Leon Moenke. Tundra (7)

7. Na szczęście wiatr nam sprzyjał i pies nie mógł nas zwęszyć. Posuwając się dalej, pozostawiliśmy za sobą i tę „przyjemność”. Jednocześnie wybrnęliśmy z wąskiego miejsca doliny, gdzie prostopadłe skaliste urwiska przypierały nas ku samej rzece i wiosce. Góry szerokim półkolem otaczały wieś i nic nam innego nie pozostawało, jak iść wzdłuż nich skrajem lasu.
Gdyśmy osiągnęli przeciwległy kraniec, myśleliśmy, że już okrążyliśmy wieś. Niestety. Wlazłszy na górę ujrzeliśmy, iż na przeciwległym brzegu rzeki znajduje się dalszy ciąg wsi. Tutaj również ujrzeliśmy solidny, dominujący nad innymi, gmach z antenami. Nie ulegało wątpliwości, iż jest to posterunek pograniczny GPU.
Znów trzeba było, zachowując wszelkie ostrożności, prześlizgiwać się dalej przez miejscowość żłobioną głębokimi i stromymi wąwozami, w górę, na dół, znów na górę, znowuż w dół itd.
Okalanie wsi w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca przeprawy przez rzekę na skutek konfiguracji terenu trwało długo.
Do godz. 6 wieczorem trwała ta męcząca podróż.
Wielka była nasza radość, gdy nareszcie zza drzew usłyszeliśmy szum wody, nie widząc jeszcze rzeki.
Biegiem podążaliśmy ku upragnionej przeprawie. Miejsce było dobre. Woda sięgała mi zaledwie do pasa. Była to najlżejsza z naszych rzecznych przepraw. Po pięciu minutach brodu byliśmy już na przeciwległym brzegu. Przewidująco rozejrzeliśmy się dokoła, skoczyliśmy w krzaki i prędko ubraliśmy się.
Wlazłszy na dość wysokie przybrzeżne urwisko, ruszyliśmy błotnistą łąką, która szerokim pasem ciągnęła się między rzeką a górami na zachodzie.
Ponieważ zbliżał się wieczór, a wieś już pozostała stosunkowo daleko, szliśmy dość śmiało.
Szliśmy tak do pierwszego lasku i wąwozu.
Wkroczyliśmy do lasu i zbliżywszy się do skraju wąwozu, raptem usłyszeliśmy gwizd oraz głosy męski i kobiecy.
Zamarliśmy bez ruchu i głosu. Co by to mogło być? Skąd i co robią ci ludzie tutaj o tak spóźnionej porze? Na odpowiedź czekaliśmy niedługo. Przeciągły ryk bydła sprawę wyjaśnił. Było to pastwisko dla krów.
Kurier Wileński” nr 148, 31.05.1938 r., s. 5

Przykucnięci, ukrywając się za krzakami, szczęśliwie przedostaliśmy się na przeciwległą stronę wąwozu, lecz już niepokój zakradł się do duszy.
Pomimo że nogi nasze grzęzły w błocie po kolana, szybko przebywaliśmy otwarte przestrzenie, zachowując całkowite milczenie. Przedostając się z jednego lasu do drugiego, nie wiedzieliśmy jaka nas oczekuje niespodzianka.
Byleby prędzej w góry! Byleby dalej od tego odsłoniętego błota, od tych zdradzieckich lasów, od tej wsi z pastwiskami!..
Lecz wszystko na świecie ma swój koniec. Około godziny ósmej dotarliśmy do pasma gór. Tutaj wybraliśmy nieco bardziej suche miejsce i rozlokowaliśmy się na nocleg. Ten dzień zmęczył nas fizycznie i moralnie o wiele więcej od poprzedniego.
Po skonsumowaniu resztek ryby i chleba i ubrawszy się do snu (na noc przywdziewaliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy), położyliśmy się. Na dobranoc życzyliśmy sobie nawzajem, by była to nasza ostatnia noc w Sowietach.

Ku granicy
Z rana 13 września zbudziliśmy się dość późno. Było pochmurno. Zjedliśmy na śniadanie okruszyny murmańskiego chleba i pod dostatkiem masła, ponieważ musieliśmy pokrzepić nasze siły przed oczekującym nas wysiłkiem.
Na obiad pozostawało jeszcze trochę okruszyn chleba, po kawałku masła i dwa kawałki cukru. To były już resztki naszych produktów.
Gdyś już byliśmy gotowi do drogi, znów usłyszeliśmy w pobliżu jakąś rozmowę.
Nie tracąc ani chwili, ruszyliśmy naprzód ku granicy. Tymczasem zaczęło się wypogadzać i słońce wyjrzało zza chmur, pozwalając nam orientować się co do kierunku podróży.
Miejsce była bardzo odpowiednie dla naszej podróży. Skały, urwiska i wądoły ukrywały nas przed oczyma obserwatora, a poza tym wznoszące się na horyzoncie łańcuchy gór pozwalały nam orientować się co do kierunku nawet i bez słońca.
Co prawda na skutek stromych, skalistych urwisk i wzniesień posuwanie się naprzód było bardzo uciążliwe, wymagające wyczynów alpinistycznych. Jeziora z nawisłymi nad nimi skałami wymagały długich i uciążliwych okrążeń.
Jedno z napotkanych jezior tak przypominało wykreślone na mapie jezioro pograniczne, że okrążywszy je przypuszczałem, iż jesteśmy już za granicą. Ponieważ mieliśmy jednak dość uzasadnione wątpliwości, uczciliśmy to domniemane przekroczenie granicy bardzo skromnie – spałaszowaliśmy parę bukietów czernic, które rosły tu dość wysokimi krzaczkami, prawie czarnymi od dużych jagód.
Za jeziorem teren zmienił się jeszcze bardziej na naszą korzyść. Falisty i wznoszący się wyraźnie ku zachodowi, nie miał jednak poprzednich stromych wzniesień.
Korzystając z tego, przyśpieszyliśmy kroku. Tymczasem ku wielkiej mej radości popsuła się pogoda. Zaczął padać drobny kapuśniaczek, zakrywając wszystko mgłą. Nadzwyczaj silny wiatr z deszczem bił prosto w twarz, utrudniając posuwanie się naprzód.
Tyle już razy mapa nas zawodziła, tyle razy już przekraczaliśmy rzekomą granicę, że wątpliwości nie były bezpodstawne. Widząc jednak, iż żona goni resztkami sił, skrywałem przed nią swe wątpienia i żartowałem z jej obaw.
Już było około godziny pierwszej po południu, gdyśmy się zbliżyli do łańcucha gór. We wgłębieniu między górami dostrzegliśmy jezioro. O jego rozmiarach z powodu mgły nie mogliśmy mieć wyobrażenia.
Kurier Wileński” nr 149, 1.06.1938 r., s. 6

W tym samym czasie, nieco w prawo za nami rozległ się gwizd. Nie zwracając na to uwagi, parliśmy dalej, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Tymczasem niepogoda jak gdyby oszalała. Gęsta, biała jak mleko mgła spowiła wszystko – na dziesięć kroków już nie można było dojrzeć. Wiatr z deszczem jak szpilkami kłuł twarz. Raz za razem musiałem wycierać okulary, by chociaż dojrzeć to, co miałem pod nogami. Wyłącznie od tego wycierania szkieł chusteczka stała się tak mokra, iż rozmazywała jedynie drobne krople deszczu.
Wtem dostrzegliśmy ścieżkę przecinającą nam drogę.
– Patrz, Lonku! Tędy niedawno ktoś przeszedł. Widzisz te ślady butów? Zupełnie świeże.
Na wilgotnej ziemi widać było odcisk buta męskiego.
– Patrz no, co znalazłam! Pudełko od zapałek fińskich.
Z tymi słowy podała mi pudełko. Przyjrzałem się. Na etykietce był napis „Club”. Druga strona była bez napisów.
Pragnienie, by być już za granicą, było tak silne, iż nie poznała, że jest to pudełko sowieckie, posiadające tylko napis w języku cudzoziemskim.
– Tak – odparłem – są to zapałki fińskie. Zapewne znajdujemy się już na dróżce wydeptanej przez fińską straż pograniczną.
Kłamałem, by nie przestraszyć jej, by nie pozbawić jej resztek sił. Resztek, ponieważ od zmęczenia i wyczerpania wygląd jej był pożałowania godny. Dziewiętnaście dni włóczęgi po tundrze dawało się we znaki. Patrząc na jej wynędzniałą twarz, głęboko wpadnięte oczy, na błyski rozpaczy w nich, obawiałem się, że już w szóstym miesiącu jej ciąży może nastąpić poronienie. W tych warunkach kłamstwem swym chciałem dodać jej sił i wytrwałości.
Żona była tak zmęczona, że przed wchodzeniem na górę musieliśmy zatrzymać się dla odpoczynku.
Powoli mgła zaczęła się przerzedzać i podnosić do góry.
– Patrz, Lonku! Tam przed nami na pochyłości góry jakiś stożek. Widzisz?
– Widzę.
– To jest dzieło rąk ludzkich. Na pewno.
Moje przypuszczenia stały się pewnością: tak, rzeczywiście jesteśmy już nad granicą, lecz po stronie sowieckiej.
Nie mówiąc ani słowa, zacząłem się wdrapywać na górę. Żona poszła za moim przykładem.
Szedłem na dość stromą górę bez przystanku. Żona nie mogła nadążyć za mną.
Wszedłem wyżej, przekonałem się, że miała rację – była to istotnie ułożona rękami człowieka piramida z kamieni. Po obu jej stronach w pewnej odległości były takież same. To była w rzeczy samej granica.
Ogarnął mnie strach, by teraz nie stanęło nam coś na przeszkodzie, by teraz całkiem blisko celu nie zjawili się żołnierze pograniczni. Rozejrzałem się. Żona pozostawała daleko w dole.
– Hala! Prędzej! Prędzej! – krzyczałem w obawie, by nas nie zatrzymano.
Słysząc moje wołania, podwoiła swoje wysiłki.
Była już godzina druga po południu, gdy razem stanęliśmy przy ułożonych kupach kamieni, które równym rzędem ciągnęły się z południowego zachodu na północny wschód.

Przy słupach granicznych
Radość nasza nie miała granic. Lecz zbyt byliśmy zmęczeni, byśmy mogli czymkolwiek ją uzewnętrznić. Żona była do tego stopnia wyczerpana, że pomimo niebezpieczeństwa, usiedliśmy tutaj, na samej granicy, by choć trochę nabrać sił.
Pilnie bacząc dokoła spędziliśmy tutaj parę chwil i podnieceni swym szczęściem znów rozpoczęliśmy wdrapywanie się na górę, byle dalej od tej przeklętej granicy, od GPU, od tego niedawnego koszmaru. Naprzód w górę! Do ludzi!
Jeszcze godzinę trwało nasze wchodzenie na szczyt. Tam, ukryci za skałą przed mroźnym północnym wiatrem, zatrzymaliśmy się na dłuższy popas.
Kurier Wileński” nr 150, 2.06.1938 r., s. 6

Stąd rozciągał się widok daleko na wschód na bezkresne przestrzenie tundry sowieckiej, ziemi sowieckiej.
Z jaką radością, z jakimi nadziejami, z jakim nabożeństwem przejeżdżałem pięć lat temu granicę tej ziemi obiecanej.
A z jakim uczuciem opuszczam ją teraz! Z uczuciem człowieka, który się wyrwał z piekła Dantejskiego.
U wejścia do piekła Dantejskiego było napisane: „porzućcie wszelką nadzieję!”. U wrót zaś tego piekła napis głosi: „Tutaj ziszczą się nadzieje i tęsknoty proletariuszy całego świata, wszystkich ciemiężonych i eksploatowanych, wszystkich bojowników o szczęście ludzkości”.
Z tą wiarą, z tą nadzieją, z tą tęsknotą wkroczyłem do tej ziemi obiecanej. A opuszczałem ją z pustką w duszy i w sercu, z rozwianymi marzeniami, z niespełnionymi snami, z rozbitą wiarą w to, o co walczyłem, czemu się poświęcałem.
Odchodziłem stąd tylko z nadzieją, że kiedyś nastąpi koniec tego piekła.
Odchodziłem, ratując życie swoje i swoich bliźnich.
„Stój! W tył zwrot!” – już się więcej nie powtórzy rzekła żona.
Dzika radość ogarnęła nas, żeśmy się nareszcie wydostali z tej feudalnej, wschodniej satrapii, z tego „raju ziemskiego”, z tego koszmaru.
Szydziliśmy, tryumfowaliśmy, drwiliśmy z wszechwiedzącego i wszechpotężnego GPU, z tego całego systemu psiego terroru bezdusznych czynowników, trzymających w pańszczyźnianej uległości cały kraj.
Tryumfowaliśmy i drwiliśmy, czując się wolni, lecz ogarniała nas zgroza, gdyśmy myśleli o tych, którzy pozostali „tam”.
Naprzód, do innego życia, wolnego od pańszczyzny czynowniczej, do życia, gdzie istnieje możność indywidualnej twórczości, nie zaś czynowniczej papierkowej inicjatywy, gdzie ludzi cenią według ich czynów, nie zaś według ich sposobu myślenia i pochodzenia, gdzie nie wyniszczają ludzi za ich korzystną dla społeczeństwa pracę, nie kwalifikują ich jako „twardozadych”, „liszeńców” i „kułaków”, gdzie robotnik nie jest pozbawiony możności walki o lepsze warunki bytu…
– Czym prędzej zabrać, wyrwać, uratować Jurka! Czym prędzej ku ludziom! – snuło się po głowie.
Ufni w lepszą przyszłość, pełni nadziei skonsumowaliśmy resztki pozostających w naszych torbach okruszyn jadła i borówek zebranych wczoraj.
Pozostawała nietknieta tylko złapana w drodze kuropatwa. Jak najrychlejsze napotkanie ludzi było nieodzownym warunkiem naszego ratunku.
Pomimo że mapa nasza nie wskazywała ani jednego osiedla na stronie fińskiej, byliśmy pełni optymizmu.
Nie wierzyliśmy w to, by po stronie fińskiej na pograniczu nie było ani jednego osiedla, ani jednej wsi rybackiej.
Zwycięsko nastrojeni zakończyliśmy nasz popas, by ruszyć w dalszą drogę, lecz przed tym postanowiliśmy zbadać okolicę. Najbardziej nas ciekawiły strony pólnocno-zachodnia, zachodnia i południowo-zachodnia. W tym celu zaczęliśmy okrążać wierzchołek góry, na której przebywaliśmy.

Ku ludziom
Pogoda tymczasem znacznie się poprawiła. Słońce zajaśniało na niebie. Znalazłszy się na północno-zachodniej stronie wierzchołka góry, krzyknęliśmy radośnie – w dole pod nami roztaczało się morze, otwarte morze z zatoką, po której płynął parowiec; w innym miejscu pruły wodę statki żaglowe.
Ludzie! Są tutaj ludzie! Pobrzeże jest zaludnione!
Długo napawaliśmy swój wzrok widokiem białych żagli świecących na błękitnej toni morskiej. Tam był nasz szlak wyzwolenia, droga ku życiu!
Kurier Wileński” nr 151, 3.06.1938 r., s. 6
Сdn ■

Komentarze

  1. js0vfd wow, awesome article.Really looking forward to read more. Really Great.

  2. „I used to be recommended this blog via my cousin. I am now not certain whether this publish is written through him as no one else understand such detailed approximately my difficulty. You’re incredible! Thanks!”