Tamara Bołdak-Janowska. Manifest feministyczny (nie tylko na Dzień Kobiet)

felietonisci-05Śnił mi się manifest feministyczny – mówię do Tola i powtarzam jego treść: Jajko ma kobieta, a nie mężczyzna. A tak to facet ma to i to. Wszystko zagarnął. Do tego jajko sobie podwoił. Mówię, że to był białoruski manifest w języku prostym. Jajco majo.

Tolo śmieje się, bo wie, że tak sobie żartuję, choć niezupełnie, i mówi: Bo kobieta ma jajeczko, a nie jajo czy jajco, a do tego całkowicie niewidoczne.

Jestem jednak pod wrażeniem „dokumentu” ze snu i upieram się, że jajo/jajco należy do kobiety, widoczne czy nie. I nie żadne jajeczko, tylko jajo. Cała uwaga została scedowana na mężczyznę. I to on ma męstwo i żeństwo. Nie tak jest? Śmiesznie zaczęłam szkic? Tak. Przecież mamy poczucie humoru.

Niewidoczność żeńskiego jaja powodowała przez wieki, że kobietę brano za puste naczynie, w które mężczyzna „wlewał życie”. Dopiero w 19. wieku kobieta stała się jak kura – z jajem widocznym w mikroskopie i innych przyrządach, które bardzo się rozwinęły. Niektórzy ludzie tak się nie rozwinęli i wciąż mają kobietę za puste naczynie, czyli niektórzy ludzie nie stali się nawet mikroskopem i trzymają się starych bajeczek.

Powstaje inne pytanie: czy kobiety, opisywane, oplotkowywane w literaturze przez mężczyznę, rzeczywiście istnieją? Czy kobiety są tak interesujące, jak je widzi mężczyzna? Czy interesującą kobietę stworzył mężczyzna tylko w literaturze, filmie? Czy w rzeczywistości każda kobieta jest taka sama, przyziemna, nudna z tym swoim wiecznym kłopotaniem się o podstawowe sprawy egzystencji? Nie tak. Sara Wagenknecht to ktoś bardzo, bardzo interesujący. Piękna myśląca lewicówa, której faceci nie dali stanąć na czele partii.

Czy jest tak, że mężczyzna zaczął portretować kobietę karykaturalnie, czyniąc z niej istotę przyziemną i nudną, mało przejmując się, że to obraz fałszywy?

Nie tak. My, kobiety, mamy poczucie humoru tylko wtedy, kiedy zaspokojone są podstawowe potrzeby ludzkie – dach nad głową, jedzenie, ciepło. Jakże mało chcemy! I to nam odbierają we współczesnym świecie. Żyjemy blisko dziecka i uważamy, że dziecko to nie towar, że dach nad głową to nie towar. Tymczasem nad nami znowu lata jakiś Hitler, jakiś wódz, i pierdzi, jak to ujął jeden z pisarzy niemieckich. Pierdzi na przykład o tym, że dziecko to też towar.

Żartobliwy manifest feministyczny i białoruski brzmiałby: Ty ni pjesz i ja ni pju, abo pjem aboja. Ali ni tak, kab padać i ni sztodzień. Pjem sionnia, bo świato. A jak napjeszsa, ta ni malisa da miskaǔ biez najmieńszaho sensu. Nawat miski paǔciakajuć ad twajej bałbatni.

Obejrzałam przejmujący film o RAF. Kobiety zostawały terrorystkami, aby zmusić do zmiany niemieckie państwo policyjne, ten RFN, który demoludom jawił się jako demokratyczny raj. Wtedy obywatele RFN dzielili rzeczywistość na „my i oni”, zupełnie jak u nas w PRL, ale i obecnie. Ja tak dzielę. Ja i oni. Oni to rządy, które nie przestrzegają prawa, jak to ujął Küng, wołając o wychowanie do responsibility (odpowiedzialności), o bycie takim – odpowiedzialnym. Wołanie to utonęło gdzieś. Ja je zanotowałam w „Szkicach dla zielonego wróbla”. Tyle. Nie, to nie wszystko. W jednym z esejów, chyba też w tym dla zielonego wróbla, zanotowałam słowa niemieckiego autora o lataniu nad nami jakiegoś wodza – lata i ględzi. O „demokracji zachodniej”, tej wymarzonej, najlepiej wypowiedział się nasz przyjaciel z Niemiec: „Zobaczysz, jak to wygląda. Ścisną cię tak, że się nie poruszysz. Będziesz czuć pętlę na szyi, brak tchu, oddechu i wolności. Wolnej prasy nie będzie, a jeśli, to niszowa i będzie miała trudności. Zobaczysz, jak każdy drobiazg z osobistego życia będzie poddany inwigilacji i spętaniu, a o myśleniu zapomnij. Zapomnij, że jest coś takiego jak wolnomyślicielstwo”.

Nie mogę znaleźć w Internecie fotografii z przeszłości, z Gobiat czy innych wiosek. Pamiętam dworki w Gobiatach i Bobrownikach. Już ich dawno nie ma. Chciałabym jeszcze raz na nie zerknąć, ale nikt takich fotografii nie wstawia. W obu dworkach były szkoły. Ocalał jedynie dworek w Wierobiach, gdzie kiedyś była moja szkoła.

Czy aż tak porzuciliśmy nasze wioski, że już nas nic nie obchodzą? Już nawet nie przeglądamy starych fotografii, nie wstawiamy do Internetu? To porzucenie ostateczne i likwidacja pamięci? Kalectwo. Pozbycie się życiorysu raz na zawsze. Jesteśmy liśćmi, czy jak? Nie możemy żyć bez pamięci. O pamięć wołał Pruski, olsztyński plastyk, utalentowany autsajder. Aut­sajderzy są usuwani na margines, bo wiedzą więcej i mają talenty osobne. Bez nich mamy dyktat centrali, nudę samozwańczego salonu, nastawionego na gust „masy”.

Żadna mniejszość nie stanowi masy, toteż mniejszość zawsze i wszędzie żyje w warunkach nadmiernej widoczności, kiedy aż za dobrze widać tych dobrych i tych złych, a w kulturze tych utalentowanych i tych średnich, ale utalentowanych tu się wypycha z uwagi, bo „nie nasi”.

No tak, mówię o konieczności pamiętania, ale sama przestałam oglądać albumy z fotografiami. Jednak gdybym miała te dworki, wstawiłabym je na blog. Nie przeglądam albumów z fotografiami, bo są zbyt osobiste. Córka na nich żyje, śmieje się, biega. Matka uśmiecha się. Ojciec układa tory, które zlikwidowała postkomuna. A ja jestem taka młoda! Obchodzą mnie sprawy, które pozwalają żyć lub nie. Ze spraw osobistych wychodzę. I nie zawsze mogę.

W dworku w Gobiatach przez jakiś czas była wiejska świetlica. Wyświetlano w niej filmy i pokazywano małe formy teatralne. Miałam wtedy może pięć lat. Słabo pamiętam ten dworek. Pamiętam teatrzyki i filmy. Ludzie uczyli się wtedy odbioru filmu, który najpierw zdawał się im fragmentaryczny – nie mogli powiązać poszczególnych fragmentów i ciągle ktoś kogoś pytał, o co chodzi.

No więc nie mam możliwości obejrzenia tego byłego dworku w Internecie. Raz zrobiono mi jedno zdjęcie pomiędzy dwiema białymi kolumnami. Miałam wtedy kędzierzawe włosy. Były tak bardzo skręcone, że nie można było ich dobrze uczesać. Kuczarawyje – mówiliśmy o takich włosach,. Mąż jest kuczarawy do dziś.

Patrzę z odrazą na tych, co skorzy są do wojny i wywołują ją, lubią łupy wojenne i przemoc. Zabijają dzieci, którym dałyśmy życie my, kobiety. Wystarczy odwrócić proporcje, aby żyło się lepiej i aby się żyło – to my, kobiety, dajemy życie. To życie odbiera jakiś gówniarz.

Nie znoszę destrukcyjnych gówniarzy, zwłaszcza zebranych w stado. W 21. wieku obie płcie stają się takie gówniarskie i zebrane w stado, to jest żeńskiej w tym nie ma, jest jedna dominująca płeć. Jana takaja samaja, jak najstraszniejszy jon. I tak mówię nie dość jaskrawo o tych sprawach. Dubravka Ugresić – ta dopiero siecze słowami! Natknęłam się na jej esej o mizoginii, według niej obecnej wszędzie – w domu, na ulicy, w kulturze, w gazetach, w telewizji, w polityce, w recenzjach, w nagrodach, w jury. Nazywa to wprost – faszyzmem, „pismem męskim”. Mizoginia to faszyzm. Świat jest pisany tym „pismem męskim”, znienawidzonym przez rozumnych mężczyzn, wyzywanych od zdrajców płci męskiej, od mięczaków, zniewieściałych i zbędnych. O, nie, ci akurat nie są zbędni. Mało się liczą w obowiązującym destrukcyjnym „piśmie męskim”. Nie możemy tego zmienić. Kobiety nie mogą. Mogłyby. Tak? Dubravka zwraca uwagę, że mężczyźni mówią „my”, a kobiety – „ja”. I to się nie zmienia. Dodam: to mężczyźni przemocy mówią „my”. I są tym tłumem, masą nie do pokonania ani przez kobiety, ani przez tych innych mężczyzn.

Kiedy piszę powyższe słowa, wpada Tolo i przynosi mi cytat z Bierdiajewa – chcesz? Chcę. Oto on: „Faszyzm eto diktatura mołodioży”.

Pytam: czy aż tak załapujemy się myślami, że przynosisz mi odpowiedni męski cytat, w odpowiednim momencie, bo pisałam o destrukcyjnych gówniarzach? Jaka to „mołodioż”, to gówniarze. Gówniarze robią rewolucje, wojny, delektując się możliwością zabijania. Akty terrorystyczne to też dzieło gówniarzy.

Haǔniak. Haǔniaki. Te nasze słowa nie miały znaczenia pejoratywnego. Mieliśmy tu inne słowa, używane przez Sokrata: zasrancy. Zasraniac. Wojny robiać nam zasrancy. Hetych zasrancaǔ ja baczu i baczu u telewizary. Jany skażuć – „my”. Nikoli nichto  z ich ni skaża: „ja”. Kab skazać „ja”, piersz trebo padumać. I adwahi trebo. Na „my” ni trebo nijakoj adwahi. Tysiacza łup paǔtaraje: zabiwaj! I heta paǔtoryć sto tysiacz, i bolsz. Jakie to łatwe. Jakija „my” mocnyja.

Tolo: A ten o Bogu zapisałaś? Jak to brzmiało: Bóg już nie jest przedmiotem wiary… A dalej jak to brzmi? Szukaj, czy zapisałaś.

Szukam w stosach kartek. Mam nareszcie: Bóg nie jest już przedmiotem wiary. Jest tym, co robisz. Jest tym, co kochasz i czego nienawidzisz. Ty to robisz, ty to czytasz, ty to czujesz. I nie jesteś Bogiem. Nie czujesz się jak Bóg. W twoim języku żyje Bóg.

Tolo: Początkowo myślałem, że wracasz do stwierdzenia: dziś Bóg jest postulatem myślenia.

Ja: To myśliciel Mynarek zaproponował takie cywilizowane rozumienie Boga na nowy wiek. A ja śniłam podobny, ale zarazem inny tekst.

Nigdy nie naruszam granicy, kiedy mówię o feminizmie, za którą to granicą zaczyna się fundamentalizm, w stylu: facet nie jest mi potrzebny w ogóle, bo on to pedofil, damski bokser, sadysta, pijak i bandyta – jak to wyliczyła na kanale Biełsat białoruska feministka. Aż tak źle i z samym feminizmem, i z mężczyznami?

Znowu powiem coś niemiłego: nie podoba mi się sposób, w jaki Słobodzianek przedstawia kobietę w „Naszej klasie”. Może to reżyser Ondrej Spišák tak się wygłupił? Tak spytałam, nie znając tekstu. Rozumni recenzenci jednak pisali, że sam tekst jest kiepski, bo oparty na samych stereotypach. Tekstu czytać już nie chcę, skoro wypadł na scenie, jak wypadł, kiepsko, i skoro to same stereotypy. Poprzestanę na tym, co obejrzałam.

Znowu jest tak, że sama kobieta ma uprawomocnić mizoginię, tym razem jęcząc z rozkoszy w czasie zbiorowego gwałtu! Nie jest tak źle, skoro kobieta sama chce być gwałcona, co? Ten mizoginiczny stereotyp psuje mi całą sztukę. To relatywizacja tematu przemocy wobec kobiety. Co to jest? Promocja gwałciciela?

Wymowa sztuki, na co zwraca uwagę Elżbieta Binswanger-Stefańska, jest następująca, to znaczy jest pytaniem: dlaczego możliwy jest mord w Jedwabnem czy gdzie indziej podobny? Mordercy chodzili do jednej klasy z ofiarami, no to jak to możliwe?

Owszem, to ogólna wymowa w postaci zawieszonego pytania i to Elżbieta ma rację, ponieważ wpisuje spektakl w ogólne palące problemy, kiedy nie ubywa nietolerancji, szowinizmu, nacjonalizmu.

Dla mnie jęcząca z rozkoszy gwałcona kobieta czyni jednak tę ogólną wymowę tylko tłem. Tak to odbieram ja. Moja reakcja jest węższa. Mizoginiczny stereotyp wywołuje we mnie obrzydzenie całością. Tak już ze mną jest. To moja racja jest niepełna, ale ja się z Elżbietą uzupełniam.  Dość się naczytałam o gwałtach wojennych, aby zbrzydził mnie ten stereotyp w sztuce.

Nie podoba mi się sztuka również dlatego, że poprzetykana innymi kopulacjami w stylu porno. Nudna toporność. Że niby to nowoczesne? A idźcie w cholerę z tą toporną porno dosłownością. Dla kobiety każda sprawa będzie ważniejsza od tych nudnych kopulacji w narracji męskiej. A mężczyzny, określającego się feministą, nie zadowala jedynie kopulacja.

Paweł Schreiber pisze w recenzji o „Naszej klasie” to samo co ja, ale więcej zarzuca, po prostu odmawia sztuce znaczenia, bo nie do przyjęcia są w 21 wieku utwory z przestarzałych stereotypów i promocja gwałciciela, ale Schreiber zarzuca ponadto reżyserowi wtórność sceniczną, w żadnym stopniu niedorównującą Kantorowi, i bardzo słabą grę aktorską.

Czy wybitni aktorzy pouciekali od autora i reżysera? Dość się naczytałam artykułów na temat buntu aktorów tu i tam, aby o to spytać.

Dlaczego klasa zabija żydowskie koleżanki i żydowskich kolegów?

Ależ odpowiedź jest! Bo istnieje odgórne przyzwolenie i milczenie duchownych lub ich wysługiwanie się stronie „silniejszych”. To odpowiedź podstawowa i główna. Trudno by ją było przedstawić w utworze, a potem na scenie? Owszem. Trudno. Łatwiej coś zrelatywizować, zastąpić stereotypami, „nie dopowiedzieć”, łatwiej unikać odpowiedzi. Łatwiej zrobić gwałt „nie takim złym”, skoro sama kobieta…

Łatwiej sklecić złego bohatera niż dobrego.

Widzę inny mechanizm, zmieniający ludzi w morderców, a mogę go ująć w dwa punkty: 1. Trzeba/muszę zabić ludzi tej ojczyzny i ojczyznę tych ludzi 2. Głos mocodawcy: zapłacę ci za to, że zabijesz ludzi tej ojczyzny, a ty zostawisz przy życiu samych niewolników, a ojczyzna będzie twoja.

Dlaczego pisarze lezą w łatwiznę relatywizacji? Nie ma odpowiedzi? Ależ jest. Dla forsy. Składają książki ze stereotypów i nie kryją się z tym. Bo tak chce „góra”. A kto ją stanowi? Ten, który chce zarabiać na posłusznym pisarzu. No żeby masy podniecić, a nie zabrać głosu w palących problemach współczesności. A żeby masy podniecić, to wystarczy odpowiednio ułożyć 120 klisz, czyli stereotypów, a tu dodam, że stereotypy to takie łatwe myślątka z ubiegłych wieków, które dawno się zużyły. Coś od siebie? Ależ nie. Przecież mamy 120 stereotypów. Jak się je odpowiednio przemiesza, to zawsze coś jaskrawego z tego wyjdzie. No i nasza kochana stara mizoginia się przez tę miazgę przebije. I będzie, że aż. Nie lubię. A nie lubię, bo jestem białoruska, więc trochę dzika. Spoza historii. Nie lubię stereotypów; lubię las.

Nie lubię stereotypów, bo według nich Białorusini to jakieś tam kacapy, kołchoźnicy, komuna i postkomuna. Nie lubię stereotypów, bo według nich, jak w sztuce Słobodzianka, Żydzi to żydokomuna, bramy stawiali, żeby powitać tych od Stalina, i w ogóle dno, bo to na wieki wieków żydokomuna.

Nie lubię pisarzy, którzy przykładają do rynkowego produkcyjniaka 120 klisz, 120 ukochanych stereotypów, bo wywijanie stereotypami utwierdza zastane zło, a ponadto przez takie pisanie prześwieca pogarda literackiego cwaniaka dla czytelnika. Dajmy głąbom ich ukochane stereotypy. To ma być pisarstwo?

Dość się nasłuchałam o „przykładaniu do utworu 120 stereotypów dla głąba”, aby mówić, co mówię. Nie lubię was. I wiem – wy mnie nie lubicie.

Lubię filmy Woody Allena w języku białoruskim, to jest te świetne tłumaczenia lektorskie, a mam to na kanale Biełsat. Chwilami bardzo lubię Biełsat za te filmowe narracje w przebogatym białoruskim. Zauważyłam, że tłumaczenia tego samego na język polski (na naszych kanałach) gubią dowcip oryginału. Są drętwe, układne. Skąd to się bierze? Obejrzeliśmy na Biełsat „Scoop” Allena z wielką przyjemnością. Jak barwny, jaki bogaty jest język białoruski! I miałby umrzeć? Czy według naszego wodza, miałby być taki nienowoczesny, że nie w nim ważnego nie da się powiedzieć?

Nie wiem, kto tłumaczył w tak wyśmienity sposób dialogi w tym filmie, ale należą mu się wielkie brawa.

Narracja Allena jest cywilizowana, nie jest mizoginicznym destrukcyjnym „męskim pismem”. Niewiele dziś mamy takich osób w kulturze. Almodovar jest w tym świetny. Narracje u takich twórców nie czynią z kobiety kawałka mięsa do męskiej zabawy. Nie są takie, jakby odbywały się w męskim gronie, kiedy faceci popisują się mizoginicznymi dowcipami o babach i nikt nie zaprotestuje, bo baba u nich to głupia baba. Tak ją przedstawią, że nie zareaguje.

Tolo delektował się białoruskimi słowami ze „Scoopa”. Bardzo mu się podobało słowo „piakotka” (zgaga) i „kazytać” (łaskotać). I słowo „żach”. I wiele innych słów, w tym „chabar”, wymawiany u nas – „chabor”, z akcentem na końcu. My zaǔsza baczyli adnych chabornikaǔ u każdaj kaźnie. Jon kazionny chabornik. Heta chaborniki.

Tolo zniesmaczyła promocja gwałciciela w sztuce Słobodzianka. Tolo jest już w całości mój, babski. Widzi mizoginię tak, jak ja ją widzę, jak widzi Dubravka Ugresić. Tolo jest wielki, bo tak widzi.

Komentarze

  1. Thanks on your marvelous posting! I certainly enjoyed reading it, you’re a great author.I
    will be sure to bookmark your blog and definitely will come back down the road.
    I want to encourage continue your great job, have a nice weekend!

  2. Thank you for the good writeup. It if truth be told was a leisure account
    it. Glance advanced to more added agreeable from
    you! However, how can we be in contact?

  3. I’m really enjoying the design and layout of your site.
    It’s a very easy on the eyes which makes it much
    more pleasant for me to come here and visit more often. Did you hire out a developer to create your theme?
    Exceptional work!

  4. Heya i’m for the primary time here. I found this board and I to find It truly helpful & it helped me out much.

    I am hoping to provide something back and help others such as you
    helped me.

  5. Link exchange is nothing else but it is simply placing the other person’s web site link on your page at proper place and other person will also do similar
    in support of you.

  6. Link exchange is nothing else but it is simply placing
    the other person’s web site link on your page at
    proper place and other person will also do same in support of you.

  7. Hello! Do you know if they make any plugins to assist with Search Engine Optimization? I’m trying
    to get my blog to rank for some targeted keywords but
    I’m not seeing very good gains. If you know of any please share.
    Thank you!

  8. I believe this is one of the so much vital information for me.
    And i am satisfied reading your article. However wanna statement on few general things, The website style is wonderful,
    the articles is really great : D. Excellent process, cheers

  9. Hi there I am so happy I found your weblog, I really found you by accident, while I was
    researching on Google for something else, Nonetheless I am here
    now and would just like to say thanks a lot for a marvelous post and a all round enjoyable blog (I also love the theme/design),
    I don’t have time to read it all at the minute but
    I have bookmarked it and also added in your RSS feeds, so
    when I have time I will be back to read more, Please do keep
    up the fantastic work.

  10. It’s appropriate time to make a few plans for the long run and it’s time to be
    happy. I’ve read this put up and if I may just I want to counsel you few
    fascinating things or suggestions. Maybe you could write next articles regarding this article.
    I want to learn more issues about it!