Strona główna » Czasopis » Nr 01/12 (STYCZEŃ/ СТУДЗЕНЬ 2012) » Stawka o życie
Stawka o życie
Leon Moenke

— Towarzyszu! Podaję do waszej wiadomości, iż syn wasz nie może pozostać w żłobku uniwersyteckim dłużej, niż będzie trwał wasz pobyt w Moskwie. Bądźcie więc łaskawi zabrać swe dziecko ze sobą.

— Towarzyszu rektorze! — odparłem bez namysłu — wszak nie mogę brać dziecka ze sobą, nie posiadając tam mieszkania, a hotele przepełnione są tak jak i wszędzie. Wszak nie może żona z dzieckiem nocować na dworcu kolejowym lub na ulicy!

— Tam wam dadzą mieszkanie, towarzyszu!

— Towarzyszu rektorze! Tutaj wyście również musieli dać mi mieszkanie, lecz ile miesięcy zmuszony byłem czekać na to! A tam ja nawet nie wiem, kto ma obowiązek dać mi mieszkanie. A znajomych, tak jak w Moskwie, by znaleźć gdzieś dach nad głową, tam nie posiadam.

— Towarzyszu! Powiedziałem już raz, że dziecko zawsze nie może przebywać w żłobku uniwersyteckim po waszym wyjeździe z Moskwy — przerwał rozmowę rektor.

Fakt ten, że z półtorarocznym dzieckiem znajdziemy się w Ałma Acie na ulicy, pod gołym niebem, wcale ich nie obchodził. Im chodziło o to tylko, byśmy byli skrępowani, niezdolni do ruchu.

Nieletnie dzieci w Moskwie.

Po tej rozmowie z rektorem nie mogło być nawet mowy o pozostawieniu chłopaka w żłobku uniwersyteckim. Musieliśmy urządzić się jakoś inaczej. Działać trzeba było szybko i energicznie. Przyszedł nam na myśl Kombinat Dziecięcy przy Akademii Wojskowej im. Frunze (Akademia Sztabu Generalnego), gdzie żona, jako lektorka języka polskiego, miała prawo umieścić naszego Jureczka.

Przyjmowano tam dzieci po ukończeniu roku. Spędzały tam one całą dobę. W dni powszednie rodzice mogli przebywać ze swoimi dziećmi jedynie podczas spaceru, a tylko w dni świąteczne wolno było zabierać dzieci do domu.

Już przed pół rokiem żona moja czyniła starania o ulokowanie Jureczka w tym kombinacie, jednak starania te rozbiły się wówczas o brak wolnego miejsca. Wpisano go jednak na listę oczekujących.

Kto tylko mógł, skwapliwie korzystał ze swych uprawnień.

Tu, na Zachodzie, może się to wydać dziwne, że dobrze sytuowani rodzice tak chętnie korzystają z możliwości oddania swych nieletnich dzieci pod obcą opiekę. Mylił by się jednak ten, kto by chciał to zjawisko tłumaczyć sobie zanikiem miłości rodzicielskiej. Wręcz przeciwnie. Właśnie zjawiska tego rodzaju były wynikiem tej miłości.

U rodziców dobrze sytuowanych przyczyniały się do tego okropne wprost warunki mieszkaniowe, u reszty zaś obywateli sowieckich pierwszą rolę w podobnych wypadkach, poza warunkami mieszkaniowymi, odgrywały warunki aprowizacyjne. Żłobki, ogródki, a nawet i szkoły moskiewskie dokarmiały dzieci.

Nie mogę się powstrzymać, by chociaż pobieżnie nie scharakteryzować warunków, dzięki którym uczucia rodzicielskie w Sowietach znajdowały swój wyraz w tak niezwykłej dla całego świata formie.

Zacznę od nas i od naszych znajomych.

Życie rodzinne w Moskwie.

Cofnę się więc daleko wstecz, zanim ulokowaliśmy nasze dziecko w żłobku przy uniwersytecie.

Mieszkaliśmy o kilka zaledwie kroków od Komunistycznego Uniwersytetu Zachodu, mając do dyspozycji nie tylko dobrą stołówkę dla dorosłych, lecz i dobrą kuchnię dziecięcą przy żłobku uniwersyteckim i ogródku dziecięcym. Mieliśmy również niańkę do dziecka. Zdawałoby się na pozór, iż w takich warunkach myśleć o żłobku i in. podobnych instytucjach dziecięcych było zbyteczne. Tak też sądziliśmy i my na jesieni r. 1933.

Lecz po paru miesiącach doszliśmy do przekonania, że tak nie jest.

Ponieważ żona i ja całymi prawie dniami przebywaliśmy poza domem, dziecko przez cały ten dzień pozostawało pod opieką jedynie niańki.

Młoda, ograniczona i niedbała dziewucha wiejska zaziębiła malca i roczne zaledwie dziecko zachorowało na zapalenie płuc. Wezwany lekarz orzekł, iż w naszym mieszkaniu chore na zapalenie płuc dziecko przebywać nie może. W pokoju o przestrzeni 12 m kw. mieszkało nas czworo: chore dziecko, ja z żoną i niańka. W nocy cały pokój zajmowały łóżka i posłania.

Tegoż samego dnia odwieźliśmy malca do kliniki dziecięcej...

Po powrocie dziecka do zdrowia zwróciliśmy się z prośbą o umieszczenie go w grupie nocnej żłobka — żona do kombinatu dziecięcego przy Akademii, ja zaś do kierowniczki żłobka przy Uniwersytecie Zachodu.

„Kurier Wileński” nr 5, 6.01.1938 r., s. 5.

— Towarzyszko zarządzająca! Znacie nasze warunki mieszkaniowe. Dzisiaj zabraliśmy nasze dziecko ze szpitala. Proszę was o przyjęcie naszego malca do całodziennej grupy waszego żłobka. Wszak nie do pomyślenia jest, by osłabione po przebytej chorobie dziecko nocowało w atmosferze naszego mieszkania. Nowe mieszkanie obiecują zaś nam dać wtedy, gdy wybudują dom!

— Towarzyszu! — brzmiała odpowiedź — prośby waszej, niestety, uwzględnić nie mogę. Całodzienna grupa jest nie tylko zapełniona, lecz wprost zapchana. Na każdą sypialenkę przypada po 8-9 dzieci. Jest to już ponad wszelką, dopuszczalną przez higienę, normę. Winnam, jako lekarz, dbać o zdrowie tych dzieci, które już przyjęłam. Mogę wam natomiast zaproponować coś innego. Do godz. 3 po południu, gdy jesteście najbardziej zajęci, niech dziecko przebywa u nas w grupie dziennej, później zaś niech niania pod waszym dozorem spaceruje z nim aż do zmierzchu. Dawajcie mu jak najwięcej owoców i tranu. Może w ten sposób uda się powetować brak powietrza w waszym mieszkaniu. Na razie zaś zapiszę waszego malca w kolejkę.

W ten sposób nasz Jurek, jak prawdziwy obywatel sowiecki, zajął miejsce w dwóch kolejkach naraz.

Tak się rzeczy miały i z naszymi znajomymi, posiadającymi jednopokojowe mieszkanie. Pamiętam wśród nich tylko jednego, który nie oddawał swojego dziecka do żłobków i kombinatów. Był to najbliższy współpracownik Radka, ówczesnego kierownika Zagranicznego Wydziału Centralnego Komitetu Partii, utalentowany współpracownik pism „Bolszewik” i „Komunisticzeskij Intenationał”. W pokoiku mało większym od naszego mieszkał z żoną i starą, niedołężną teściową. Gdy przyszła mu na świat córeczka, zmuszony był wyrzucić z mieszkania całą swą podręczną bibliotekę, by pokój stał się dostatecznie przestronny dla dziecka i niani.

Mieszkali więc aż w pięcioro w niedużym pokoju. Zapytany pewnego razu, czy nie spodziewa się syna, odrzekł mi: „Z tym jeszcze zaczekam, gdyż musiałbym wyrzucić z mieszkania i stół”.

Gorliwa, ale kochająca babka opiekowała się wnuczką i wyprawiała ją z nianią na bulwary na cały niemal dzień. Tak więc, jedynie dzięki tej podwójnej opiece, unikała mała wszelkich chorób, ku wielkiemu zadowoleniu i radości rodziców. Lecz trzeba naprawdę szczęścia, by mieć na miejscu gderliwą teściową jako piątą w pokoju!

Nie wiem, czy spędzając większą część dnia na bulwarach, by wyrównać brak powietrza w pokoju w godzinach nocnych, dziecko jego doczekało się większego mieszkania przed uwięzieniem swego ojca.

Sądzę, iż po przeczytaniu tego ustępu, inturysta, gdy ujrzy na bulwarach i ulicach Moskwy, tak rzucającą się w porównaniu z innymi miastami, dużą ilość dzieci z mamusiami lub tatusiami, rzadziej z niańkami, będzie wiedział, co jest przyczyną tego „radosnego” zjawiska.

Bardzo nieliczni tylko mogą sobie pozwolić na wynajęcie niańki. Nie dziw więc, że spotykają się niańki „kolektywne”, obsługujące nieraz kilkoro dzieci.

A podwoje żłobków i ogródków dziecięcych również otwierają się nie przed każdym, potrzebującym tej instytucji.

Gdy piszę o dzieciach i życiu rodzinnym w Sowietach, odżywa w mej pamięci i ciśnie się pod pióro scena, której byliśmy świadkami w klinice dziecięcej. Siedzieliśmy z dzieckiem w poczekalni, trzymając w ręku nieodłączną „soprowoditielnuju bumażku” (skierowanie). Jakaś młoda, lecz sterana życiem kobieta, trzymając za rączkę swą czteroletnią dziewczynkę, a w drugiej ręce niedużą paczkę z ubrankiem, nerwowo przechadzała się po poczekalni. Sądziłem, iż jest to również matka z chorym dzieckiem, dziwiłem się tylko, po co włóczy je ze sobą, a nie posadzi na ławie. Chciałem nawet zwrócić jej na to uwagę, gdy wtem weszła lekarka. Kobieta z dzieckiem rzuciła się ku nie.

— Towarzyszko zarządzająca! Błagam was — wołała ze łzami w oczach — zostawcie, dziewczynkę u siebie jeszcze chociażby na parę dni. W baraku naszym przebywa 38 osób dorosłych w różnym wieku i siedmioro dzieci. Wszy, pluskwy i ludzie spać nie dają... Lokujemy się na pryczach...

„Kurier Wileński” nr 7, 8.01.1938 r., s. 5.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook