Leon Monke, Tundra

3.

To wszystko stwierdziliśmy wieczorem, gdy robiliśmy podsumowanie spostrzeżeń naszych za ten dzień.
– Lonku! – zwróciła się do mnie wówczas żona – busoli nie mamy. Na mapie polegać nie możemy. Zegar, jak sam twierdzisz, idzie nie wiadomo po jakiemu. Powiadasz, że śpieszy dwie godziny, ale skąd masz pewność, że teraz już nie jest inaczej, że dziś, jutro, pojutrze nie będzie jeszcze bardziej śpieszył? Póki czas, póki jeszcze nie za późno, póki możemy jeszcze znaleźć drogę, wracajmy do Murmańska. Zginiemy tutaj, w tej bezludnej pustyni!
– I cóż w Murmańsku będziesz robiła? – odrzekłem z goryczą.

– Wróćmy do Leningradu. Ten, który dopomógł nam zdobyć pieniądze, dopomoże nam i uciec w jakikolwiek sposób. On może pomóc! – zapewniała z żarem i przekonaniem.
– Może tobie, jako kobiecie w ciąży, i zechce pomóc – odrzekłem na to po namyśle. – Zatrzymywać ciebie tutaj nie śmiem wobec tego. Lecz ja do niego już więcej zwracać się o pomoc nie będę. Zostanę tu i pójdę dalej. Mogę tylko odporawić ciebie z powrotem do jezior pod Murmańskiem, skąd wyruszyliśmy dzisiaj. Stamtąd i sama już drogę znaleźć potrafisz. Zwracam ci tylko uwagę, iż zanim siądziesz na pociąg, możesz zginąć jeszcze po tej stronie fiordu, jak omal nie zginęliśmy pod samym Murmańskiem. Zguba i śmierć czyhają na ciebie czy pozostaniesz ze mną, czy też będziesz wracała sama – skończyłem.
– Jeśli zginąć, to razem – odrzekła żona z desperacją w głosie i już więcej do tego tematu nie wracała przez cały okres naszego pobytu w tundrze.
W ciągu tego dnia, pomimo gumowych fartuchów, tak przemokliśmy, iż po raz pierwszy za czas tułaczki w tundrze zdecydowaliśmy się na rozpalenie ogniska, żeby się choć trochę wysuszyć przed udaniem się na spoczynek.

Dnia następnego, nie patrząc na mapę, a orientując się wyłącznie według słońca i zegarka, korygując go na dwie godziny wstecz, posuwaliśmy się bez szczególnych przygód w kierunku północno-zachodnim. Pogoda nie dopisywała. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i suszyliśmy ubranie.

Dnia 6 tego miesiąca, kiedy zbliżaliśmy się ku wielkiej rzecze, żona wpadła po pas w błoto. Z wielkim trudem udało się jej wydostać z bezdennego grzęzawiska, łapiąc się rękami za pobliskie kępy. Wiele trudności sprawiła nam też przeprawa przez rzekę. Była to górska rzeka, w miejscach spokojnych szeroka i głęboka, na kamienistych zaś porohach szalejąca w pędzie. O przepłynięciu w miejscach spokojnych i szerokich nie mogło być mowy ze względu na temperaturę wody, która wydawała się wprost lodowata.
Przeszliśmy więc ją w bród powyżej jednego z porohów, chociaż nadzwyczaj silny prąd przy nader śliskim dnie groził w każdej chwili porwaniem nas z sobą. 40 minut trwała ta lodowata kąpiel po pas i wyżej. Pomimo naszych uzasadnionych obaw, że się rozchorujemy, nie złapaliśmy nawet kataru.

Va banque

10 września, w szesnastym dniu naszego pobytu w tundrze, a ósmym po powtórnym opuszczeniu Murmańska, gdy wyczerpanie fizyczne, wywołane przemarszem oraz nędznym odżywianiem się, osiągnęło, zdawało się, punkt kulminacyjny – w południe zbliżyliśmy się ku drugiej, jeszcze bardziej obfitującej w wody i porohy, rzece. Po obu jej brzegach ciągnęła się niezbyt duża, lecz rozciągnięta na szerokiej przestrzeni wieś. Była to pierwsza napotkana przez nas po oddaleniu się od Murmańska osada ludzka. W odległości 20 kilometrów stąd w linii powietrznej, którą to odległość można przebyć w ciągu jednego dnia dość forsownego marszu, leżała granica. Po dokonaniu tego odkrycia nabraliśmy werwy i otuchy.
Sąsiedztwo jednak osady ludzkiej stanowiło dla nas wielkie niebezpieczeństwo. We wsi tej, jak o tym dowiedzieliśmy się jeszcze w Murmańsku, znajduje się posterunek OGPU. Wobec tego, chcąc przeprawić się przez rzekę, a nie wpaść w pułapkę, musieliśmy zachować jak największą ostrożność.
„Kurier Wileński” nr 124, 7.05.1938 r., s. 6

Ze względu na to drugą część dnia poświęciliśmy na rekonesans i obchodzenie tej tak wyciągniętej po obu brzegach rzeki osady. Dokonaliśmy tego pełzając po urwiskach nad osadą.
Osada składała się z dwóch części. Pierwsza położona w dole rzeki na prawym brzegu, gdzie oprócz zwykłych chat chłopskich były widoczne i solidniejsze budynki, zapewne „sielsowiet” i posterunek GPU, druga – rzucona w odległości paru kilometrów od pierwszej w górę rzeki na lewym brzegu, gdzie oprócz chat stały jakieś trzy tajemnicze, białe namioty.
Co się znajduje pod tymi namiotami? Czy jest to czasowy letni posterunek GPU, czy też schronisko badaczy-geologów? Pytanie to niepokoiło nas niezmiernie. Od tego bowiem zależał w znacznym stopniu nasz los. Lecz z góry tego zbadać nie było żadnej możliwości. Ruszyliśmy więc dalej.

Niezbyt daleko od wsi, w górze rzeki, usłyszeliśmy niezwykle silny szum wody. Woda dudniła. Zeszliśmy ku rzece. Wtłoczona pomiędzy skały rzeka toczyła się białymi, wrzącymi wodospadami, burzyła się, pieniła, podskakiwała do góry na stromych, skalistych porohach. W dół i w górę od tego miejsca rozciągały się spokojne rzeczne głębiny. Tak jak i w rzece poprzedniej temperatura wody była bardzo niska i o przepłynięciu jej w szerokich a spokojnych miejscach nie można było marzyć.
Jedynym możliwym miejscem przeprawy przez rzekę były, jak nam się zdawało, te właśnie porohy, gdzie huk wodospadów zagłuszał nawet głos ludzki. Musieliśmy krzyczeć, by się porozumieć, stojąc obok siebie. Rzeka mknęła szybciej niż huragan. Ruszyliśmy.

Gdy doszedłem w ten sposób prawie do połowy rzeki, obejrzałem się. Żona opierając się oburącz o kij, zwróciła się nagle plecami do prądu. W tej że chwili pęd wody uderzył w nią, jak wiatr w żagiel, podniósł ją i poniósł po kamieniach ku głównemu wodospadowi, do którego odległość zmniejszała się błyskawicznie. Z zapartym z przerażenia oddechem stałem bez ruchu. Już dzieliło ją zaledwie kilka kroków od skraju wodospadu. Ściemniało mi w oczach. Jakiś krzyk przywrócił mi wzrok. Nad samym prawie wodospadem stała żona po piersi w wodzie, uchwyciwszy się oburącz o wystający głaz. Widząc jej otwarte usta, raczej domyśliłem się, niż słyszałem jej rozpaczliwe krzyki o pomoc. Czym prędzej rzuciłem się ku niej, ryzykując lada chwila, że zostanę również porwany przez prąd. Lecz zanim zdołałem dotrzeć, żona już o własnych siłach pokonała niebezpieczeństwo, stojąc bokiem ku prądowi i znajdując oparcie dla nóg. Na szczęście kija z rąk nie puściła.
Wypadek ten był zbyt poważną dla nas przestrogą, byśmy mogli kontynuować rozpoczętą w ten sposób przeprawę. Mogłem łatwo nawet nie zauważyć jej śmierci w nurtach wodospadu, nie mówiąc już o możliwości pomocy, chociaż byłem odległy od niej zaledwie o kilka kroków.
W milczeniu wracaliśmy na brzeg. Żona co chwila odwracała wzrok ku górze, gdyż prąd wody wywoływał
u niej zawroty głowy.
Gdyśmy już byli na brzegu, spojrzałem na zegarek: pół godziny trwała nasza niefortunna przeprawa.
Żona wydostała się na brzeg przemoknięta do nitki.

Na brzegu odbyliśmy naradę. Żona zaproponowała, byśmy szli w górę rzeki do miejsca płytkszego, gdzie przeprawa byłaby łatwiejsza. Przypuszczalnie mogło nam to zająć około trzech dni, nie włączając czasu na osiągnięcie granicy i odnalezienie wioski fińskiej. Prowiantu zaś mieliśmy tylko na ten jeden dzień. Na dzień następny pozostawało tylko po kawałeczku cukru i masła. Sucharów już nie było. Siły zaś żony do głodówki i nadzwyczajnych wysiłków fizycznych wyczerpały się znacznie. Moje fizyczne samopoczucie również pozostawiało wiele do życzenia. W tych warunkach propozycja była nie do przyjęcia, ponieważ wykluczała możność skorzystania z pomocy ludzkiej w razie całkowitego wyczerpania jej sił. Czułem, że to wyczerpanie już się zbliża. Stan żony w ostatnich dniach niepokoił mnie coraz bardziej. Widziałem z jakim nadzwyczajnym wysiłkiem wstawała z rana, by rozpocząć nowy dzień tułaczki. Był to wszak szesnasty dzień włóczęgi, połączonej w ostatnich dniach z nader mizernym odżywianiem się. W perspektywie zaś, od dnia jutrzejszego, czekał nas wikt św. Antoniego, grzyby i jagody – i znów nadludzkie wysiłki w ciągu wielu dni. Iść w górę rzeki w tych warunkach równało się samobójstwu, tym bardziej dla niej, kobiety w szóstym miesiącu ciąży.
„Kurier Wileński” nr 125, 8.05.1938 r., s. 8
Cdn ■

Komentarze

  1. I as well as my friends ended up checking out the good tips on your site and so at once I got a horrible feeling I had not expressed respect to the web site owner for them. All of the men were definitely totally very interested to read through all of them and have extremely been taking pleasure in these things. Thank you for turning out to be so kind and for selecting these kinds of wonderful themes millions of individuals are really needing to be informed on. Our own sincere regret for not saying thanks to earlier.

  2. Nice post. I learn something totally new and challenging on blogs I stumbleupon on a daily basis.

    It’s always interesting to read content from other authors and practice something from their
    web sites.

  3. I don’t know whether it’s just me or if everybody else encountering problems with your website.
    It appears like some of the written text on your content are running off the screen. Can somebody else please provide feedback and let me know if this is happening to them too?
    This could be a issue with my internet browser because I’ve had this happen previously.
    Many thanks

  4. Testosterone replacement therapy has been used in individuals with testosterone insufficiency,
    whetheer due to disease or aging.

  5. I do not know if it’s just me or if everybody else encountering issues with your
    site. It appears like some of the text within your posts are running off the screen. Can somebody else please provide feedback and let me know if
    this is happening to them as well? This might be a problem with my browser because I’ve had this happen before.
    Many thanks

  6. This design is spectacular! You most certainly know how
    to keep a reader amused. Between your wit and your videos,
    I was almost moved to start my own blog (well, almost…HaHa!) Excellent job.

    I really enjoyed what you had to say, and more than that,
    how you presented it. Too cool!