Leon Moenke. Tundra.

1. Fińskie miasto.

26 sierpnia w pogoni za „egzotyką północy”, z zapasem jedzenia w plecakach na dni 101, z mapą, z zegarkiem na ręku zamiast busoli, ponieważ tylko większym grupom badaczy-geologów udało się uzyskać 2 busole z Leningradu, para dziwnych turystów bez żadnych przepustek z GPU o godz. 6 wieczorem przejechała na zachodni brzeg fiordu murmańskiego i skierowała swe kroki na zachód w kierunku dzikiej, na setki kilometrów pozbawionej ludzkiej siedziby, tundry.
W ciągu trzech dni forsownego marszu, prawie bez popasu, orientując się tylko podług słońca i zegarka, posuwali się wciąż na zachód. Trzeciego dnia wieczorem już byli na terytorium, gdzie napotykane rzeki toczyły swe wody nie na północ, lecz na południe.
Ponieważ zaś szli wprost na zachód od Murmańska, więc z mapy wynikało, iż zaszli już daleko w głąb Finlandii.
Fakt ten był dla nich o tyle jednak niepewny, iż stracili orientację.
Czytelnik może sobie wyobrazić, co znaczy stracić orientację w tej dzikiej, bezludnej, na setki kilometrów pustyni, gdzie nie ma kogo spytać o kierunek. Jednak podróżni nie stracili głowy i posuwali się dalej w ciągu dwóch dni w kierunku północno-zachodnim, by wybrnąć z terytorium, spadziście opadającego ku południowi. 31 sierpnia postanowili zmienić kierunek. Orientując się według posiadanej mapy, doszli do przekonania, że aby dojść do morza, eo ipso do jakiegoś fińskiego lub nawet norweskiego zamieszkałego przez ludzi punktu, należy się skierować ku północnemu wschodowi.
Ruszenie w kierunku południowym lub zachodnim groziłoby zabłąkaniem się w lasach i błotach nie do przebycia.
Uświadomiwszy to sobie podróżni szybkim krokiem ruszyli na północny wschód i istotnie, już pod koniec dnia następnego, osiągnąwszy szczyt wysokiej góry, zauważyli na widnokręgu wąskie pasmo morza i typową, wznoszącą się nad nim mgłę. Lecz jakież było ich zdziwienie i radosne podniecenie, gdy w odległości jednego dnia marszu zauważyli na wschodzie wielkie miasto, za tą charakterystyczną dla fiordu sinawą mgłą. Wariowali wprost z radości.
A więc – telegraf, port, okręty, odpoczynek i wszystkie zdobycze kultury, a najważniejsze – wolność, spokój i tak długo oczekiwane wyzwolenie od ciągłej niepewności nie tylko jutra, lecz i dnia dzisiejszego.
Nie bacząc na zbliżający się zmierzch, zmęczenie i poranione od forsowania marszów nogi, podążyliśmy szybko w kierunku owego miasta. Zawadzając o kamienie, rozrzucone w karłowatych zaroślach, padając co chwila za znużenia, zatrzymaliśmu się na nocleg o północy.
Żądza znalezienia się czym prędzej w tym mieście była tak wielka, że, nie zaspokoiwszy jej, zmuszeni do nocowania w tundrze, długo nie mogliśmy zasnąć, snując przypuszczenia, że widziane miasto było tylko złudą, że się nam przewidziało, że była to zwykła fata morgana.
Dnia następnego, wczesnym rankiem, dręczeni tymiż wątliwościami, żwawo wyszliśmy przed siebie. Był to ósmy dzień naszej włóczegi wśród lasów północy bez rozpalania ogniska.
Około godz. 11 przed południem, wciąż jeszcze pełni zwątpienia, goniąc resztkami sił, drapaliśmy się na wysoką, dominującą nad okolicą górę, pragnąc rozstrzygnąć dręczace nas wątpliwości – czy jesteśmy ofiarą złudzenia, czy też nie. Każde wzniesienie zdobywaliśmy z nadzieją, że już – już otworzy się przed naszymi oczami widok na fiord i miasto, lecz nadzieja wciąż zawodziła.
Prawie na szczycie góry, gdym już całkowicie stracił nadzieję ujrzenia miasta, raptem przed nami, blisko u stóp góry zajaśniał szafirem wielki fiord. Biegiem dopadliśmy szlaku. Stąd, naprawo od nas, na południu, w odległości dwóch godzin marszu ujrzeliśmy miasto.
„Kurier Wileński” nr 117, 30.04.1938 r., s. 7

Był to kres naszej tułaczki.
I teraz dopiero odczuliśmy nasze zmęczenie w całej jego potędze oraz ból poranionych nóg.
Był przepiękny, słoneczny dzień. Było gorąco nawet na tej gołej, pokrytej zaledwie mchami, górze.
Torby podróżne ocierały nam plecy. Schodząc w dół, omal co kwadrans przystawaliśmy, zrzucaliśmy z siebie ładunki i delektowaliśmy się widokiem szerokiego, błękitnego jak niebo, fiordu i pobliskiego miasta z jego rozrzuconymi po brzegach przystaniami. Było coś znajomego w tym krajobrazie. Zdawało się, że wszystkie opisy przyrody i fiordów Skandynawii, wyszłe spod pióra pisarzy norweskich, zmartwychwstawały w naszej pamięci, radując nas widokiem czegoś znanego i nowego zarazem.
Fiord z wypływającymi zeń w kierunku morza okrętami wabił nas w dal, jak szeroka błękitna droga w życie. Już widzieliśmy siebie na statku płynących w ten błękitny przestwór.
Znalazłszy się poniżej szczytu, wśród zarośli brzozy polarnej, która tutaj stanowiła coś pośredniego między drzewami a krzakami, na brzegu strumienia, szemrzącego i dźwięczącego wodospadami rozpoczęliśmy po raz pierwszy w tundrze doprowadzać do porządku swój wygląd zewnętrzny. Chcieliśmy nie zwracając na siebie uwagi wejść do tego pięknego ogrodu i pójść na telegraf, a potem do hotelu lub do aresztu – mniejsza już o to, byle by tylko dać znać o sobie swym bliskim.
Rozpoczęło się czyszczenie, mycie, manicure, pedicure i czesanie. Nałożyłem na siebie jedyny posiadany komplet czystej bielizny, kołnierzyk, krawat i całe, niezniszczone obuwie. Po załatwieniu tych czynności zaczęliśmy schodzić ku dolinie. Niebawem, po raz pierwszy w tym okresie ośmiodniowym, zaczęliśmy napotykać ścieżki wydeptane nogą ludzką. Dotychczas bowiem widywaliśmy tylko ślady renifera na brzegach rzek i jezior.
Nieco dalej napotkaliśmy i inne oznaki pobytu tutaj człowieka – pudełko od zapałek i kawałek koperty od listu. Na pudełku sowieckie nalepki, na kopercie stempel pocztowy: „Murmańsk”. Nie ma wątpliwości – miasto portowe, znany eksport zapałek sowieckich, korespondencja z Murmańska. Lecz oto widzimy i ludzi. Kobiety i dzieci zbierają w lesie jagody.
– Hallo! Patrz-no! Oni mają sowieckie blaszanki i czajniki!
– Dajże spokój! Jak ci nie wstyd pleść dzisiaj takie głupstwa! To fatamorgana, te sowieckie blaszanki, jak gdyby nie mogły być takie same i za granicą.
Podchodzimy bliżej. Słyszymy głosy. Lecz co to?! Czy mi się wydało? Lecz nie! Oni mówią po rosyjsku…
– Aha – pomyślałem – więc trafiliśmy nie na norweskie pobrzeże, a na fińskie, gdzie od dawna mieszkają rosyjscy pomorzanie.
Jednak już i ludzie ci nas zauważyli. Zbliżają się ku nam.
– Dzień dobry! Z daleka?…
– Tak.
– Dokądże idziecie? Do Murmańska?
Pytanie to uderzyło w nas jak obuchem. Zaniemówiliśmy. Nie było już wątpliwości: wróciliśmy do Murmańska!…
Okręty! Telegraf! Wolność! Jak wszystko to stało się teraz dalekim…
„A szczęście było tak blisko”…
Odpowiedzieliśmy coś ni w pięć ni w dziesięć – i pośpiesznie odeszliśmy.
Zdawało się, że nie pozostaje nic innego, jak powrót do Murmańska, na tamten brzeg, do rozbitego koryta. Było to jak w bajce Puszkina o rybaku i rybce. Lecz to było jeszcze gorsze. To była nie bajka, lecz oszałamiająca, tamująca oddech w piersiach rzeczywistość. To było gorsze od tej bajki również i dlatego, że rybak powrócił do swego dawnego stanu, my zaś powrócić do niego już nie mogliśmy. Byliśmy „liszencami”, ludźmi pozbawionymi prawa do pracy i życia poza obozami koncentracyjnymi.
Lecz z takim rezultatem naszych trzymiesięcznych wysiłków pogodzić się nie chciałem.
„Kurier Wileński” nr 119, 2.05.1938 r., s. 3

Chociaż dzieli nas od Murmańska tylko wąskie psmo fiordu, lecz jeszcze nie wróciliśmy – pomyślałem i zacząłem grzebać się i dochodzić w jaki sposób się to wszystko stało, iż idąc na zachód, północny zachód, a potem na północny wschód, trafiliśmy nie w jakieś inne miejsce, a właśnie znowu do Murmańska.
Był to jakiś absurd geograficzny.
Biegun Północny wskazuje wszak gwiazda polarna zawsze i nieodmiennie – rozważałem. W południe, tj. o godzinie 12, słońce wskazuje kierunek południowy. O godzinie 6 z rana i wieczorem – odpowiednio wschód i zachód.
Przecież co do tego nie może być żadnych wątpliwości!
Gubiłem się w przypuszczeniach i domysłach.
Po chwili jednak udało mi się znaleźć rozwiązanie tej koszmarnej zagadki.
Wychodząc z założenia, iż kierunek północno-wschodni został określony prawidłowo, gdyż według gwiazd, doszedłem do wniosku, iż nieprawidłowo pomimo wszystko musiał być określony kierunek zachodni, który ustalałem według słońca i zegarka.
Zegar musiał się śpieszyć o jakieś 2 godziny co najmniej. Tylko w tym wypadku mogło słońce wskazywać południowy zachód, gdy na zegarze była godzina 6 wieczór.
Jedynie to ostatnie przypuszczenie dawało odpowiedź na pytanie, w jaki sposób, idąc na „zachód”, a potem na północny wschód, wróciliśmy ósmego dnia z powrotem do Murmańska.
Rzut oka na mapę potwierdzał przypuszczenie. Idąc w kierunku południowo-zachodnim, trafiliśmy nie do Finlandii, lecz tylko w dorzecze Tułomy.
Prosto i łatwo tłumaczył ten domysł wydarzenia ostatnich dni. Lecz pewności nie mieliśmy żadnej, gdyż nie było sposobu sprawdzenia zegarka. Doszedłem więc do wniosku, iż zepsuł mi go zegarmistrz murmański albo też przesunąłem wskazówki2.
Stwierdzenie jednak przypuszczalnej przyczyny tej okropnej klęski nie zmieniło w niczym naszego położenia. Zapasów prowiantu pozostało tylko na 4 dni, na nogach były rany, a siły, zarówno moralne, jak i fizyczne, wyczerpane ogromnym a bezskutecznym wysiłkiem ośmiu dni.
Co robić? Może powrócić do Murmańska, odpocząć dzień lub dwa, sprawdzić zegarek, zaopatrzyć się w produkty spożywcze i wtedy dopiero dokonać powtórnej próby ucieczki przez dziką, bezludną tundrę?
Chociaż taka perspektywa była nader pociągająca, lecz po wszechstronnym rozważeniu musieliśmy z niej zrezygnować. Na zachodni brzeg fiordu przedostaliśmy się bez wszelkich niezbędnych przepustek z GPU. Poza tym wszystkie nasze dokumenty były przeterminowane, a więc – mój dowód osobisty dla cudzoziemca, moja legitymacja partyjna i związkowa, legitymacja związkowa żony3 – wszystko z wyjątkiem jej dowodu osobistego.
Byliśmy faktycznie bez dokumentów.
W tych warunkach próba przedostania się na brzeg wschodni była równoznaczną i ryzykiem natychmiastowego, prawie pewnego, aresztu.

Lecz cóż mogliśmy uzyskać kosztem tego ryzyka?
Zdobycie naraz 10 kilo chleba, jak to się nam udało przed wyruszeniem do tundry4 było już wykluczone. Mogliśmy jedynie kupować po 1 kg chleba dziennie na osobę w sklepikach komercyjnych, wystając po parę godzin w kolejce. Ponieważ zaś takie sklepiki komercyjne w całym stutysięcznym mieście były tylko dwa, więc najwyżej moglibyśmy otrzymać tylko 4 kg chleba dziennie, zjadając przy tym połowę tej ilości. Lecz nie zawsze był w obu sklepikach chleb, czasem tylko w jednym. Ileż dni musieliśmy w tych warunkach zbierać chleb? Gdzie mieszkać i suszyć suchary? Czy uda się wkręcić do jakiegoś internatu? Na ile dni? Do poprzedniego, gdzie spędziliśmy około tygodnia bez meldowania5, susząc suchary i szykując się do drogi, wrócić już nie mogliśmy. W tych warunkach narażać się na prawie pewny wareszt nie opłacało się stanowczo.
Pozostawało więc jedno z dwojga – uznać plan ucieczki za niewykonalny i wrócić do Murmańska na łaskę i niełaskę potentatów lub – bogatsi doświadczeniem, z tymi zapasami prowiantu, jakie posiadaliśmy, z tymi siłami, które nam pozostały, z niepewnym zegarkiem zamiast busoli – przedsięwziąć ostatnią próbę przedostania się przez dziką tundrę, niezależnie od tego, czym się ona kończy.
Wybraliśmy to ostatnie.

 

 

1Suchary z dziesięciu kg chleba, 2 kg boczku, 1 kg masła, 2 kg cukru, 200 g czekolady, 200 g cukierków, 200 g soli i puszka konserw rybnych.

2Praktyka dalszej podróży wykazała, iż miałem rację, ufając swym rozumowaniom wiecej, niż zegarkowi. Nie zawinił jednakże i zegarmistrz. Nie było w tym również i mojej winy.

3Legitymacja partyjna i związkowa, w razie nieopłacenia 3 miesięcy składek członkowskich, unieważnia się automatycznie.

4Pod pretekstem wycieczki do „Moncze – tundry” udało mi się uzyskać pisemne zezwolenie władz administracyjnych na kupienie 10 kg chleba naraz. Całe dwa dni musiałem poświęcić tej sprawie.
„Kurier Wileński” nr 120, 3.05.1938 r., s. 6
Cdn ■

Komentarze

  1. All the guys in the new study typically had higher rates of medical conditions — including coronary
    artery disease, diabetes and previous headt attacks — than guys in the general public.

  2. For each patient, weigh the possible increased
    rik of major adverse cardiovascular consequences and other dangers
    of testosterone replacemdnt treatment against the possible advantages of treating
    hypogonadism.