Mam tak mało czasu przed sobą, że robi mi się strasznie. Mam mało czasu i widzę swoje straszne życie. Miałam i mam straszne życie. Pełne osobistych dramatów, o czym już pisałam, więc teraz tylko wspominam. A tu mizogini (mizogin to lichy pospolity typ) rzucili się na mnie jak terroryści — bez powodu, a raczej z głupim powodem — z zawiści o mój rozum. Mam taki rozum, jaki mam, raz duży, raz mały, ale własny i odporny na cięgi. Cięgi otrzymuję od osób, zamkniętych w gotowych formułkach, w zawiści, w przesądach.
Przed laty pewien mężczyzna powiedział mi następujący komplement: rany, w życiu nie spotkałem tak konwencjonalnej kobiety, tak bardzo żeńskiej, tak kobieco ubranej i bez żadnych kompleksów!
Mężczyzna ten chciał się z miejsca wiązać ze mną na całe życie, ale ja nie chciałam, ponieważ on był kolejarzem, a u mnie w rodzinie wszyscy byli kolejarzami i wtedy ja od tego uciekałam jak najdalej. Po latach zachorowałam na nostalgię za pociągami do tego stopnia, że napisałam moją „kolejową” opowieść pt. „Ta opowieść jest za szybka, któż ją wytrzyma!”. Opisałam w niej życie pary kolejarzy, poniekąd mając na uwadze życie moich rodziców, a przede wszystkim dałam w niej drugie życie pociągom towarowym, które jechały pod naszymi oknami tam i z powrotem przez most na Świsłoczy. Tęsknię do tych pociągów.
Do tamtego domu, do torów, do śnieg na torach, do hałasu pociągów, do gwizdka pociągów.
Na Nowy Rok życzę wszystkim moim czytelników i w ogóle wszystkim, umiejętności prawienia szczerych komplementów kobietom. Żonom, siostrom córkom. Kobietom przed chwilą poznanym. Kobietom młodym i kobietom starym. Szczery komplement to najprawdziwsze złoto. Zauważyłam, że dziś takie szczere, niewymuszone komplementy to rzadkość. I rzadkością są osoby bez kompleksów. Życzę też, aby tęsknota, taka jak moja, nie miała przed sobą przepaści lub pustej przestrzeni.
Ale miałam coś opowiedzieć o żywej ikonie. Tak przy okazji świąt Bożego Narodzenia i na Nowy Rok.
Życzę wszystkim świata bez przemocy, domowej, światowej, ulicznej i każdej innej. Życząc tak, jestem urwana z choinki?
Dobrze, mogę być urwana z choinki, ale tak życzę. Nie znoszę przemocy.
Chcę dać światu moje oczy.
Bizantyńskie oczy.
Duchowość dziś zamiera równie błyskawicznie, jak białoruskość. No to daję moje bizantyńskie oczy.
Opowiem znowu coś spomiędzy świata i nieświata. Nie wiem, co to było, ale było.
Na ścianach mam obrazy mojej, zmarłej tragicznie, córki. Obrazy bardzo sprawnie zrobione, piękne. Martwe natury. Córka malowała je jeszcze w czasie nauki w liceum plastycznym. Malowanie martwych natur ćwiczy rzemiosło. Na jednym z obrazów pękło szkło, w samym rogu i w formie pajęczyny. To działo się na moich oczach — obraz wisi wysoko, nikt go nie dotykał. Pod tym pęknięciem utworzyła się plama — czerwona jak świeża krew. Zanim obraz zagoił się, upłynęło kilka miesięcy — nastąpiło to w chwili, kiedy piszę te słowa, w grudniu 2011. Zbliża się styczniowa szósta rocznica śmierci córki. Przed każdą rocznicą zaczynam się wpatrywać w jej obrazy.
Szkło oczywiście pozostało pęknięte, ale plama zniknęła. Patrzę na obraz i widzę sprawnie namalowany obraz uczennicy liceum plastycznego. Piękna martwa natura. Farba była dobrze wyschnięta, nie pracowała pod szkłem.
Ja wiem, że dziś nauka twierdzi: wszystkim rządzi nasz mózg i to mózg podsuwa nam każdy obraz, każdy ruch, każdy sen. Tutaj jednak stało się coś, czego nie zaprojektował mózg. Teoria o mózgu jest wąska. Na pewno jednak da się to wytłumaczyć racjonalnie. Nauka ma dzisiaj teorię strun i to jest ważniejsze, szersze od teorii na temat mózgu. Zjawiska „chodzą” po strunach poza pracą mózgu i widzimy to i wiemy, czujemy, że to przychodzi do nas z zewnątrz. Najbardziej czują tę wędrówkę zdarzeń po strunach osoby z drugiego chrześcijańskiego płuca, z prawosławia. Coś w tym jest — jak to określił przed laty znakomity pisarz, Singer.
Rzeczywiście, jest. Jeśli teoria strun zaistniała w nauce, to jesteśmy u siebie. W tej teorii żyjemy w 10 wymiarach.
Życzę wszystkim na Nowy Rok żywych ikon, ale takich, które zwiastują szczęście. Życzę udanego obserwowania zjawisk, chodzących po strunach. Patrzmy na przedmioty, urządzajmy ładnie nasze mieszkania, doceniajmy estetykę. Pamiętajmy o bliskich, żywych i zmarłych.
Druga żywa ikona.
W przedpokoju na ścianach wiszą u mnie ikony, stworzone kiedyś przeze mnie. Ormiańskie, wczesne, kaligrafowane. Pewnego dnia ujrzałam na ramie jednej z nich trzy duże kropki, barwy karminowej. O średnicy naszej pięciozłotowej monety. Nie dotykałam ramy, nikt nie dotykał. Ikona wisi pod sufitem. Kropki znajdowały się w pionowym szeregu, identyczne. Byłam bardzo zdziwiona, wręcz wstrząśnięta — co to jest? Weszłam na stołek, dotknęłam palcem — była to ciecz. Jednak nie spływała. Wiele nie myśląc, sięgnęłam po szmatę i zmyłam to. Właściwie szkoda, bo mogłam oddać do laboratorium. Wyjaśniłoby się, co mi tak starannie napstrzyło na ramę ikony. Przychodzą do mnie żywe ikony i ja je zbyt często lekceważę, ponieważ chcę mieć umysł racjonalny. Gdybym wierzyła w cuda, uznałabym to za jakiś cud. Przypuszczałam, że to rama wydzieliła żywicę czy werniks, ale dlaczego tak starannie? Jakby odrysowano to z pięciozłotówki i wypełniono farbą. Jakby dokonał tego jakiś malarz. A jeśli było to wodniste, to dlaczego nie spływało? Gdybym wierzyła cuda, uznałabym to za znak czegoś dobrego lub czegoś złego.
Może — zwiastowało coś jednak? Skoro przez cały rok byłam nękana przez osoby niezrównoważone psychicznie…
Święta Bożego Narodzenia nie wprawiają mnie w jakiś szczególny metafizyczny nastrój, bo wiem, że to umowne święta. Rodzi się Bóg jako grudniowe niemowlę, a za kilka miesięcy będzie dorosłą wiosną. Święta wiążą się z porami roku, z ruchem planet. Z przesileniami. Nie pasują mi kalendarze, ja mam inny, prawosławny. A jednak zamyśliłam się nad ikonami, które do mnie przyszły.
Kiedy usiłuję przypomnieć sobie, ile dni w moim życiu było szczęśliwych, to wychodzi mi, że ledwie kilkanaście!
Na całe życie los mi dał tylko kilkanaście dni szczęścia!
Miłość do mężczyzny, szczęśliwa, ale zaraz nieszczęśliwa. Tej osoby już nie ma na tym bożym świecie. Druga miłość do drugiego mężczyzny. Zdarzają się nam wciąż dni szczęśliwe. Narodziny córek — wielkie szczęście. Krótkie. Obie zachorowały na straszne choroby.
Szczęściem, które dało mi wiele sił twórczych było olśnienie, dotyczące tożsamości: jestem kobietą i myślę kobietą; jestem Białorusinką i tęsknię za białoruskością. Tożsamość żeńską bardzo mocno poczułam w sobie, kiedy wspomniany wyżej mężczyzna, kolejarz, obdarzył mnie wspomnianym wyżej komplementem — o moim byciu kobietą bez kompleksów. Białorusinką jestem także bez kompleksów. Dopiero po dojściu do takiej dwojakiej tożsamości, uświadomiłam sobie, że bez niej byłabym co najwyżej samicą.
Ludzie jednak nie łączą się jako samica i samiec. Bez więzi duchowej nie ma udanych związków. Człowiek z człowiekiem wiąże się udanie wtedy, kiedy przekroczona zostaje samiczość i samczość. To oczywiste, ale mówię o tym, ponieważ oczywistość ta nie jest dziś taka oczywista, w epoce promocji burdelowości, pornografii, seksu jako szybkiego niezobowiązującego numerku, jak to wyraził pewien filozof.
Coś mi się wydaje, że dziś coraz trudniej o więzi duchowe, o przyjaźń, a wreszcie o czyste dusze.
Życzę wszystkim więzi czystych dusz. Przyjaźni.
Tak. Przyjaźni!
Przyjaźni na Nowy Rok.
Trudne do spełnienia życzenie, ale wołam o przyjaźń.
Jeśli nauka głosi teorię strun, po których chodzą, biegną, mkną zdarzenia, to może te moje życzenia będą miały moc sprawczą?
Istnieje też teoria superstrun, głosząca, że żyjemy w 26 wymiarach. Większości wymiarów nie dostrzegamy, co jest oczywiste.
Nieco sobie uprościłam teorię strun i superstrun, ze względu na to, że przed moimi oczami dzieją się żywe ikony, których sensu czy też przesłania nie rozumem, ale czuję, że coś ku mnie wędruje w ten sposób.
No to proszę te struny i superstruny o doniesienie moich życzeń do adresatów.
Jeszcze życzę ludziom, podobnym do mnie, z białoruskością w rodowodzie, pamiętania siebie.
Nie wstydźcie się łez, Jezus też płakał — cytuję tu wspaniałego poetę, Seiferta, a po to, aby ten wers przekształcić na kolejne życzenie: nie wstydźcie się białoruskości, popatrzcie, jak wielu się jej nie wstydzi.
Albo jeszcze inaczej: nie wstydźcie się białoruskości, wasza matka pierwsze słowa wypowiedziała w języku białoruskim.
I jeszcze inaczej: nie wstydźcie się białoruskości, wasi rodzice mówili do siebie i do was po białorusku.
Nie wstydźcie się białoruskości, wszyscy was bliscy zmarli byli Białorusinami.
Nie wstydźcie się białoruskości, w dzieciństwie matki śpiewały wam, nam, białoruskie kałychanki. Nie wstydźcie się białoruskości, bo jest miękka, dobra i nieustannie powraca w snach.
We śnie też mi się zdarzyła żywa ikona: śnił mi się szpital. Siedziałam przy stoliku, do którego podchodzili pacjenci i każdy z nich siadał przede mną, i opowiadał swój życiorys. W pewnym momencie siadł przede mną mężczyzna, który zaczął opowiadać swoje życie w naszym języku, zwanym językiem prostym, a podszedł do stolika z trudem, na dwóch laskach: — Ja ni mahu znajści majej chaty, ni mahu nijak wiarnucca u swaju chatu. Ja ad hetaho wielmi niszczaśliwy, ja od hetaho zachwareu. Maje nogi zachwareli. Ni mahu chadzić, kab znajści maju chatu. Ali znaju, szto i tak jaje ni znajdu. A mo znajdu? Pamaży mnie znajści maju chatu.
Mężczyzna przytulił się do mnie i zaczął płakać, coraz głośniej, a płacz przeszedł w wycie.
— Pamaży mnie znajści maju chatu — znowu o to poprosił i zaczął tym zdaniem krzyczeć.
Jeśli założymy, że teoria strun i superstrun ma sens, to przez ten sen przywędrowała do mnie czyjaś tęsknota za byciem u siebie i sen rzeczywiście dział się jako żywa ikona.
Życzę wszystkim śmiałości opowiadania takich snów. Niech się dzieje nasza teoria strun i superstrun. Niech nas zbliża, choćby przez takie sny.


Komentarz #1 wysłany 2012-01-06, 15:10:04
Komentarz #2 wysłany 2012-01-07, 14:07:04