Eugeniusz Kabatc. Młyn nad Narewką (6)

Piotr Kabac, stryj autora (zdjęcie z 1938 r.)

Rozdział VI

Zdradzeni przed świtem

 

i nie przebaczaj
zaiste
nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych
których zdradzono o świcie

strzeż się jednak
dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze
swą błazeńską twarz”
(Zbigniew Herbert, „Przesłanie Pana Cogito”)

 

I zbiegli się wszyscy bliscy z Planty do pociągu naszego na stacji Narewka, na małym dworcu jak Mała Narewka, którego już jednak nie było, jak nie było już wszystkich z tych narewkowskich stron, bo ocalonych została tylko garstka, tym mocniej garnęli nas do serca. Wjeżdżaliśmy w ten nowy polski świat, tam dalej już nieznany, kierując się ku Ziemiom Odzyskanym, więc uzupełniali nam zapasy prowiantowe wędzonkami z wiejskich komór, ciesząc się, że będziemy znowu w tym samym kraju, martwiąc się, że jednak nie tak blisko siebie.

A tu, w zwykle gwarnym domu dziadka, zrobiło się pustawo. Ciocia Tania z mężem Kieroszą przeniosła się do swojego nowego domu po drugiej stronie drogi, wujek Antoni wyjechał z rodziną na ziemie zachodnie, wcześniej wujek Kola zginął w Białymstoku z rąk niemieckich, a wujek Alosza pożegnał się z ojcem na zawsze [„A szto ja zrabliu, synok, z twajej czastkoj ziemli”? „A rabicie, szto choczacie”!] i uszedł przed frontem, przez Ruskimi, w głąb Europy… Tylko młyn wujka Filipa wciąż pykał swoją „fajkę” nad dachem motorowni…

A po domu Kabaców na Bieglukach czerniały tylko zgliszcza. Jednego Piotra, który za Niemców był wójtem w Narewce, ruscy deportowali do Omska, drugiego Piotra, który także po wojnie sekretarzował w gminie, zastrzelili Polacy… Cichym szeptem dzieliły te wieści ciocie z mamą, a słowo b a n d y pojawiało się w ich ustach, jak w kokonie lęku.

Jak to Polacy? – wzdrygnąłem na myśl o tym, że mój brat Jurek, polski żołnierz frontowy przecież, walczy teraz z bandami właśnie na południu kraju. Tam panoszą się upowcy, a tu kto? Akowcy? Miałem już szesnaście lat, wjeżdżaliśmy tym długim, towarowym pociągiem repatriacyjnym do polskiej ojczyzny, pociąg, choć stary i przepełniony ludźmi i zwierzętami, tocząc się po nowych szynach PKP, ułożonych niedawno ciężką pracą robotników na torowiskach niszczonych systematycznie przez cofających się Niemców, wiózł nas do kraju już wolnego od wojny. Wkrótce, jak tylko miniemy puszczę, w sklepiku przy stacji w Hajnówce usłyszę po raz pierwszy skierowany do mnie zwrot „proszę pana”. W tym dorośleniu pojawiały się inne miary wydarzeń i jakby próba już rozumienia ich i ocena. Ba, nawet osądzania. To w tym wieku młody człowiek odnajduje w sobie ową pewność siebie, wspartą ideałem nabytym z lektur, komunikującym się teraz ze światem dorosłych negatywnie, czasem wręcz buntowniczo. Wszak to świat niesprawiedliwy, zarządzany głupio i okrutnie, ze skutkiem wojny i tych zniszczeń wokół… Kiedy mijaliśmy ten nasz most nad Narewką, a jeszcze nim pociąg z łoskotem zanurzył się w puszczę, przez szeroko rozsunięte ku wiośnie drzwi wagonu mogłem jeszcze spojrzeć ku spalonej wsi Kabaców, w stronę tego domu z pamięci, w którym już nigdy nie spotkam się ze swoimi w rodzinnym komplecie – i coraz wyraźniej traciłem tę cenną pewność siebie, która szczęśliwie pozwoliła mi przetrwać moje zielone, choć krwią znaczone, lata. Nagle puszcza przestała być zrozumiała, także na drugim jej krańcu, w Hajnówce, choć ludzie mówili po polsku, strasznie się bali Polaków, tych leśnych, wciąż palących wsie, których nie zdążyli spalić Niemcy.

 

I oto powracam tu po roku, wjeżdżam do puszczy od zachodu, po wyborach i referendum, wioząc w sobie nową polskość, kształtowaną teraz w tej szczególnie patriotycznej szkole, jaką było liceum w Kwidzyniu nad Wisłą. Powstało ono na kilka lat przed wojną jako zdobycz mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich, płacącej potem za to krwawym haraczem życia. Szlachetna to była polskość, nie mściwa… Tu, gdy pociąg z Warszawy wtaczał się na Podlasie, wagony w środku milkły, białoruskie uczucia, język taiły w sobie i aż do końca, do granicy, tutejsi wśród pasażerów lękliwie spoglądali za okna, niepewni, czy pociąg nie zatrzyma się gdzieś w polu lub w lesie, a napastnicy nie zaczną wyławiać czerwonych i ruskich. „Bywa, bywa” – poburkiwano półgębkiem . „Bandy z bronią chodzą, strzelają nie na wiwat. Jak toj raz u Naraucy, pamiatajesz”?

Odpowiada stryjenka Maria już w Narewce: „Pamiataju”. Prowadzi mnie do mogiłki stryjka Pieti na prawosławnym cmentarzu za cerkwią. Mówi, powtarza, jakby moje wyrzuty sumienia i jej się udzieliły. Chce zagadać tę chwilę, tę swoją postawę niezbyt stanowczą, gdy szwagier zaczął zbierać się do wyjścia z domu, choć dnia było jeszcze tak mało. „Nie chadzi tam, Pietia, siadzi sionnia u chaci, prasiła, ale jon, durny, służba, każa, biez mianie gminu razniesut! Mieszkał z nami, słuchał mnie czasem, czemuż ja jego wtedy nie zatrzymała”? „Przyszliby po niego i nas by postrzelali”. Stryjek Iwan macha z rezygnacją ręką i rozgląda się bezradnie po cmentarzu. „Za rzadko tu bywamy”, stwierdza ze smutkiem, bo nie od razu odnajduje grób brata.

Mieszkają teraz znowu na Bieglukach, powrócili wiernie na swoją ziemię w zgliszczach. Dziadek Konstanty wprzągł do nowej roboty także swego najmłodszego, Pietię, który miał zatroszczyć się o przydział budulca z puszczy. Gdy się przenieśli, na cmentarz zrobił się niemały spacer. Ale zaniedbana pamięć ożywa i dokucza również po wojnie. Porządkujemy grób pełni gorzkich myśli, wplątanych w obrazy ze wspomnień cioci Marii. Jesteśmy najbliższymi Piotra: stryjek Jan to brat, stryjenka Maria – bratowa, ja – bratanek [od brata Aleksandra]. On, najmłodszy z rodzeństwa, kształcony na nauczyciela, usadowił się w końcu w gminie, przetrwał Polskę przedwojenną, sowietów, Niemców, znowu sowietów i nie zdążywszy założyć własnej rodziny, padł z rąk maruderów z AK. Nie, nieprzypadkowo – to był z zimną krwią zaplanowany mord. Oszukany przez polskich terrorystów z lasu, którzy, przebrani w mundury czerwonej władzy, zeszli ze Świnorojów do kościoła, by stamtąd o świcie, konwojując rzekomych bandytów, wtargnąć na posterunek milicji i do urzędu gminy, a potem krwawo rozprawić się z przedstawicielami miejscowej administracji. Jeszcze raz tutejsi zapłacili za odwagę gospodarowania na swoim…

Trzeba było całej epoki w nieustannym wahadle wysokich i niskich czynów, by na kanwie splecionych i splątanych strzępów opowieści, sprzecznych opinii i komentarzy, stworzyć własny obraz tamtego feralnego dnia i rozumieć sens dokonanych mordów. Szkopuł w tym, że tego nie da się zrozumieć, ta część polskiej historii była bez sensu. A Białorusini zawsze i przez wszystkich byli zdradzani jeszcze przed świtem…

Wojna miała się ku końcowi, daleko na zachodzie Niemcy gotowali się do kapitulacji, tu, wokół wiosennej puszczy, ludzie gotowali się do spokojnego życia i budowali nowe domy. Nad ranem 17 kwietnia 1945 roku, w najczarniejszej części nocy, karniacy z oddziału majora Łupaszki, wbrew rozkazom dowództwa AK przebijający się tędy z Wileńszczyzny, przebrali się w leśniczówce na skraju miasteczka za enkawudzistów i berlingowców, by od kościoła, z pomocą miejscowych konfidentów, skierować się w stronę posterunku milicji.

O dalszym ciągu wydarzeń opowiada mi mój stryjeczny brat Wiktor, z którego pamięci – niechętnej powrotom – wydobyłem, co następuje:

„Przed oddziałem prowadzono trzech „bandytów” ze związanymi rękami. Do drzwi posterunku podeszło kilku akowców w mundurach ludowego wojska. Zażądano otwarcia posterunku i osadzenia w areszcie zatrzymanych „bandytów AK”. Milicjanci dali się nabrać. Rozbrojono ich zamknięto… Niewielka grupa, już bez przebrania, wtargnęła do urzędu gminnego i do szkoły. Z gminy wyprowadzono Piotra Kabaca i Leszczyńskiego. Kierownika szkoły Wołkowyckiego zabrano z lekcji. […] W czasie wtargnięcia akowców do szkoły lekcje prowadziła nasza wychowawczyni, pani Jadwiga Stulgich. Przez okno zobaczyła, że wyprowadzają Wołkowyckiego – otworzyła drzwi i kazała nam uciekać. Nasza gromadka z Zabłotczyzny i Minkówki dobiegła do rzeki i jej brzegiem uciekaliśmy do mostu, przy którym był wodny młyn. Zatrzymaliśmy się, bo po drodze zgubiliśmy Galę Biegluk i Zdanowską z Zabłotczyzny. Wtedy usłyszeliśmy serię wystrzałów z broni maszynowej i kilkanaście pojedynczych. Skazanym strzelano najpierw w nogi, a potem dobijano ich z pistoletu. Tak rozstrzelano wszystkich, także milicjantów… Kiedy dotarliśmy do mostu, oddział pośpiesznie wracał już do Świnoryj. Ale dostrzegł nas, pamiętam, taki jeden bardzo wysoki z automatem na ramieniu, podbiegł do nas, zabrał nam woreczki [tornistrów jeszcze nie mieliśmy] i wrzucił do rzeki ku uciesze kompanów (nie wiem dlaczego, ale nie poczuliśmy wtedy strachu i pewnie dlatego tak dobrze to zajście pamiętam). W woreczkach mieliśmy po czarnej tabliczce, grysiku do pisania, po kawałku szarego papieru i chemicznym ołówku. Był tylko jeden zeszyt, w kratkę, do rachunków…

Po egzekucji na drewnianym słupie elektrycznym wywieszono wyrok: „Za zdradę Ojczyzny sąd polowy skazał na śmierć działaczy PPR i komunistów – wyrok wykonano”. Podpisał: „kpt. Burza”.

Relacja Jerzego Szymaniuka w książce „Piękno Ziemi Narewkowskiej” niewiele się różni: Por. Nowina w przebraniu sowieckiego kapitana prowadził grupę żołnierzy w berlingowskich mundurach, konwojujących sześć osób ucharakteryzowanych na ujętych członków organizacji AK i dezerterów z LWP. Grupa „Nowiny” nie wzbudziła podejrzeń.[…] Została wpuszczona na posterunek MO, ponieważ wzięto ją za pododdział KBW. Milicjantów rozbrojono bez walki. Szeregowych puszczono wolno. W tym czasie przybyła pozostała część oddziału z mjr. Łupaszką. Przeprowadzono rekwizycję żywności w miejscowej spółdzielni. Zerwano linię telefoniczną, zniszczono centralę i aparaty telefoniczne. Przed opuszczeniem miasteczka przystąpiono do likwidacji sowieckich agentów i informatorów, zgodnie z opracowaną wcześniej listą, na której znaleźli się sekretarz GRN Piotr Kabac, wójt gminy Jan Leszczyński, gajowy Mikołaj Lewsza oraz nauczyciel Aleksander Wołkowycki, a także komendant milicji, który jednak zdążył uciec”.

A Zarząd Gminny w swoim raporcie z tych krwawych wydarzeń, opracowanym w dwa tygodnie później, donosi, że „w dniu 17 IV rb. między godz. 9 a 10 rano na os. Narewka napadła banda, która ukrywa się w miejscowych lasach. W czasie napadu dwóch z bandy napadło na lokal Zarządu Gminnego i jeden z bandytów wpadając do kancelarii Zarządu Gminnego pytał się: „Banditow zdieś niet?”, i zaczął plądrować po szufladach stołów, domagał się dokumentów partyjnych. Po splądrowaniu wybiegł na ulicę z powrotem wrócił, a z nim drugi z karabinem, którzy rozkazali pracownikom oraz wójtowi gminy zejść do gabinetu sekretarza i zaczęli legitymować, żądając dokumentów. Jeden z bandy stojąc w drzwiach z karabinem, a drugi przy biurku z automatem zapytał się na stojącą kasę – co to jest i podszedł z wójtem i rachmistrzem Kabacem do kasy, zabrał gotówkę w sumie 9000 zł oraz spisy mężczyzn urodzonych w latach 1927-1911 włącznie. Po zabraniu gotówki obrewidował wójta gminy i Kabaca Piotra i zabrali z sobą, których postrzelali w Narewce koło posterunku milicji, a pozostałym pracownikom powiedzieli, aby nie wychodzili do ich przyjścia. Oprócz wyżej wymienionych zostali zabici: Wołkowycki Aleksander – radny gminy i Lewsza Mikołaj – gajowy…”.

I jeszcze takie czyjeś znaki pamięci po wojnie na tej nieszczęsnej ziemi: „II wojna światowa to dla nich kilka zagubionych na niebie bomb. Strach przychodzi w 1945 roku i ma oczy Żołnierzy Wyklętych. Dziadek Sulimy zamiast w polu, stoi z grabiami na krańcu wsi. Znają los Zaleszan, Potoki, Krasnej Wsi, gotowi są walić w krowie dzwonki, gdyby z lasy wyszli wyklęci”. To z najnowszej książki Marcina Kąckiego „Białystok, biała siła, czarna pamięć”, która nie zamyka spisanych i niespisanych scen i obrazów z tej „siódmej pieczęci” bratobójczej historii. Cień rzuca cień. Najciemniej jest przed świtem, to wtedy rozum usypia najmocniej i rodzą się demony. I te czynów morderczych, i te późniejszych lęków. Coraz mniej jest świadków, krew na dokumentach płowieje, pamięć chroni się w dobrotliwym kokonie czasu. I gdy kultura życia zamienia przeszłość w historię, jej nieudana córa-polityka, niczym wiedźma nad tyglem trucizn, budzi widma dalekiej wojny i ich ofiary. Aż po ofiary ofiar…

7 komentarzy

  1. Jesse Strader of Fight Manufacturer, Lancaster, California viewed
    fairly remarkable in his first round submission victory over Borayo San Diego, of Fight Ugly, CA.
    There wasnot a minute when Strader wasn’t in charge
    of the fight and 90% of the time from your top-mount.

Comments are closed.