez „Niwę”, co wymagało ode mnie trochę wysiłku, bo nie uczyłam się języka białoruskiego w szkole, nie czytałam wcześniej po białorusku. No, a potem to samo poszło. Bo tak już jest z każdym badaniem, im dalej wchodzisz, tym więcej drzwi się otwiera. Pojechaliśmy w moje rodzinne strony, pod Sokółkę, potem pod Bielsk i Hajnówkę. Szliśmy – mój mąż z wózkiem i dopiero co urodzoną młodszą córkę, ja ze starszą za rękę i zagadywaliśmy ludzi na ławkach, mówiąc oczywiście pa prostu, pa swojemu. Oni na początku deklarowali, że nic o bieżeństwie nie wiedzą, ale coś opowiadali; w końcu rozmawialiśmy całymi godzinami, bo wciąż coś sobie przypominali. Interesującym przeżyciem były też spotkania z młodszymi, takimi w moim wieku i trochę starszymi. Podchodzili podczas tych rozmów, bo akurat przyjechali do rodziców i emocjonalnie reagowali, nawet płakali: „Zajmij się tym bieżeństwem, my tego nie zrobiliśmy”. Okazało się, że to jest taki wyrzut sumienia naszego całego pokolenia, że pozwoliliśmy tej historii odejść wraz z jej świadkami. Założenie strony biezenstwo.pl uruchomiło lawinę zainteresowania i dobrej energii. Zaczęłam dostawać wzruszające maile. Ludzie pisali, że czytając teksty na mojej stronie mają wrażenie, że ich babcia ożyła i wciąż opowiada. Zobaczyłam, że te emocje przekazywane przez naszych dziadków są w nas, to nie jest taka zwykła historia sprzed stu lat. Ludzie często wiedzą mało, ale znają te emocje. I one są silnym napędem dla mnie. Ta strona, ta rocznica, uruchomiła w ludziach lawinę. Podchodzili do mnie podczas oglądania wystawy w Białowieży, mówili, ­że też coś robią w tym temacie.
Jeśli chodzi o zdobywanie informacji, nieoceniony jest oczywiście Internet. Ale poza tym szukałam w bibliotekach: w Warszawie, w Petersburgu. Przejrzałam „Naszą Niwę” oraz polskie i rosyjskie gazety z tego czasu. Jak człowiek się czymś autentycznie zajmuje, rozmawia, pyta, to wiele rzeczy samych przychodzi, ludzie coś podsuwają albo przypadkiem znajduje się na półce w księgarni czy bibliotece. Więc trochę z tego do mnie przyszło samo.
Jest to niesamowity temat. Dotyczył przecież prawie każdej prawosławnej rodziny na Podlasiu. Moi pradziadkowie też byli w bieże­stwie. Prababcia przywiozła sobie męża z bieże­stwa.
– Ja przy okazji lepiej poznałam historię mojej rodziny, zwłaszcza babci Nadzi. Wiedziałam, że pojechała jako młoda dziewczyna, trafiła na Kaukaz, wyszła za mąż za chłopaka ze swojej wsi, urodziła tam swoją pierwszą córkę. Ale to była taka sucha wiedza, nie pomagała mi za bardzo poznać babci, którą straciłam mając siedem lat. Podczas swoich poszukiwań poznałam kilka bardzo ludzkich historii z nią związanych. Na przykład jak wracała, jak chciano zabrać jej dziecko, bo było malutkie i bardzo płakało; kontrolujący pociąg żołnierze uznali, że jest chore i trzeba je zabrać rodzicom i oddać do szpitala. Babcia powiedziała, że nie odda córki, że pójdzie z nią, nie zostawi. Żołnierze odpuścili. Z takich opowieści wyłonił się obraz silnej młodej kobiety, która walczyła o to, co jej w życiu najdroższe. To było dla mnie spotkanie z moją własną babci­.

Wspominałaś, że najbardziej interesują cię historie ludzi.
– Ta perspektywa jest bardzo często pomijana przy opowiadaniu o przeszłości. Mówi się i pisze raczej o historii bitew i wojen, o dziejach władców, o partiach politycznych. Zwykli ludzie gdzieś w tym giną. Zresztą cała pierwsza wojna jest u nas tak trochę zapomniana. Jeszcze bardziej nieobecna jest perspektywa zwykłego człowieka. A już perspektywa kobiety-chłopki zupełnie nie istniej w przestrzeni publicznej.

Po wysłuchaniu twojego referatu wywnioskowałam, że to właśnie kobieta podczas bieżeństwa jest szczególnie dla ciebie ważna.
– Bo kobiety były głównymi bohaterkami bieżeństwa. Wielu mężczyzn znalazło się w armii. Kobiety zostały same w ekstremalnie trudnej i niezwykłej sytuacji życiowej. Walczyły o przetrwanie rodziny, bardzo dzielnie i ofiarnie, wbrew tragediom, które je spotykały. A w późniejszej opowieści o bieżeństwie często się o kobietach zapomina, nie słucha się ich, bo bardziej atrakcyjna niż zwykłe życie niektórym wydaje się historia chłopaka, który w czasie rewolucji trafił na Aurorę i strzelał z niej. Mnie bardziej porywa historia zwykłych ludzi, którą opowiadają kobiety. Chciałabym pozwolić im mówić.

W swoim wystąpieniu mówiłaś o tym, że mężczyzna po śmierci swojej żony zakopał razem z nią nowo narodzone dziecko.
– O takich straszliwych historiach czytałam w kilku źródłach. Nie wiem, czy te opowieści są prawdziwe. Na pewno jednak pokazują tragedię rodzin, także mężczyzn. Oni przecież w większości nie umieli zajmować się małymi dziećmi, w tamtych czasach to nie była ich sprawa, oni zajmowali się czymś innym. Byli bezradni, do tego często w szoku po śmierci żony. Nie czuli się na siłach zająć tymi niemowlakami, gdy wokół nie było nic do jedzenia… Czytanie tych wspomnień odsłania także specyfikę ówczesnych stosunków społecznych.

Na wystawie najważniejszy był punkt widzenia zwykłego człowieka…
– Bo on jest najważniejszy. Czytałam kiedyś pracę magisterską na temat organizacji pomocowych. Z ich perspektywy widać coś innego, wysiłek, by tym bieżeńcom pomóc, który zresztą niewątpliwie był. Ale w tej opowieści ginął zwykły człowiek, bieżeniec. Mam wewnętrzną niezgodę, żeby perspektywa zwyczajnego człowieka zginęła. Bo to nieprawda, że ci nasi dziadkowie byli ciemną, niepiśmienną masą, bez własnej historii. Przez to, że nie umieli czytać i pisać, byli bardziej nieświadomi i bardzo samotni, i ta ich historia jest jeszcze ciekawsza.

W jaki sposób pozyskiwałyście z Ewą Moroz-Keczyńską zdjęcia na wystawę?
– Z bardzo wielu źródeł. Z moich i Ewy poszukiwań, z internetowych źródeł, trochę od Darka Fionika, część od profesora Andrzeja Nieuważnego z Torunia, który zajmował się I wojną światową (zmarł 5 czerwca tego roku – red.). Nam chodziło o to, aby zdjęcia były mocne i żeby opowiadały historię bieżeństwa. Dużo jest zdjęć z czasu, kiedy bieżeńcy jechali, zrobionych w drodze. Robili je żołnierze frontowi, reporterzy. To było wielkie wydarzenie, pisano o tym w prasie; propaganda oczywiście robiła swoje, żeby je odpowiednio przedstawiać. Trudno jest znaleźć zdjęcia z pobytu, z rewolucji, powrotu. Na początku to była katastrofa humanitarna, która odbiła się mocnym echem w imperium, jak ci ludzie zaczęli tam dojeżdżać. To była też sprawa wagi państwowej, wydawano gazetki, pisano nawet opowiadania, żeby oswoić zjawisko bieżeństwa.

Czy widziałaś dużo oryginalnych zdjęć?
– Trochę widziałam, ale nie jest ich dużo. Rodziny, z którymi rozmawiałam, mają zazwyczaj jeden typ zdjęć. Portretowe pamiątkowe zrobione u fotografa w miejscu pobytu. Zdjęć reporterskich nie mają.

Czy potrafisz odciąć się emocjonalnie od tych strasznych historii związanych z bieżeństwem, wracając do domu, do córek? Czy żyjesz tym ciągle? Pamiętam, że jak pisałam reportaż o gródeckim żydowskim lekarzu, bardzo przeżywałam ten temat.
– Owszem, to jest obciążający temat. Jak zaczęłam zajmować się bieżeństwem, często zdarzało mi się płakać podczas czytania historii ludzi; zresztą jak wybierałam historie do opowiedzenia podczas wykładu, też ciężko mi było powstrzymać łzy. Ale rodzina, zwłaszcza małe dzieci, dają siłę i taką odskocznię, by nie zgubić w tym wszystkim równowagi…

Traktujesz to jak swoją pracę zawodową?
– Jeśli chodzi o poświęcany czas – tak, to zajmuje nawet więcej niż zwykły etat. To też wymaga zaangażowania. Gorzej jest z utrzymywaniem się z tego.

Czy w tej całej tragedii bieżeństwa można znaleźć jakieś pozytywne strony?
– Tak jak wspominałam, oprócz tragedii to była nauka przetrwania, trzeba było w sobie znaleźć siłę i wiele się nauczyć. Ci ludzie wrócili zupełnie inni. Z jednej strony trauma, tragedia, a z drugiej – oni wrócili silniejsi, zaradniejsi. Cała rzeczywistość 20-lecia międzywojennego była dla nich trudna, byli biedni, po powrocie musieli się odbudowywać. Wydaje mi się, że już nie byli tacy bezradni, choć wciąż samotni. Pewien znajomy „z zewnątrz”, zbierający pieśni ludowe tu u nas na Podlasiu, zwrócił uwagę, że ci prości ludzie parli na kształcenie swoich dzieci, dla nich to była ogromna wartość. Jakby chcieli wyposażyć swoje dzieci w coś, czego nie będą mogły stracić jak każdą inną rzecz materialną. Myślę, że także bieżeństwo musiało im dawać siłę, pewien rodzaj ambicji, mądrość. Dlatego wolę myśleć o bieżeńcach nie tylko jako o ofiarach, ale przede wszystkim jako o ludziach, którzy przetrwali. Poradziły sobie te proste kobiety, które wcześniej nigdzie nie wyjeżdżały. Przypominam sobie wiele historii dzieci, np. dziewczyny z Orli, która wróciła ze swoją malutką siostrą, jakoś udało im się przetrwać w wielkim świecie.

A ten biały chleb, którym tak zachwycała się rodzina w spektaklu Joanny Troc „Bieżeńcy”?
– Ta rodzina ze spektaklu dotarła gdzieś nad Don; trafiła na dostatek i dobre przyj­cie. I tej rodzinie udało się wrócić w całości, ale były też i takie, w których wszyscy poumierali. Irena Matus w swojej monografii o wsi Dawidowicze podaje, ile rodzin wyjechało, ile wróciło, pełnych, niepełnych, a ile w ogóle nie wróciło. I tych, co zupełnie nie wróciły, bo wszyscy umarli, nie było mało. To zależało od szczęścia, zaradności, od tego, czy mieli małe dzieci, bo te najszybciej umierały. Przekaz dotyczący pierwszych lat bieżeństwa jest dość pozytywny. Po traumie podróży, w której oni byli głodni, brudni, biedni, samotni, to tam, gdzie dotarli, rzeczywiście mogli wziąć głęboki oddech. Po tym szaleństwie podróży trafili do świata, który był ułożony, dostatni i normalny, dla nich też zaczął być przewidywalny. Dzieci poszły do szkół, oni pracowali, dostawali jedzenie, jakieś zapomogi. Ziemia była żyzna, było bogato.

Wszystko zmieniła rewolucja…
– Tak, rewolucja wszystko zmieniła. Z dzieciństwa zapamiętałam taki przekaz – z jednej strony Kaukaz, arbuzy, a z drugiej – zboże wysypywane do rzeki. Fajnie to pokazała w spektaklu Joasia. Ci, którzy zostali do 1922 roku, zdążyli przeżyć głód. Znowu zaczęły się choroby. Bieżeńcy doświadczali losu tamtejszych ludzi. Na przykład strasznego głodu na Powołżu, gdzie były przypadki ludożerstwa.
Nasi bieżeńcy znaleźli się w różnych miejscach Imperium Rosyjskiego. Zawsze mnie interesowało, na jakiej zasadzie wybierano lokalizacje. Czy wioski na przykład trafiały w to samo miejsce?
– Różnie było. Wioski często się gubiły, ludzie się dzielili i jechali w różne strony. Ale jeśli udawało im się nie pogubić, to tak, mogli trafić w to samo miejsce. Trzeba było mieć dużo szczęścia, bo wokół panował straszliwy bałagan. Łatwo się było zgubić, nie dostać do tego samego pociągu. Ale bywało też, że w trakcie jazdy dzielono pociąg i rozdzielano w ten sposób rodziny. To był przypadek, gdzie trafiali. Chyba, że ktoś miał rodzinę w Rosji i był uparty, mógł do niej dojechać. Jeżeli we wsi był jakiś naturalny przywódca, którego inni słuchali, ktoś sprytniejszy, mieli większe szanse.

Moi pradziadkowie byli na Ukrainie, babcia męża w Omsku. To bardzo duża odległość na mapie.
– I mogli jechać z tej samej stacji w Baranowiczach, Słonimiu czy Rohaczowie. Nawet ludzie spod Chełma trafiali na te stacje.

Jak przyjęto bieżeńców w Imperium Rosyjskim?
– U nas panuje bardzo silny mit o dobrym przyjęciu i on jest prawdziwy, choć, jak to mit, upraszcza rzeczywistość. To nie było takie cukierkowe, że my przyjeżdżamy i wspaniały rosyjski naród czeka na nas z otwartymi ramionami. Czeka, jak każdy inny naród na jego miejscu by czekał, trochę z przerażeniem. Bo postawmy się w sytuacji tamtych ludzi. Przyjeżdżają miliony obcych, brudnych, chorych ludzi, nie bardzo wiadomo, po co. Czy nie zarażą nas swoimi chorobami? W dodatku oni zamierzają żyć na naszej ziemi, żywić się naszym jedzeniem. Władze bardzo się bały tego spotkania. Jak oni przyjeżdżali, to było wydarzenie. A potem zaczęło się normalne życie. A jak przyszła rewolucja, to zupełnie stało się nieważne. Bieżeńcy musieli sobie sami radzić. I wtedy dano im do zrozumienia, że są obcy. Jeśli po rewolucji dzielono ziemię po jakimś majątku, to bieżeńców wykluczano z tego podziału. Oni byli obcy, miejscowi chłopi, którzy wcześniej przyjmowali ich bardzo życzliwie, nie uwzględniali ich w tych podziałach. Zaczął się głód, wojna, koszmar, bieżeńcy postanowili wracać. Część została, bo niektórzy pozawierali małżeństwa. W czasie rewolucji tamtejsze dziewczyny chętnie wychodziły za mąż za tutejszych facetów, bo chciały stamtąd uciec.

Kiedy ukaże się twoja książka o bieżeństwie?
– Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku. Choć wszystkie związane z bieżeństwem sprawy – strona internetowa biezenstwo.pl, wystawa „Niezwykła historia zwykłych ludzi”, konkurs „Jestem, bo wrócili” – trochę mnie od tego pisania odciągają. Ale z drugiej strony – to wszystko sprawia, że wciąż dostaję nowe materiały, z rozmów z ludźmi, które wciąż prowadzę, też wynikają nowe i niezwykle ciekawe rzeczy, dzięki czemu mogę więcej zrozumieć i spojrzeć na bieżeństwo z wielu płaszczyzn. Poza tym pisanie wymaga czasu. Proszę więc trzymać kciuki, by jak najszybciej udało mi się je skończyć.
Trzymamy mocno kciuki.

Rozmawiała: Dorota Sulżyk ■

Komentarze

  1. The next time I read a blog, I hope that it doesnt disappoint me as much as this one. I mean, I know it was my choice to read, but I actually thought youd have something interesting to say. All I hear is a bunch of whining about something that you could fix if you werent too busy looking for attention.

  2. cDjuyZ Simply wanna remark that you have a very nice website , I love the layout it actually stands out.