Leon Moenke. Tundra 2

2. Na skutek tego wyboru postanowiliśmy jak najrychlej, póki nie jest za późno, póki nie natknęliśmy się jeszcze na patrol, usunąć się z miejscowości nadbrzeżnej. Lecz zaledwie ruszyliśmy w drogę, usłyszelismy poza sobą odgłos kroków. Obejrzeliśmy się. Dwóch mężczyzn w uniformie marynarzy, z karabinami na ramieniu, doganiało nas żwawym krokiem.
Był to patrol z ochrony wybrzeża.
Nie zwalniając kroku, szliśmy dalej.
– „Kuda probirajeteś, rebiata?”1 – rozległo się poufałe pytanie, gdy marynarze zrównali się z nami.
– Nie skradamy się, lecz wracamy – odparłem takim ostrym tonem, że młodzi żołnierze zdębieli.
Po tym oświadczeniu z miną obrażonej godności zamilkłem, nie odzywając się ani słowem.
Zdetonowani z powodu swej niewłaściwej poufałości i mojego odparcia, zdezorientowani naszym pełnym godności zachowaniem się, tonem, w którym brzmiał szacunek i poczucie własnej winy, spytali:
– Może jesteście badacze geologowie?
– Nie. Turyści z Murmańska. Wracamy z wycieczki w góry – odrzekliśmy spokojnie i rzeczowo.
– A gdzie w Murmańsku mieszkacie? – spytali, patrząc na nas badawczo.
– W N-m internacie – odrzekliśmy.
Była to instytucja ciesząca się „dobrą” reputacją.
– A w jaki sposób przejechaliście na ten brzeg? Łodzią motorową?
– Tak. Łodzią motorową – odparłem.
Ta, podpowiedziana mimo woli przez nich, odpowiedź, podziałała na nich uspokajająco (łodzią motorową można płynąć tylko posiadając przepustkę).
– Ciężko jest wam to dźwigać – zwrócił się jeden z nich współczująco do żony, spoglądając na jej torbę podróżną i zmęczony wygląd, jakby pragnąc w ten sposób okupić swą niewłaściwą poufałość.
– Nic, głupstwo – odparła żona z miłym uśmiechem.
– A jednak nielekko, a do przejazdu jeszcze daleko – zauważył „kurtuazyjnie” drugi. – Wątpliwą jest rzeczą, czy zastaniecie teraz łódź motorową. Chodźmy lepiej z nami. Blisko stąd jest sowchoz OGPU. Tam przenocujecie, a jutro z rana pojedziecie do Murmańska – dodał uprzejmym tonem.
– No, łódź motorową jeszcze zastaniemy i na nocleg trafimy do domu. Po co nadużywać uprzejmości. Dziękujemy za gościnność, towarzysze! – odrzekłem.
I w tejże chwili spokojnie, z godnością, lecz stanowczo, jakby kończąc przypadkową pogawędkę podróżną, podałem mu dłoń.
– Szczęśliwej drogi, towarzysze! – rzekłem.
– Wzajemnie… Szczęśliwej drogi! – odparli.
Skonfudowani z powodu swej poufałości, którą udało mi się tak dobrze odparować, zdezorientowani naszym zachowaniem i tonem odpowiedzi, nie wpadli nawet na pomysł sprawdzenia dokumentów.
Zaledwie na zakręcie znikli nam z oczu, rzuciliśmy się w stronę lasu, dalej od brzegu, wdrapując się na stromą górę.
Gdyśmy już byli na szczycie, żona na skutek zapadającego zmroku i zmęczenia wpadła po kolana w rzadkie, cuchnące błoto i zwichnęła sobie prawą rękę. Jedyna para pończoch, włożona na powitanie norweskiego czy fińskiego miasta, przesiąkła błotem, i żona, jak prawdziwa niewiasta, zapominając o zwichniętej ręce – zaczęła utyskiwać z powodu zabłoconej „tualety”. Rozweseliło to nas oboje, pomimo niedawnych przeżyć.
1Dokąd się skradacie, młodzieniaszki?
„Kurier Wileński” nr 121, 4.05.1938 r., s. 3

Zatrzymaliśmy się na chwilowy odpoczynek. Niebezpieczeństwo minęło. Pozostało tam, w dole, poza nami.
Ruszyliśmy dalej. Przeszedłszy przez wielką połać błota, zatrzymaliśmy się w lesie, na następnej górze, na nocleg. Zmęczenie i ogarniające nas ciemności uniemożliwiały bowiem dalsze posuwanie się naprzód.
Zaczął mżyć deszcz. Lecz byliśmy na to przygotowani. Opuszczając Murmańsk, wobec braku w mieście płaszczy, brezentu, ceraty, w ostatniej już chwili znaleźliśmy w pewnym sklepiku pół tuzina gumowych fartuchów. Przykryci obecnie tymi fartuchami zasnęliśmy snem sprawiedliwych, postanawiając, wobec całkowitego fizycznego i moralnego wyczerpania, następny dzień poświęcić na odpoczynek.

Dzień odpoczynku
Zmęczeni ośmiodniowym przemarszem i przeżyciami dnia ostatniego spaliśmy dość długo. Już słońce było wysoko, a zegarek wskazywał godzinę 10 czy 11, gdyśmy się zbudzili. Zbudziło mnie głośne nawoływanie się w lesie. Byli to mężczyzna i kobieta z dziećmi z pobliskiego sowchozu OGPU, zbierający jagody. Można sobie wyobrazić, co by nas czekało, gdyby zastali nas śpiących w lesie. Lecz i nieśpiących oczekiwał los nie lepszy. Przerażony rozbudziłem żonę. Nie potrzebowałem jej nic mówić, gdyż w tejże chwili rozległy się w pobliżu nas nawoływania: „Pietia! Kola! Żenia!”. Nie zamieniając ze sobą ani słowa, momentalnie zebraliśmy nasze rzeczy i zwinęliśmy koce i fartuchy. Chowając się za drzewami, opuściliśmy niebezpieczne miejsce. Oddaliwszy się od ludzi na należyty dystans, postanowiliśmy iść nie śpiesząc się w kierunku jeziora, odległego o 10 z górą kilometrów od Murmańska w nadziei, że może tam uda się nam spędzić spokojnie resztki naszego dnia wypoczynkowego.
O godz. 1 po południu na brzegu górskiej rzeczki urządziliśmy popas. Potem, nie śpiesząc się zbytnio, ponieważ droga do jeziora nieodmiennie wspinała się w górę, ruszyliśmy dalej i około godz. 6 wieczorem bez przygód przybyliśmy do pierwszego jeziora. Lecz rychło usłyszeliśmy wystrzał i ujadanie psów. Bliskość Murmańska i tutaj dawała znać o sobie. Pozostawanie tutaj w tych warunkach było połączone z ryzykiem. Lada chwila mogliśmy się natknąć na myśliwych lub na psy. Jak najrychlej należało podążać do następnego jeziora, by tam spędzić resztki dnia przeznaczonego na wypoczynek. Aby się prędzej stąd wydostać, zdecydowaliśmy się brnąć przez ciągnące się na naszej drodze błoto. Lecz zaledwie rozpoczęliśmy tę wędrówkę, już żałowaliśmy. Kępy spotykało się coraz rzadziej, nogi coraz częściej zapadały w błoto powyżej kostek. Błoto stawało się coraz płynniejsze. Chwilami mieliśmy wrażenie, że grunt kołysze się pod nogami. Była to część górskiego leśnego jeziora, stosunkowo niedawno zarośniętego. Zaczęliśmy napotykać oka wody ledwie przykryte zieloną pleśnią. Nie wykluczona była ewentualność zaprzepaszczenia się w takiej ukrytej studni.
Jednak los nam sprzyjał. Wydostaliśmy się stopniowo na wyżej położone i mniej grząskie miejsca. Kępy napotykało się coraz częściej. Szczęśliwie przebrnęliśmy przez to przeklęte miejsce.
Miejsce, w którym znaleźliśmy, było porośnięte mchami najrozmaitszych kolorów i odcieni, rzadkimi krzakami i niskorosłą ścielącą się po ziemi brzozą. Patrząc na tę przyziemną roślinę z nadzwyczaj drobnymi liśćmi, trudno było nawet ją uznać za gatunek brzozy. Tylko na brzegach stawów, od strony gdzie nie dosięgały wiatry północno-wschodnie, zarośla innego gatunku krzaczastej brzozy stawały się gęstsze i wyższe. Przypuszczając, że niebezpieczeństwo już minęło, ruszyłem wzdłuż drugiego jeziora przez prawie pozbawioną roślinności okolicę.
Iść było lekko, przyjemnie i nogi nie bolały. Wydawało się, że idziemy po miękkim dywaniku.
– Hej, stój! – rozległo się nagle w pobliżu.
„Kurier Wileński” nr 122, 5.05.1938 r., s. 3

Zatrzymałem się jak wryty. Zauważono mnie. Jednocześnie byłem zaniepokojony losem żony, która kroczyła opodal. „Niechby nie wyłaziła z krzaków! Niech się choć ona uratuje”! Bez ruchu stałem kilka sekund. Widząc, że nikt się ku mnie nie zbliża, rzuciłem się na ziemię i potoczyłem się z góry w krzaki. Po chwili ukryty w krzakach ujrzałem żonę ostrożnie pełznącą ku mnie. Dałem jej znak, by się powstrzymała.
– Hej, wstań! – znów się rozległo wołanie.
Leżeliśmy bez ruchu.
– Misza! Idź w lewo!
Za chwilę rozległ się nowy okrzyk, tym razem z drugiego brzegu jeziora:
– Iwan! Chodź tutaj! Ruszaj w prawo, tam lepiej!
– Tu jest lepiej!
Odetchnęliśmy. Nie zauważono nas. Okrzyki te były nie pod naszym adresem. Podnieśliśmy głowy i usiedliśmy. To była ochrona pogranicza, gepiści z Murmańska, przybyli na polowanie na dzikie kaczki i pardwy. Głosy rozlegały się ze wszystkich stron i nawet w pobliżu nas. Jeżeli nas dotąd nie zauważono, to może to nastąpić lada chwila. Spotkanie z nimi, rzecz oczywista, nie wróżyło nam nic dobrego. Trzeba było uciekać jak najśpieszniej i jak najdalej stąd.
Wciąż odczuwało się bliskość Murmańska.
Bez głosu, pełzając między krzakami, posuwaliśmy się w kierunku trzeciego jeziora, większego od poprzednich. Lecz tego dnia stanowczo nie mieliśmy szczęścia. Skradając się między krzakami, by się skryć przed oczyma myśliwych, spłoszyliśmy stado pardw, które z szumem i krzykiem wzbiły się w górę.
– Co za licho tak nam przeszkadza?! – zabrzmiał gniewny i władczy głos z drugiego brzegu.
Usiłując już nie tylko ukryć się przed oczyma srogich, a rozgniewanych myśliwych, lecz i nie płoszyć przedmiotu ich pożądania – dzikie ptactwo, szczęśliwie wydostaliśmy się z obławy.
Dzikim kaczkom i pardwom podczas tej obławy również sprzyjało szczęście, gdyż rychło zaczął padać deszcz i już do naszych uszu nie dochodziły odgłosy strzałów.
Odszedłszy jeszcze dalej, w lasku składającym się z małych brzóz, podobnych z wyglądu do naszych młodych drzew owocowych, na brzegu ruczaju przystanęliśmy dla spożycia kolacji.
Stałem zwrócony twarzą do żony. Wtem bez słowa dała mi znak, bym przysiadł. Usiadłem i spojrzałem poza siebie. W dole, w milczeniu, jak cienie, posuwało się gęsiego sześciu mężczyzn. Pierwszy z nich niósł karabin w pogotowiu. Następni nieśli w rękach nieduże walizki, ostatni zaś coś na kształt składanego kajaka. W zapadającym zmroku, jak cienie, bezgłośnie prześlizgnęli się obok nas. Co to byli za jedni, nie wiemy, może „myśliwi”. Lecz walizy, cisza z jaką kroczyli w kierunku Murmańska o zmierzchu – wszystko to zdawało się świadczyć, że byli to kontrabandziści.
Tak czy owak, ze względów na ostrożność po ich przejściu ruszyliśmy dalej i zatrzymaliśmy się na nocleg dopiero u trzeciego jeziora. Tymczasem lał deszcz. Takeśmy spędzili nasz „dzień odpoczynku” 9 (? – przyp. Redakcja) września.

Jeśli ginąć, to razem
Przez całą noc lało bez przerwy. Deszcz ustał dopiero około południa dnia następnego. Pogoda, dotychczas nieskazitelna, zaczęła zawodzić, od naszego powrotu do Murmańska. Ruszyliśmy w drogę dopiero około godz. 11:30.
Zaczęliśmy okrążać jezioro. Olbrzymia góra stromym urwiskiem zwisała nad nim. Chcąc nie chcąc musieliśmy wdrapywać się na nią. Gdyśmy już byli na szczycie, myśliwi znów dali znać o sobie. Z dołu dolatywały nas odgłosy wystrzałów i ujadanie psów. Lecz nam już nic nie groziło. Jednakże uznaliśmy za wskazane posunąć się dalej i rychło odgłosy polowania zacichły.
Dzień minął bez przygód i przykrości za wyjątkiem tej, iż nasza mapa (skala: 1 cent. = 10 km) wskazywała równą białą plamę tam, gdzie była cała grupa dużych jezior, które nie mogły być przeoczone przez jej twórców, o ile by ci wykazali chociażby minimum sumienności w pracy. Znaleźliśmy się więc w sytuacji Kolumbów, odkrywających nowe Ameryki. Jednym słowem – byliśmy pozbawieni mapy, gdyż posiadana przez nas nadawała się li tylko do tego, by wisieć w gabinecie sowieckiego biurokraty.
„Kurier Wileński” nr 123, 6.05.1938 r., s. 3
Cdn ■

Komentarze