Jerzy Chmielewski, Od Redaktora (11/2015)

Jerzy ChmielewskiTak się złożyło, że w tym roku i w Polsce, i w Białorusi październik był miesiącem wyborczym. Tam i tu wyniki najważniejszych elekcji politycznych zaskoczeniem nie były. Aleksander Łukaszenka po raz kolejny wygrał wybory prezydenckie i wszystko wskazuje na to, że najwyższy urząd w białoruskim państwie zamierza sprawować dożywotnio. Polacy zaś 25 października w wyborach parlamentarnych opowiedzieli się za zmianami, ale to również nie było przecież żadną sensacją.

Systemy ustrojowe, a co za tym idzie mechanizmy wyborcze, w Polsce i Białorusi znacznie się między sobą różnią. Za wschodnią granicą wciąż mamy do czynienia z państwem autorytarnym. Aleksander Łukaszenka nieprzerwanie od 1994 r. sprawuje rządy twardej ręki, łamiąc często demokratyczne standardy. Ma jednak na to przyzwolenie obywateli, dla których liczy się nade wszystko spokojne życie. Skutecznym straszakiem Łukaszenki teraz są krwawe wydarzenia na Ukrainie z ostatnich kilkunastu miesięcy, co oczywiście umiejętnie wykorzystał w przedwyborczej agitacji.

Taki, odbiegający od współczesnych norm ustrojowych, obecny kształt państwa białoruskiego nie budzi już kategorycznego sprzeciwu Unii Europejskiej i USA, które zaraz po wyborach zgodnie zapowiedziały złagodzenie, a nawet zniesienie, gospodarczych i politycznych sankcji. Białoruś pod rządami Łukaszenki jak na razie w niczym bowiem światu nie zagraża. Polska zdaje się również z tym się pogodziła i choć ta kwestia w kampanii przed wyborami parlamentarnymi prawie nie była podnoszona, to w relacjach Warszawy z Mińskiem należy raczej oczekiwać ocieplenia. Nie muszę przekonywać, że dla naszej mniejszości taki zwrot w polityce byłby niezwykle pomocny dla zachowania i rozwoju swojej tożsamości.

Zwycięstwo Łukaszenki w październikowych wyborach prezydenckich jest niepodważalne, lecz liczby podane przez państwową komisję wyborczą mogą już budzić wątpliwości. Czy jest to możliwe, że frekwencja wyniosła prawie 90 proc.? Tak wysoki wskaźnik nie zawsze udaje się osiągnąć nawet w krajach, gdzie udział w wyborach jest obowiązkowy i za niegłosowanie płaci się karę finansową, np. w Szwajcarii czy Grecji. Wiadomo przecież, że część wyborców nie mogła wziąć udziału w głosowaniu, bo w tym czasie przebywała za granicą. Szacuje się, że w ostatnich latach corocznie emigruje – głównie z przyczyn ekonomicznych, ale też politycznych – 150 tys. Białorusinów. Wyjeżdżają w 85 proc. do Rosji, pozostali do krajów Unii Europejskiej, przede wszystkim do sąsiedniej Polski i na Litwę.

Zadziwia też niewiarygodnie wysoki procent – blisko 85 – głosów oddanych na Łukaszenkę i znikomy na pozostałych kandydatów (jedyna przedstawicielka opozycji Tacciana Karatkiewicz uzyskała niecałe 4,5 proc.). Możliwość manipulowania podliczaniem głosów daje nieprzejrzysty, daleki od demokratycznych standardów, sposób przeprowadzenia wyborów. W składzie komisji wyborczych praktycznie nie było przedstawicieli opozycji, zaś obserwatorzy zagraniczni podczas zliczania głosów byli wypraszani. Trwające tydzień przedterminowe głosowanie teoretycznie umożliwia też podrzucanie kart do urn wyborczych.

W kodeksie białoruskim są jednak i pozytywne rozwiązania, które gdyby wprowadzono w Polsce, z pewnością uzdrowiłyby przebieg kampanii wyborczej, a oddane głosy rzeczywiście odzwierciedlałyby preferencje wyborców. Teraz tak nie jest, gdyż kształtują je przedwyborcze sondaże oraz ilość i wielkość plakatów z wizerunkami kandydatów. Białoruskie media natomiast praktycznie nie informują o słupkach poparcia. Każdy z kandydatów bezpłatnie ma jednakowy (godzinny) czas antenowy w radiu i telewizji oraz kolumnę w państwowej gazecie. Na sfinansowanie dodatkowych wydatków obowiązuje równy dla wszystkich niewielki limit.

Na białoruskim modelu w Polsce z pewnością skorzystałyby niewielkie ugrupowania. Wyborcy poddają się bowiem sondażom i nie głosują na komitety na granicy progu wyborczego, bo uważają, że ich głos będzie stracony. Partia Razem, największa niespodzianka październikowych wyborów, z pewnością zdobyłaby więcej głosów, gdyby wyborcy głosowali zgodnie ze swymi przekonaniami, a nie kierowali się psychologią tłumu. Ta nowa formacja jako jedyna zrobiła wielki ukłon w stronę naszej mniejszości. Na jej liście w Podlaskiem znaleźli się młodzi ludzie bez kompleksów, otwarcie identyfikujący się – na czele z liderem – z naszym środowiskiem. Nawet swą ulotkę wydali także w wersji białoruskojęzycznej.

Wyniki pokazały wyraźny spadek naszego poparcia dla Platformy Obywatelskiej. Ta centrowa partia w ciągu ośmiu lat swych rządów występowała na Podlasiu jako orędownik społeczności białoruskiej i prawosławnej. Jednak na tym polu niewiele zrobiła, poza wsparciem w pozyskaniu milionowych funduszy na renowację monasteru w Supraślu i lokalizacji fabryki koncernu Ikea na terenie gminy Orla. Oczywiście za czasów rządów PO, tak jak w całej Polsce, na Podlasiu również przybyło wielu nowych dróg, wodociągów, kanalizacji, ale nasz region nadal jest zapóźniony cywilizacyjnie i gospodarczo w stosunku do centralnej i zachodniej Polski. Jesteśmy jednym z najszybciej wyludniających się miejsc w kraju. Młodzi stąd wyjeżdżają do większych miast i za granicę, bo tu nie ma pracy, a jeśli jest, to za niewielkie pieniądze.

Przede wszystkim z tychże demograficznych względów mandatu senatora w południowym okręgu nie zdobył Eugeniusz Czykwin. Z jego zachodniej części, gdzie mieszkają głównie katolicy, ludności tak masowo nie ubywa, wciąż zakładane są tam nowe rodziny i rodzą się dzieci. Tamtejsi wyborcy to twardy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, w dodatku bardzo zdyscyplinowany, bo frekwencja zawsze jest tam wyższa niż u nas na wschodzie. Co prawda poprzednio mandat senatora w tym okręgu bez problemów zdobywał Włodzimierz Cimoszewicz, pokonując kandydata PiS, ale liczył się tu jego polityczny autorytet jako byłego ministra i premiera polskiego rządu. Czykwin mógł w zasadzie liczyć tylko na głosy prawosławnych, a to zdecydowanie za mało.

Nikt spośród kandydatów odwołujących się do korzeni białoruskich do Sejmu nie wszedł. Najbliższy zdobycia mandatu był prawnik konstytucjonalista Jarosław Matwiejuk, który startując z ostatniego miejsca listy PSL uzyskał drugi wynik. Jednak to ugrupowanie ledwie przekroczyło próg wyborczy i z Podlaskiego wprowadziło do Sejmu tylko jednego posła – lidera listy, marszałka województwa Mieczysława Baszkę.

Drugi wynik na liście uzyskał także wystawiony przez Zjednoczoną Lewicę Aleksander Sosna. Koalicja ta nie przekroczyła jednak wymaganego 8 proc. progu wyborczego i lewicy teraz w ogóle nie będzie w polskim parlamencie. W poprzednich wyborach w Podlaskiem lewica zawsze najwięcej głosów zdobywał właśnie od elektoratu białorusko-prawosławnego. Dzięki temu kilkakrotnie posłem z tej listy był Eugeniusz Czykwin, niezależnie z którego miejsca startował. Niedostanie się do Senatu oznacza pewnie koniec jego politycznej kariery.

Падводзячы падзеі мінулага месяца для нас, беларусаў – там і тут – бадай ці найважнейшым было, аднак, тое, што напярэдадні прэзідэнцкіх выбараў у Беларусі лаўрэатам Нобелеўскай прэміі ў галіне літаратуры стала беларуская пісьменніца, Святлана Алексіевіч. Гэта гістарычны дзень для Беларусі, бо яна – першая наблістка з гэтай краіны. Хаця па-беларуску не піша і прэмію атрымала за творчасць на рускай мове.

Komentarze

  1. gzGrFz Way cool! Some very valid points! I appreciate you writing this post and the rest of the site is also very good.