Tamara Bołdak-Janowska. Na praszczki. (3)

felietonisci-05Karpowicza jednak też dosięgła nasza tęsknota za autentykiem. Sięga po słowa z języka prostego i po babę, jakby „naszą”. Alter ego przedstawia jednak ironicznie, jako kogoś, kto może niepotrzebnie wyrzekł się kacapstwa w imię kariery. Ano właśnie. Za to wielkie brawa, panie Ignacy. To w końcu pana dopadło – nasz dramat w bolesnym procesie asymilacji. Brawa za pana ból. Krytycy napisali o panu sto jednakowych, zamówionych, opiewawczych recenzji, ale tego bólu nie zauważyli. I oczywiście białoruskość według nich już była, jako „tutejszość”, niedocywilizowana. Tak? Wszystko zależało od dziadków, czy jako „tutejsi” zasymilowali się bez bólu, czy inaczej – byli Białorusinami i asymilowali się z bólem, z dramatem. Wnukowie są tacy jak dziadkowie. W asymilacji z bólem i bez bólu. Dla mnie nasz ból jest żywy, nasz język jest żywy, nasza mentalność jest żywa. My żywiem. I my ni nikoli ni byli tutejszyja, a zaǔsza biełaruskija. Cóż. Wygodniej poprzestać na „tutejszości” i w końcu dojść do „czystej polskości”. Rzecz jednak w tym, że jesteśmy zawsze bi, o czym już pisałam, bikulturowi, bijęzykowi. Jesteśmy bi i więcej. To nie jest „tutejszość”, czyli tubylczość, to jest światowość. Neofici przestają być bi. Widzą mniej. Stwierdzam, że Karpowicz widzi według naszego widzenia, światowo, ale z pewnym „ale”.

W stu opiewawczych recenzjach „Sońki” wmuszano we mnie, że mam się wzruszać. Nie lubię takiego chóru, że pięć osób śpiewa, a sto porusza ustami. Nie wzruszyła mnie ta baba. Widziały gały co brały, a brały esesmana. Niech nie krzyczy, że tęskni do wojny, bo tam było fajnie od strony miłości z esesmanem. Autor wymyślił to sobie, to całe kochanie się jeszcze nie w dżinsach, żeby było że aż. Jego prawo. Tylko że za dużo włożył tej „nowoczesności”. Dziewczyna gwałcona przez ojca potem podziwia jasne rasowe niemieckie pośladki esesmana, co na niej nierytmicznie pobłyskują, niemal w takt „Deutschland, Deutschland, über alles” i ani śladu w niej urazu po ojcowskich tam i nazad. Jeszcze i szeptuchą jest. W życiu nie spotkałam takiej Białorusinki, co by chciała wojny ze względu na jasne rasowe niemieckie esesmańskie pośladki, a potem została szeptuchą. Naszych ojców kazirodców i pedofili opisywał co prawda Sokrat. No niech będzie, że Karpowicz wie, co robi, a robi siebie – lepi babę z siebie. Jednak baby, lepione z facetów, nie opowiadają życia, jak ta Sońka. Opowiadają dramatyczniej, nie popadają w tony sentymentalnej poezyjki i nie opisują męskich pośladków w czasie stosunku seksualnego, ani w pięć minut po, ani po sześdziesięciu latach, bo ich nie widzą, i przed laty nie widziały, czy były pod nimi czy nad. Autor widzi te esesmańskie pośladki z boku, jako obserwator, i tutaj jest to widzenie boczne męskie. A tak w ogóle kobiety na starość nie rozpamiętują młodości, a już na pewno nie rozpamiętują wyglądu męskich pośladków z przedpotopowych czasów. Jakbyście z kobietami rozmawiali, to byście to wiedzieli. Tak byście chcieli, żebyśmy rozpamiętywały wasze pośladki, ale tak nie jest. Ta sama historia w ustach kobiety byłaby autentykiem, dramatem. Mużyki biez żonkaǔ baby sabie wydumywajuć. To się powtarza. Mużyki żonkaǔ trymauć za ścianoju i ni razmaulajuć z jimi, ni baczać ich życia, ni choczuć, ta sabie baby wydumywajuć. Sońka heta wydumanaja baba. Prastaja mowa, na jakoj ja tut hawaru, zrazumiełaja dla milionaǔ palakaǔ neafitaǔ. Ni prytwarajciasa, szto nie razumiejacia. Ni piszycia u recenzjach, szto heta uże daǔwno było o ciapier hetaho nima – tutejszaści vel biełaruskaści.

Jednak „Sońki” nie mogę przyjąć z innego powodu, niż to, że jest wymyślona i jest trochę jak wymyślony facet. Ten inny powód to pisanie mainstreamową manierą: a wy, durni czytelnicy, chcecie czegoś niesamowitego, to ja wam to dam, macie, żryjcie, a ja was nie szanuję, a ja wami pogardzam.

W utworze brakuje wojny jako dramatu najstraszniejszego z dramatów, przynajmniej dla kobiety. Wyeksponowany jest nazistowski mord na Żydach jako jedyna zbrodnia. Staje mi w oczach moja biedna matka, która przeżyła pacyfikację wioski Zubki. Pisałam już, że to ona ocaliła górną część wioski od rozstrzelania.

Ściślej mówiąc: babę Sońkę wymyśliło dwóch facetów. Dorzucił się wujek ze swoją historyjką o babie, co się kochała z Niemcem, o czym mówił Karpowicz w wywiadzie. Czyli: baba ta powstała z plotki dwóch facetów. Nijakoj baby pry hetym ni było. „Ja nałhała” – mówi w pewnym momencie Sońka. Aha. Czyli po drodze podwójnie męska plotka zmieniła Niemca w esesmana. Nałhali wy, spadar Ihnat. Ja heta dobro znaju. Ale znowu jest „ale”, które to „ale” kieruję do siebie. Przecież „Sońka” to kontynuacja pisarskiej pracy Sokrata, który też trochę rechotał nad babami, co dają się ujeżdżać każdemu i ani razu w historii nie zrobiły babskiego powstania. W każdym razie przypominam, że Joyce lepił babę ze „swojej” baby, a nie z siebie, dlatego Nora to Nora, baba pełna.
Mojej córce „Sońka” podoba się i to bardzo. Mówi: bo ty to takie pokolenie, że czujesz uraz do Niemców, a masz męża pół-Niemca. Ja na to, że nie. Uraz to ja mam do esesmana i do maniery postmoderny. Moja starsza córka należy do pokolenia, które zawsze i wszędzie przeciwstawia się matce. Ja nie należę do żadnego pokolenia. Pokolenie to ucisk, totalitaryzm stylu i poglądu. Nie reprezentuję pokolenia w pisarstwie. Nie wszystko, co napisałam, jest wielkie. Jeśli krytycy przypisują jakiegoś autora do jego pokolenia, ja uważam to za amputację z reszty świata. Jestem kobietą, a nie pokoleniem. To ogromna różnica. Jestem niejadalna? Źle?

Chór piewców umieszcza Karpowicza w jego pokoleniu, moim zdaniem ze szkodą dla autora. On pisze nie dla mnie, ale doceniam fakt, że moja córka lubi jego pisanie. To już przekracza lubienie pokoleniowe. Doceniam fakt, że w utworze jest „tutejszość” vel białoruskość.

Ale zobaczmy inną stronę tego, „że aż”, tej „zdrady” Sońki z esesmanem. Zważywszy niechlubną białoruską współpracę z Hitlerem, to może wcale nie jest to „takie, że aż”, to całe łóżko czy krzaki Sońki z esesmanem? Może to wcale nie był odosobniony przypadek romansowania naszych bab z esesmanami? Coś mi się obiło o uszy, że romanse takie były, ale nie z esesmanami, z Niemcami z Wehrmachtu. Wtedy uwidocznienie mordu na Żydach jako szczególnego ciężaru, ale z Sońki robi się baba durna na całe życie. To baba sztuczna dla potrzeb rynkowych. Nie ma ludzi tak nieruchomych. Osoba to zmiana. Dziś dotyczy to szczególnie kobiet, a szczególnie tych już starych. Młode dupieją w dżinsach, zanim zechcą zmiany. Stara kobieta nie czuje związku z dziewczyną, którą była. Nasze charakterystyczne doznanie: tamta dziewczyna jest mi obca. Głupio postępowała. Nie znała życia.

Nie wierzę w esesmana płaczącego w ramionach tutejszej vel białoruskiej baby. Źle?

A dyżurnemu spadarowi S. wetknęłabym książkę Sokrata „Białoruś, Białoruś”, ani nie grafomańską, ani nie sielską?

Ale i tak by jej nie przeczytał.

Komentarze

  1. hey there and thank you for your info – I have certainly picked up anything new from right here. I did however expertise several technical points using this website, since I experienced to reload the website lots of times previous to I could get it to load correctly. I had been wondering if your hosting is OK? Not that I’m complaining, but sluggish loading instances times will sometimes affect your placement in google and could damage your high-quality score if advertising and marketing with Adwords. Anyway I’m adding this RSS to my e-mail and can look out for much more of your respective intriguing content. Make sure you update this again soon..