Jerzy Chmielewski. Od Redaktora (2/2015)

Jerzy ChmielewskiNa początku stycznia w Dużym Formacie Gazety Wyborczej ukazał się poruszający reportaż pod niepokojącym tytułem „Gdzie podziali się nasi Białorusini?”. Tytuł jest mylący, ale tylko pozornie. Mógłby bowiem wskazywać, że mowa o wyludnionych wsiach na Podlasiu, przedtem od wieków zamieszkałych przez ludność białoruską i nawiązywać do dylematów opisywanych w Cz. Do jednej z przyczyn tego exodusu, i to bardzo bolesnej, tytuł jednak się odnosi. Reportaż przywołuje bowiem okrutne zbrodnie na ludności białoruskiej z lat 1945-46. Na Białostocczyźnie było wówczas bardzo niespokojnie, tamte czasy miały znamiona wręcz wojny domowej.

Tragiczna prawda o tamtych czasach w dużej mierze uległa zapomnieniu. W zbiorowej pamięci przetrwały tylko zbrodnie, dokonane na ziemi bielsko-hajnowskiej przez oddział

„Burego”. Równo za rok przypadnie okrągła – siedemdziesiąta – rocznica tamtych krwawych wydarzeń. Na nie mniej okrutne zbrodnie w kilkudziesięciu innych miejscowościach opadła już kurtyna zapomnienia. Swego czasu w Cz opublikowaliśmy listę kilkuset Białorusinów, którzy zginęli po wojnie z rąk band i polskiego podziemia, bez wyjątków gloryfikowanego obecnie jako żołnierze wyklęci. Kilka lat temu ukazała się też licząca sześćset stron „Księga pamięci prawosławnych mieszkańców Białostocczyzny, ofiar wydarzeń z lat 1939-1956”. Napisał ją Konstanty Masalski, główny inicjator postawienia w Białymstoku pomnika tychże ofiar (w księdze wymienił 4700 nazwisk). Władze nie zgodziły się na jego lokalizację w centrum miasta. Ostatecznie pomnik stanął na uboczu, przy jednej z białostockich cerkwi.

Władze, a najbardziej Instytut Pamięci Narodowej, nie chcą przyznać, że białoruskie ofiary – nie wszystkie oczywiście – zginęły przez nienawiść oprawców do mniejszości. A przecież nie ulega wątpliwości, że ci „polscy patrioci” Białorusinów (prawosławnych) postrzegali – przeważnie niesprawiedliwie i bezpodstawnie – jako komunistów, zmuszając ich pod groźbą śmierci do wyjazdu za wschodnią granicę. Okazję zwietrzyli też zwyczajni bandyci i złodzieje, którzy pod przykrywką „wojska polskiego” na masową skalę rabowali Białorusinów z dobytku.

W reportażu w Dużym Formacie jego autorka – Karolina Słowik –  przytacza szereg takich niechlubnych przykładów z opowieści świadków tamtych wydarzeń. Ich kanwą są poszukiwania prawdy historycznej, a zarazem własnej tożsamości, przez pochodzącą z Białegostoku a mieszkającą w Warszawie młodą białoruską artystkę, Aleksandrę Czerniawską, o której swego czasu pisaliśmy również w Cz. Te smutne wspomnienia dotyczą rodzinnych okolic jej dziadków, na zachód od Białegostoku, gdzie w wyniku powojennej tragicznej nagonki nie ostał się potem żaden Białorusin (stąd tytuł reportażu).

Oprócz bolesnych wspomnień zasmuciły mnie też wypowiedzi obecnych mieszkańców tej podbiałostockiej miejscowości (Zaczerlany w gminie Choroszcz). O Białorusinach, którzy tam przedtem tłumnie mieszkali, prawie nikt już nie pamięta. Nikomu ze współczesnych – w większości przyjezdnych – do głowy nie przychodzi, że mieszkali tu od wieków. Ci, co cokolwiek o prawosławnych w tej wsi słyszeli, są święcie przekonani, że to… car ich sprowadził, a większość umarła na zarazę przed pierwszą wojną światową. Są to fałsze i mity o nas, polskich Białorusinach, od lat powielane przez pewne środowiska (nawet naukowe), co wynika najczęściej z uprzedzeń lub najczęściej ze zwykłej niewiedzy.

Po lekturze reportażu zrobiło mi się jeszcze smutniej, gdy uświadomiłem sobie, jak niewielu z nas zna historię swych rodów i rodzinnych miejscowości. Nie mamy zwyczaju poznawania genealogii przodków, spisywania dziejów swych małych ojczyzn i lokalnego nazewnictwa, aby nasze korzenie i tożsamość nie uległy zapomnieniu.

Historia najbliższych, rodzinnych, terenów niezwykle mnie frapuje. Od kilku lat badam dzieje swego podkrynkowskiego Ostrowia. Jest to o tyle trudne, że zachowało się niewiele informacji i dokumentów historycznych, które w dodatku rozsiane są po archiwach w kraju i za granicą – w Grodnie, Mińsku, Wilnie, Moskwie, Petersburgu. Pokaźnym źródłem wiedzy jest internet, dostępnych w nim jest coraz więcej zdigitalizowanych archiwaliów.

Szczególnie dociekam samych początków, bo mój Ostrów, okazuje się, liczy co najmniej pięćset lat. Jako historyk – amator odkrywam nieprawdziwość niektórych opinii i hipotez, wysnutych przez specjalistów z tytułami naukowymi. Nielogiczne wydaje się chociażby stwierdzenie, powtarzane we wszystkich monografiach i opracowaniach historycznych, jakoby tereny Podlasia w XIII i XIV wiekach były bezludne. Tereny te musiały być zamieszkałe ciągle, skoro z tamtych – jaćwieskich – czasów przetrwały ślady grodów i cmentarzysk. Gdyby przez tak długi okres nie było tu żywego luda, to kto przekazałby późniejszym osiedleńcom niezrozumiałe im nazwy rzek i osad, które od XV w. nanoszono na „słowiańskie” już mapy?

Nazwa Ostrów bez wątpienia jest słowiańska i oznacza wyspę, choć niekoniecznie na wodzie. Osadę z pewnością nazwano od miejsca, na którym została założona. Hipotetycznie mogła to być nieporośnięta albo wykarczowana wyspa pośród nieprzebranej puszczy, jaka w średniowieczu, jak mówią kroniki, gęsto porastała te tereny. Długi czas byłem o tym mocno przekonany, gdyż istnienie tu w przeszłości jeziora, a na nim wyspy, od razu odrzuciłem ze względu na kształt terenu. Niedawno jeszcze raz wnikliwie wszystko przeanalizowałem i teraz jestem już pewien, że nazwa mojej wsi ma jednak powiązanie z wodą. Mój Ostrów został założony rzeczywiście na wyspie – pośród mokradeł. Są one wyraźnie zaznaczone na dawnych mapach. W przeszłości w pobliżu przepływało mnóstwo rzeczułek i strumyków. Brały one początek z sadzawek (nazywano je łuhi), wpadały do obecnych rzek, ale o dużo już węższych teraz korytach – Starynki, a nią do Słoi i Supraśli. Jedna taka rzeczka opływała i przecinała nawet naszą wieś. Do dziś jej koryto po roztopach zapełnia się spływającą z pól wodą, raz w roku znów zamieniając się w rzekę i to czasem rwącą. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa w kilku miejscach niebezpieczne trzęsawiska z mchu na wodzie. Zatem Ostrów na pewno powstał na wyspie jako „suchym lądzie”.

Na szczęście takich jak ja pasjonatów lokalnej historii stale przybywa. Ukazują się monografie naszych miasteczek, a nawet zwykłych wsi. Takich treści jest też coraz więcej w internecie, a niektóre miejscowości, nie tylko gminne, posiadają już własne strony, gdzie spisywane są też lokalne dzieje, zwyczaje oraz – co bardzo ważne nazewnictwo i oryginalne słowa w miejscowym Taką wiedzę koniecznie trzeba utrwalać i propagować, aby zachować i przekazać kolejnym pokoleniom historyczną tożsamość naszego regionu. Aby znali ją też przyjezdni, których w białoruskich gminach z każdym rokiem przybywa. I żeby nikt nikomu nie musiał zadawać pytania „Gdzie podziali się nasi Białorusini?”.

Komentarze

  1. Since the publiication of the Society’s 2006 CPG, there have been major advances in measurement and
    testosterone testing.

  2. By way of example, a randomized clinical trial published in the Journal of the American Medical Association” in 1998 discovered that significant weight loss
    was not produced by taking Garcinia cambogia.