Leon Moenke, Tundra

6. Głęboki jar przeciął nam drogę. By się nie spotkać z ludźmi, których głosy rozlegały się ze wszystkich stron, pobiegliśmy w dół, nie bacząc na stracony trud wdzierania się na te wyżyny. Na dole, na brzegu szumiącego strumienia, za krzakami, sądziliśmy, że jesteśmy w bezpiecznym ukryciu i zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i dla zaspokojenia pragnienia.
Zerwawszy przy okazji parę krzaków czernic, które teraz już nie wydały się nam tak smaczne i słodkie jak niegdyś, po krótkim odpoczynku rozpoczęliśmy znów wędrówkę w górę.
Po 10-15 minutach wyszliśmy z pasa przyrzecznych, dolinowych lasów na obnażone, porośnięte tylko mchem, góry – właściwą tundrę.
W dole pod nami szumiała rzeka ze swymi wodospadami i widać było chaty i białe namioty we wsi. W małym zagłębieniu pod skałą zatrzymaliśmy się na odpoczynek i naradę. A było nad czym naradzać się. Jaka jest obecnie nasza sytuacja i co dalej czynić?
Rozpoczęliśmy od stron dodatnich. Do tego usposabiało nas dotychczasowe powodzenie i przyjemne uczucie sytości. A więc: byliśmy już na drugim brzegu trudnej do przebycia rzeki, byliśmy nasyceni, odczuwaliśmy ciepło na całym ciele, a co najważniejsze – zapasy nasze były uzupełnione. Mieliśmy chleb, masło, ryby – czego mogło wystarczyć na dwa pełne dni. Była to zdobycz nie byle jaka.
Lecz sytuacja nasza miała i strony ujemne. O ile dotąd nikt nie wiedział o miejscu naszego pobytu, to teraz o naszym przebywaniu w tundrze wie już cała wieś, w której ponadto znajduje się posterunek GPU.
Jeśli wie cała wieś, to będzie widziało i GPU.
Ten wniosek przyprawił nas o silny niepokój. Groziła nam teraz pogoń.
„Kurier Wileński” nr 139, 22.05.1938 r., s. 8

Zadowolenie z powodu zaspokojenia głodu i zaopatrzenia się w prowiant prysło. Zaczęliśmy teraz oceniać wszystko z punktu widzenia bezpieczeństwa.
Mimo to nie żałowaliśmy decyzji przeprawienia się przez rzekę w łódce.
Innego wyjścia nie było. Byliśmy zbyt wyczerpani, by drogą okrężną szukać innej przeprawy. Przedsięwzięcie to było połączone z ogromnym ryzykiem, ale nie było jednak pozbawione nadziei na powodzenie.
Teraz, gdyśmy już nie byli głodni, ocenialiśmy nasz postępek jako szaleństwo.
Teraz dopiero zdawaliśmy sobie sprawę, jak nikłe mieliśmy szanse powodzenia. Pomimo całego sprytu i panowania nad sobą, zawdzięczaliśmy nasze powodzenie tylko tej okoliczności, że podczas naszego pobytu w chacie, nie zawitał do niej ani żołnierz GPU, ani żaden aktywny członek sielsowietu lub jakiś geolog z prawdziwego zdarzenia. Tak, był to wyjątkowy zbieg szczęśliwych okoliczności, któremu możemy zawdzięczać dobry efekt naszego szaleństwa.
Żeś role swe odegraliśmy bez zarzutu – o tym świadczy fakt, że mamy możność kontynuowania naszej podróży. Lecz czy dziś udało się nam całkowicie uśpić wszelkie podejrzenia i wątpliwości u spotkanych tam ludzi?
Wątpiliśmy w to. Wiele szczegółów z naszego pobytu w chacie włościańskiej zdawało się to potwierdzać.
Szczęśliwy koniec tej eskapady zawdzięczaliśmy głównie trzykilometrowej odległości naszej chaty od posterunku GPU i sielsowietu.
Uważaliśmy jednak za rzecz możliwą, że GPU już rozpoczęło poszukiwania.
Ewentualność pogoni stanęła przed nami w całej swej grozie.
Dzisiaj jeszcze musimy w jaki bądź sposób dojść do granicy, przejść te 20 kilometrów, które nas od niej dzielą – tak zdecydowaliśmy.
Wstaliśmy. Spojrzałem na niebo, by określić kierunek. Lecz na niebie nie było żadnego jaśniejszego punktu. Całe było zasłonięte czarnymi chmurami.
Zacząłem błądzić wzrokiem po wszystkich stronach, szukając jakichś wskazówek co do kierunku naszej dalszej podróży. Lecz na próżno. Przed nami i po bokach rozciągała się jednostajna, falista nico, pokryta mchami tundra. Ani śladu drzewa lub jakiegoś krzewu. Gdzie rzucić okiem, wszędzie jednostajne morze mchów. Tak trudnego do orientacji miejsca nie spotykaliśmy przez cały czas naszej włóczęgi.
Gdyś bezradni szukaliśmy jakiegoś wskaźnika kierunku podróży, lunął deszcz połączony z wichurą.
Musieliśmy się ukryć pod skałą, którąśmy niedawno opuścili.
Wiatr z ulewnym deszczem napawały nas nadzieją, że rychło to się skończy i znów ukaże się słońce.
Lecz wiatr ustał, a ulewa przemieniła się w drobny jesienny deszcz, któremu zdawało się nie będzie końca.
– Nie będziemy siedzieli tu w nieskończoność na oczach tej przeklętej wsi! – zawołałem i podniosłem się z miejsca.
Wlazłem na skałę, która służyła nam jako schronisko przed deszczem i znów zacząłem badac okolicę.
– Lonku, Lonku! – przerwała moje obserwacje żona. – Patrz, ścieżka! Ścieżka wydeptana ludzkimi nogami.
Gdy byłem zapatrzony w przestrzeń, ona tym czasem badała bezpośrednio otaczające nas miejsca.
Dokąd prowadziła ta ścieżka? Wydobyłem mapę. Mniej więcej dwadzieścia kilometrów na północny zachód od wsi, na brzegu morza, mapa wykazywała jakąś osadę. Nie mieliśmy wątpliwości, że ścieżka prowadzi do owej osady. Stamtąd odległość do granicy wynosiła zaledwie 10 kilometrów.
A więc mamy już szczegół orientacyjny.
Lecz czy można zeń skorzystać? Przecież, o ile zostanie zorganizowana pogoń, przede wszystkim skierowana zostanie na tę ścieżkę. Przecież to nie ulega wątpliwości.
A przypadkowe spotkania?! Przecież na to jest ścieżka, by z niej korzystali ludzie.
Staliśmy niezdecydowani.
Czy iść po tej pozbawionej wszelkich wskaźników orientacyjnych, gołej, monotonnej, pagórkowatej tundrze? Bez słońca? Na oślep?
Na pewno byśmy zbłądzili, poszli w niewiadomym kierunku i, kto wie, może trafilibyśmy na to samo miejsce.
Co począć? Nocować tutaj, w pobliżu tej wsi, gdzie wszyscy wiedzą o naszej wędrówce przez tundrę, nie miało najmniejszego sensu, tym bardziej że pogoń za nami była więcej niż pewna.
Pozostawać tutaj – to znaczy zginąć.
Zdecydowaliśmy kontynuować rozpoczętą dziś z rana grę „va banque”.
Ruszyliśmy wydeptaną ścieżką. Nadziei na dojście dzisiaj do granicy nie było. Mieliśmy bowiem przed sobą nie 20, lecz 30 kilometrów.
A godzina już była późna. Była już czwarta (według naszego zegarka), gdy ruszyliśmy ścieżką.
Około godz. 6 wieczorem raptem spod nóg naszych z krzykiem frunęła kuropatwa. Ponieważ w pobliżu nas znów opadła na ziemię, można było z tego wnioskować, że jest ranna.
– Łap ją! – krzyknęła żona.
„Kurier Wileński” nr 140, 23.05.1938 r., s. 6

Rzuciłem się za ptakiem. Po krótkich wysiłkach miałem już go w ręku. Prawe skrzydełko było uszkodzone: zerwana skóra razem z piórami. Któż by to mógł uczynić? Czy jakiś drapieżny zwierz, czy ptak, czy też jakiś przechodzień uderzeniem kamienia zranił kuropatkę? Mniejsza o to. Najważniejsze to, że mieliśmy już ją w ręku. Ptak był wyjątkowo tłusty i duży. Było to bardzo solidne uzupełnienie naszych prowiantów. Znów los nam sprzyjał.
Po pewnym czasie, zatrzymawszy się na brzegu ruczaju, żona zajęła się dobiciem ptaka i wypatroszeniem go.
Zaledwie zdążyła rozpocząć te czynności, gdy zza wzgórza naprzeciw nas ukazały się jakieś trzy postacie. O ucieczce nie mogło już być mowy.
Należało kontynuować podróż, by rozmowa przy spotkaniu ograniczała się do wymiany paru zdań. Żona żwawo porwała za torbę podróżną, pomogłem jej zarzucić ją na plecy, i ruszyliśmy na spotkanie nieznajomym.
Po paru chwilach mogliśmy już wyraźnie rozróżnić, iż są to trzy kobiety. Miało to swe dobre i złe strony. Skoro są to baby, więc nie jest to władza, lecz za to posiadają przysłowiowe babskie języki… Jednak westchnęliśmy z ulgą. Bądź co bądź niebezpieczeństwo było mniejsze, niż mogłoby być przy innym spotkaniu.
– Dobry wieczór – zabrzmiało chóralnie, gdy dziewczęta zbliżyły się do nas.
– Dobry wieczór! – odpowiedzieliśmy i zatrzymaliśmy się, gdyż trzy nimfy zatarasowały nam drogę.
– Dokąd idziecie? – spytała jedna z nich.
Wymieniłem nazwę osady.
– Oj-jej! – odparła. – Do zmroku nie zdążycie. Będziecie zmuszeni przenocować w tundrze.
– A czy daleko jest jeszcze do wsi? – spytałem.
– Pół drogi. A kto wy jesteście? – spytała nie bez ciekawości.
– Badacze – geologowie. Złota i żelaza szukamy. Będziecie mieli dopiero kosy! – dodałem z uśmiechem.
– A ja was znam – zawołała dziewczyna radośnie – Wy jesteście Iwanow, już po raz drugi idziecie do nas. W roku ubiegłym jużeście wszak byli…
– Mylicie się. W roku ubiegłym nie ja byłem, był ktoś inny.
Nie przyznawałem się do znajomości, by nie wsypać się podczas dalszej rozmowy.
Towarzyszki jej z ciekawością przyglądały się naszej kuropatwie.
– Widzicie – rzekła żona – kuropatwę złapaliśmy rękami. Była ranna.
Nic nie mówiąc, dziewczęta z zazdrością spoglądały na naszą zdobycz.
– A dokąd wy idziecie? – spytała teraz kolejno.
Dziewczęta wymieniły nazwę wsi, którą żeśmy przed dwiema godzinami opuścili.
– Szczęśliwej drogi! – rzekłem.
– Wam również – odpowiedziały chórem.
Miałem wrażenie, że nasze odpowiedzi zostały przyjęte za dobrą monetę. Uwierzono nam.
– Bądź co bądź nie ulegało wątpliwości, że o tym spotkaniu za parę godzin będzie wiedziałą cała wieś. Nie mogło to ujść uwagi i GPU. Pogoń w ślad za nami po ścieżce nabierała coraz większych cech prawdopodobieństwa. Również niewykluczone było, że wieś, do której zdążaliśmy, zaalarmowana telefonicznie, wyśle swych ludzi na nasze spotkanie.
A słońce jak na złość nie chciało się wychylić zza chmur i nie pozostawało nam nic innego, jak uczynić wysiłek, by dojść do celu wcześniej i ukryć się w lasach, nim nasze nimfy staną w dolinie rzecznej.
Gnani tymi obawami bez odpoczynku kroczyliśmy dalej.
Zmierzch zapadał, gdy na horyzoncie ujrzeliśmy wyraźne sylwety gór. Podwoiliśmy wysiłki, by dziś jeszcze stanąć u mety.
Noc zapanowała już niepodzielnie, gdyśmy rozpoczęli schodzić w dolinę.
Kurier Wileński” nr 145, 28.05.1938 r., s. 6

Tundra w tym miejscu całkowicie zmieniła swój charakter. Zamiast falistego gruntu mieliśmy przed sobą skały i urwiska, a w zagłębieniach napotykaliśmy na błota i stawy.
W ciemności gubiliśmy drogę, wpadając w błota, to znów odnajdywaliśmy ją.
Chcieliśmy koniecznie zejść w dolinę, dojść do lasu i tam, ukryci przed wiatrem i oczami ludzkimi, pozostać na nocleg. Perspektywa nocowania tutaj, gdzieśmy się znaleźli, na tym odsłoniętym dla wszystkich wiatrów miejscu, nie uśmiechała się nam stanowczo. A po wtóre chcieliśmy dojść do wyznaczonej przez się mety.
Lecz w końcu doszliśmy do przekonania, że nie bacząc na przykrości z tym połączone, musimy pozostać na noc tutaj, na górze, o ile nie chcemy utonąć w błocie lub połamać sobie rąk i nóg.
Na domiar złego znów się rozpoczęła wichura z deszczem.
Znalazłszy względnie suche i zasłonięte skałą miejsce, rozlokowaliśmy się na nocleg.
Tak się zakończył ten obfitujący w przygody i wzruszenia dzień naszej podróży.

Skradamy się
Następnego dnia niebo się wypogodziło.
Szybko złożyliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Miejsce zmieniło się do niepoznania. Góry urwiste otaczały dolinę.
Skradając się dotarłem nad brzeg urwiska i zacząłem badać okolicę.
Pod urwiskiem, w lewo od nas, po obu brzegach rzeki rzucona była dość duża wieś, ginąca za zakrętem. Za rzeką widniała znów goła tundra górska. Tylko w dolinie, wzdłuż rzeki i na pochyłościach górskich ciągnęły się błotniste łąki i cherlawe brzozowe lasy.
Postanowiliśmy okrążyć wieś z lewej strony, zbadać tę jej część, która pozostawała ukryta przed naszymi oczyma, i przeprawić się przez rzekę powyżej wsi.
Z tak ułożonym planem zaczęliśmy schodzić szparkim krokiem. Rychło w skalnych wąwozach natrafiliśmy na krzaki brzozowe. A jeszcze niżej – na zarośla lasu brzozowego.
Mówiąc o krzakach brzozowych i zaroślach, mam na myśli nie ścielącą się po ziemi i sięgającą zaledwie kolan człowieka roślinność, lecz bardziej wybujały gatunek brzozy, sięgający wzrostu człowieka, a nawet przekraczający go.
W niedużym wąwozie, na brzegu strumienia, rozlokowaliśmy się w dobrym humorze dla spożycia śniadania.
Podczas śniadania nie znajdywaliśmy słów uznania dla naszej wczorajszej gospodyni. Ryba była doskonała, a o chlebie nie było co i mówić.
Po obfitym śniadaniu, któreśmy popili doskonałą zimną wodą ze strumienia, ruszyliśmy dalej, brnąc wśród brzozowych zarośli.
Strumień skręcał w prawo, musieliśmy więc z nim się pożegnać i znów zaczęliśmy wchodzenie na górę. Poruszaliśmy się nadzwyczaj cicho, zachowując wszelkie środki ostrożności, nie mówiąc nic do siebie, a gdy zachodziła potrzeba zamienienia paru słów, mówiliśmy szeptem, ponieważ w każdej chwili spodziewaliśmy się spotkania z ludźmi.
Zaledwieśmy zdążyli wejść na wzgórze, gdy wtem, prawie tuż przy nas, rozległy się głosy kobiecy i dziecinny. Powstrzymaliśmy krok i przykucnęliśmy. Tutaj, mniej więcej dziesięć kilometrów od granicy, każde spotkanie z ludźmi było nader niepożądane.
Przykucnięci, prawie pełzając po ziemi, zaczęliśmy wymijać te głosy, wytężając słuch.
Z wielką ulgą skonstatowaliśmy po pewnym czasie, iż sąsiedzi zostali poza nami i oddalają się od nas.
Kurier Wileński” nr 146, 29.05.1938 r., s. 8

Było nam to bardzo na rękę, gdyż pionowe urwiska skalne zwisały już nad nami, a krzaki na pochyłości, na której żeśmy się znajdowali, stawały się coraz rzadsze. Skały przyparły nas do samej wsi. Nie tylko mogliśmy widzieć w najdrobniejszych szczegółach, co się dzieje na najbliższych podwórkach, lecz zupełnie wyraźnie słyszeliśmy wszystkie rozmowy, nie rozumiejąc oczywiście ani słowa.
Posuwanie się naprzód w tych warunkach było nadzwyczaj uciążliwe. Byliśmy zmuszeni przebiegać od krzaku do krzaku, chroniąc się poza nami. Było to nieustanne „Wstań – padnij!”. Po każdym przebiegu, ukryci za krzakiem, pilnie badaliśmy, czy nie zauważono nas z pobliskich chat. Po stwierdzeniu, że ludzie nie przerywają swych prac, znów rzucaliśmy się do następnego, najbliższego krzewu. Była to stała zmiana porywczego, naprężonego ruchu i całkowitego bezruchu. Serce to zamierało w piersiach, to zdawało się, że wyskoczy gardłem. Nigdy jeszcze w życiu z taką siłą nie doznawałem tego uniżającego, podłego, tamującego dech w piersiach uczucia strachu, jak właśnie w chwilach okrążania wsi. To podłe uczucie bardziej dręczyło i wyczerpywało, niż wczorajszy „taniec nad przepaścią”, oko w oko z przeciwnikiem.
Na domiar złego natrafiliśmy na psa. Gdzieś zupełnie blisko nad nami przy każdym przebiegu, przy każdym nieznacznym szeleście, wywołanym przez nas, pies zaczynał ujadać, paraliżując ruchy.
Czy był to pies myśliwski czy pasterski – nie mogliśmy się zorientować. Pianie koguta, następnie ryk krowi i beczenie kóz, naprowadziły nas na domysł, iż jest to pies wartowniczy, pilnujący ukrytej przed naszymi oczami chaty, zasłoniętej górą i drzewami.
Сdn ■
Na szczęście wiatr nam sprzyjał i pies nie mógł nas zwęszyć. Posuwając się dalej, pozostawiliśmy za sobą i tę „przyjemność”. Jednocześnie wybrnęliśmy z wąskiego miejsca doliny, gdzie prostopadłe skaliste urwiska przypierały nas ku samej rzece i wiosce. Góry szerokim półkolem otaczały wieś i nic nam innego nie pozostawało jak iść wzdłuż nich skrajem lasu.
Gdyśmy osiągnęli przeciwległy kraniec, myśleliśmy, że już okrążyliśmy wieś. Niestety. Wlazłszy na górę ujrzeliśmy, iż na przeciwległym brzegu rzeki znajduje się dalszy ciąg wsi. Tutaj również ujrzeliśmy solidny, dominujący nad innymi, gmach z antenami. Nie ulegało wątpliwości, iż jest to posterunek pograniczny GPU.
Znów trzeba było, zachowując wszelkie ostrożności, prześlizgiwać się dalej przez miejscowość żłobioną głębokimi i stromymi wąwozami, w górę, na dół, znów na górę, znowuż w dół itd.
Okalanie wsi w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca przeprawy przez rzekę na skutek konfiguracji terenu trwało długo.
Do godz. 6 wieczorem trwała ta męcząca podróż.
Wielka była nasza radość, gdy nareszcie zza drzew usłyszeliśmy szum wody, nie widząc jeszcze rzeki.
Biegiem podążaliśmy ku upragnionej przeprawie. Miejsce było dobre. Woda sięgała mi zaledwie do pasa. Była to najlżejsza z naszych rzecznych przepraw. Po pięciu minutach brodu byliśmy już na przeciwległym brzegu. Przewidująco rozejrzeliśmy się dokoła, skoczyliśmy w krzaki i prędko ubraliśmy się.
Wlazłszy na dość wysokie przybrzeżne urwisko, ruszyliśmy błotnistą łąką, która szerokim pasem ciągnęła się między rzeką a górami na zachodzie.
Ponieważ zbliżał się wieczór, a wieś już pozostała stosunkowo daleko, szliśmy dość śmiało.
Szliśmy tak do pierwszego lasku i wąwozu.
Wkroczyliśmy do lasu i zbliżywszy się do skraju wąwozu, raptem usłyszeliśmy gwizd oraz głosy męski i kobiecy.
Zamarliśmy bez ruchu i głosu. Co by to mogło być? Skąd i co robią ci ludzie tutaj o tak spóźnionej porze? Na odpowiedź czekaliśmy niedługo. Przeciągły ryk bydła sprawę wyjaśnił. Było to pastwisko dla krów.
„KW” nr 148, 31.05.1938 r., s. 5.

Komentarze

  1. Ms2AmT There is certainly a great deal to find out about this topic. I really like all the points you ave made.

  2. „A large percentage of of whatever you point out is supprisingly legitimate and that makes me ponder the reason why I hadn’t looked at this with this light before. Your article really did turn the light on for me personally as far as this specific subject matter goes. Nonetheless there is actually one particular issue I am not too comfy with so whilst I try to reconcile that with the central theme of your position, permit me see exactly what the rest of the visitors have to point out.Well done.”

  3. „Unquestionably believe that which you said. Your favorite reason seemed to be on the net the simplest thing to be aware of. I say to you, I certainly get irked while people consider worries that they just don’t know about. You managed to hit the nail upon the top as well as defined out the whole thing without having side-effects , people can take a signal. Will likely be back to get more. Thanks”