Oniryczna Ilo na święta
„Od Stepana wyszła pijana, od Denisa wyszła łysa” — odważnie wyśpiewuje Ilo Karpiuk swój najnowszy, przygotowany specjalnie na święta, muzyczny projekt. „Nowa opowieść o kolędzie”, bo taki nosi tytuł, to historia oczekiwania i radości, w której duda rozmawia z akordeonem, instrumenty dialogują ze słowem. Autorka projektu wraz z muzykami — Michałem Mintą (akordeon), Jauhienem Barysznikawym (dudy, instrumenty perkusyjne) oraz gościnnie zespołem „Południce” zaprasza do karczmy Stepana i nad Dunaj, a to tylko niektóre miejsca tej muzycznej podróży z motywem kolędy w tle.
Na pograniczu polsko-białoruskim tego typu opowieści opowiada się coraz mniej. Muzycy proponują zatem, by szukać na innych pograniczach Białorusi, a to co odnajdziemy, posłuży zbudowaniu świątecznej atmosfery. „Siła przeżywania podczas każdego wykonania, siła każdego nowego odtworzenia niesie nas jednak zdecydowanie ku niebieskim przestworzom, bo w ludowym śpiewie tkwi prawdziwa tajemnica i niebanalny trans” — mówią autorzy projektu. Ilo kolęduje już drugi rok. Zeszłoroczny projekt był bardziej ekstrawagancki, znane prawosławne kolędy wykonano akustycznie w aranżacji iście rockowej. Udanym eksperymentem był wtedy chór kobiet z „Razśpiawanaha Haradka”.
Opowieść zaprezentowano w trzech miejscach — białostockiej „Famie”, Centrum Edukacji Promocji Kultury Białoruskiej w Szczytach oraz w Uniwersytecie Powszechnym w Teremiskach (16-18 grudnia). Koncert w Białymstoku odbywał się w ramach festiwalu Graficzny Białystok, a występ w Szczytach towarzyszył wernisażowi wystawy „Białorusini Podlasia”, zorganizowanej przez Związek Młodzieży Białoruskiej (projekt w ramach cyklu „Tradycyja, Suczasnaść, Buduczynia”).
Spektakl dźwięków rozpoczął się od tonacji molowych, zmuszając do stopniowego, transowego zanurzania się weń. Scenograficznym tłem była ciekawa projekcja z rzutnika — śnieżnobiały obraz z zarysami występujących muzyków. Dzwonki, bębenek, harmonia i dudy. W połączeniu z kilkoma parami głosów dawało to wrażenie wędrującej ulicami kolędniczej kapeli. Trochę na jawie, trochę we śnie, w powietrzu wisiała konwencja oniryzmu. Większość motywów muzycznych była znana, choć cechy aranżacji pozostały w pełni autorskie. Chórek trójki dziewcząt (nazywają się „Południce”) śpiewających manierą ludową nadawał całości klimatu rodem z bałkańskich rytmów muzyki Gorana Bregovicia. Muzycy rozkręcali się z każdym utworem, jak przystało na wprawionych kolędników, którzy nie ominą żadnej chaty we wsi. Z całą pewnością koncert był wydarzeniem w Szczytach i Teremiskach, które zgromadziły publiczność starszego pokolenia.
Czego w projekcie zabrakło? Przyznam szczerze, że zmylił mnie tytuł. Spodziewałem się widowiska słowno-muzycznego, choć namiastki pewnej świątecznej opowieści. Ze słów kolęd nie dało się wyciągnąć pewnej szerszej koncepcji bądź historii. Zawiodła również pogoda. Z bożonarodzeniowego koncertu wychodziło się w siąpiący deszcz, rozmywający świąteczne uczucia. Podsumowując, gratuluję autorce projektu, wykonanego w ramach stypendium prezydenta miasta Białystok. Po raz kolejny okazało się, że kultura białoruska ma w regionie swoich silnych i stałych przedstawicieli, którzy zaprezentują się nad wyraz świeżo, współcześnie i — co najważniejsze — na najwyższym poziomie.
Pieśni z Kożyna
Kożyno leży nad rzeką Łoknicą, na granicy powiatów bielskiego i hajnowskiego, w dolinie górnej Narwi, kilkanaście kilometrów na północny wschód od Bielska Podlaskiego. W Kożynie mieszkają dwie śpiewające panie Marie, przyjaźniące się od lat, spowinowacone — jak możemy przeczytać na wydanej niedawno płycie — przez więzy małżeńskie wnuka i wnuczki. „Teper to my wże ne tuolko koleżanki, ale rodzina” — mówią. A jak poznałem obie panie? jak dowiedziałem się o obu paniach i projekcie:
Niespodziewanie w Hajnówce Julita Charytoniuk zaprosiła mnie do Teremisek, gdzie za godzinę miała występować w ramach jakiegoś projektu i wręczyła mi płytę „Pieśni z Kożyna”. Dojechać nie zdążyłem, ale w domu posłuchałem płyty i już mailowo zapytałem o projekt. Julita odpowiedziała: Zanim trafiłam do Kożyna, jeździłam m.in. do wsi Soce. Jeździłam tam zarówno w celu zakupu zabytków (Julita pracuje w Białostockim Muzeum Wsi w Osowiczach), jak również w celu nagrywania tamtejszych pieśni. Przy którymś ze spotkań, gdy odwoziłam do domu Olgę Fiedoruk, dowiedziałam się (i tutaj przepisuję fragment z płyty: „Chcesz więcej pieśni? To ja cię do Kożyna zabiorę!”), że w Kożynie mieszkają panie, pamiętające jeszcze więcej dawnych pieśni niż panie z Soc. Dodatkowo Olga Fiedoruk (pochodząca z Kożyna) oznajmiła, że z przyjemnością mnie z nimi zapozna. I pojechałyśmy! I od tamtego momentu co jakiś czas zaglądam do Kożyna. Maria Denisiuk i Maria Jakimiuk śpiewają, opowiadają o pieśniach, o tym, kiedy się je śpiewało, kto je śpiewał, która z pieśni jest ich ulubioną. Snują wspomnienia z dzieciństwa — jak pasły krowy, jak pracowały w polu — przy sianokosach, żniwach, kopaniu ziemniaków etc. Opowiadają też o swoich „kompaniach” rówieśniczych, jak razem kolędowali, chodzili na zabawy do sąsiedniego Zubowa.
Przed dwoma laty Julita pisała na studiach podyplomowych pracę o tradycji wokalnej wsi Soce i Kożyno. Po obronie pracy jej promotor, dr hab. Piotr Dahlig, oraz recenzent owej pracy, dr Tomasz Nowak, zapytali, czy nie zechciałaby jej opublikować. Zachęciło to Julitę do napisania wniosku o dofinansowanie publikacji wraz z wydaniem płyty z nagraniami pochodzącymi z obu nadnarwiańskich wsi. Projekt jednak nie uzyskał aprobaty komisji. Niezrażona tym autorka napisała kolejny projekt — już tylko na wydanie płyty — i tym razem z sukcesem. Na pytanie, dla kogo płyta jest przeznaczona, Julita mówi, że chciałaby, żeby trafiła do pasjonatów i praktyków muzyki tradycyjnej, do instytucji kultury, bibliotek muzycznych, studentów, muzykologów, wszystkich tych, którzy odnajdują piękno w tradycyjnym śpiewie wsi naszego regionu. Na płycie, oprócz zarejestrowanych w Kożynie pieśni są też trzy zaśpiewane przez grupę „Południce”. Julita mówi o tym projekcie: Jesteśmy nieformalną grupą śpiewaczą, śpiewającą tradycyjne pieśni polskie, ukraińskie, od niedawna też białoruskie. Na płycie „Południce” śpiewają trzy pieśni z Kożyna. Założenie było takie, żeby pokazać, że mając lat 30 można śpiewać ludowe pieśni, można to lubić, można tym „zarażać” innych. Oby takie były odczucia słuchaczy!
Wystawa o nas
„Kim jesteśmy, jaką mamy historię, co nas inspiruje, skąd czerpiemy, co tworzymy, jak wiele mamy, co możemy, jacy jesteśmy, co dajemy, co nas kształtuje, jacy będziemy, czego potrzebujemy, jak siebie postrzegamy, jak widzą nas inni — jaka jest nasza tożsamość?” — pytają członkowie Związku Młodzieży Białoruskiej, którzy 17 grudnia w Centrum Edukacji i Promocji Kultury Białoruskiej w Szczytach-Dzięciołowie otworzyli wystawę „Białorusini Podlasia — historia i współczesność”.
Pod lupę organizatorów wzięto historię, tradycję, kulturę, język, dziedzictwo, współczesność oraz przyszłość mniejszości białoruskiej w Polsce. Wystawa cieszy oko oprawą graficzną. Opisom poszczególnych aspektów towarzyszą mapy, fotografie oraz rysunki. Opracowaniem tekstów historycznych zajęli się między innymi dr hab. Oleg Łatyszonek — prezes Białoruskiego Towarzystwa Historycznego oraz nasz redakcyjny kolega Aleksander Maksymiuk — przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Białoruskich.
„Chcemy zaprezentować ślady historii, które choć często są pomijane, to w naszym regionie odegrały ogromną rolę. Mapy, zdarzenia, miejsca, postacie przywołają nam obszar historyczny Podlasia w kontekście białoruskości. Wykorzystanie multimediów ożywi i uatrakcyjni odbiór” — czytamy na stronie organizatorów.
Wystawa powstała dzięki dotacji Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz przy wsparciu finansowym Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego. Jej otwarcie uświetnił koncert projektu Ilo Karpiuk „Nowa opowieść o kolędzie”. Wystawa jeszcze w grudniu zdążyła odwiedzić II LO z BJN w Bielsku Podlaskim, Muzeum Kultury Białoruskiej w Hajnówce oraz bielskie Centrum Kultury Prawosławnej.
Spotkanie z bratnią duszą
Z Michałem Jagiełło po raz pierwszy los zetknął mnie jeszcze na początku mej przygody z „Cz”. Jako wiceminister kultury i sztuki odpowiadał w resorcie między innymi za sprawy mniejszości narodowych. Pamiętam, jak w połowie lat 90. nieoczekiwanie zawitał do naszej redakcji. Towarzyszył mu Jurek Zawisza, dyrektor mniejszościowego departamentu. Wizyta „dygnitarzy” z Warszawy nie miała jednak charakteru urzędniczego. Przy okazji służbowego pobytu w Białymstoku goście postanowili spotkać się z nami i zobaczyć jak pracujemy, posłuchać co nas nurtuje i zwyczajnie pogawędzić na białoruskie tematy.
U Michała, którego prywatnie poznałem dopiero podczas ostatniego trialogu w Krynkach — Łapiczach, zawsze intrygowało mnie jego królewskie nazwisko. I to jego szczere interesowanie się naszymi sprawami.
Teraz wiem już wszystko. A to dzięki Środzie Literackiej w Książnicy Podlaskiej, której w ostatnim dniu listopada Michał Jagiełło był gościem. Kiedy wcześniej bywałem na spotkaniach z tego cyklu, zwykle gromadziły one garstkę zainteresowanych, góra kilkanaście osób. I to przeważnie w podeszłym wieku, jak weterani na spotkaniu z Bazylim Pietruczukiem.
Tym razem także było wielu emerytów, ale nikt z zapełnionej po brzegi publiczności nie przybył tu przypadkiem. Okazuje się, że Michał Jagiełło jest w Białymstoku znany także jako literat. Ktoś nawet przyszedł na spotkanie z jego tomikiem poezji sprzed pół wieku, zafascynowany opisaną tam melodią gór.
— Nie jestem zawodowym poetą — zastrzegł od razu gość, urodzony we wsi pod Krakowem. Potem opowiedział o swym dzieciństwie, o skrętach robionych z gazety „Gromada Rolnik Polski”, palonych z kolegami na pastwisku, i o rozkułaczaniu ojca, który miał cztery konie.
Bez ogródek wypowiedział się jednak o dawnej polskiej szlachcie, tak wychwalanej w literaturze. — To było haniebne niewolnictwo chłopów, szlachta ich traktowała jak niewolników — padły „niepoprawne” dziś słowa.
— Jestem Johajła — podkreślił, opowiadając, że ojciec mawiał mu, iż muszą pochodzić z terenu dawnej Litwy. — Od dawna wiedziałem, że Polska jest wielokulturowa. Co druga polska rodzina ma kogoś, kto nie ma czysto polskich korzeni.
Na spotkaniu było dużo poezji. Gość czytał swe wiersze o górach. Zanim został wiceministrem, a następnie dyrektorem Biblioteki Narodowej, wiele lat był taternikiem, alpinistą (przyjaźnił się z Wandą Rutkiewicz), ratownikiem górskim i przewodnikiem tatrzańskim.
Jego najnowsze zainteresowania to dzieje wzajemnych relacji — od końca XVIII wieku do początków wieku XX — kształtujących świadomość narodową na pograniczach polsko-litewsko-białorusko-ukraińskim. W 2010 r. wydał pierwszy tom „Narody i narodowości. Przewodnik po lekturach”, omawiany swego czasu w „Cz”. W grudniu ukazał się tom II „Razem czy osobno? Przewodnik po lekturach”. Autor dokonał kolejnej kwerendy artykułów prasowych, broszur i książek z tamtego okresu, wybierając to, co w znaczący sposób mogło wpływać na kształtowanie się nowoczesnych świadomości narodowych na tym obszarze.

