Strona główna » Czasopis » Nr 7-8/10 (ЛІПЕНЬ-ЖНІВЕНЬ 2010) » Cios w ciszę
Cios w ciszę
Tamara Fic

Przed sześcioma laty, gdy okazało się, że mam problemy z sercem, uciekłam z miasta, wprost spod linii wysokiego napięcia na skraj Puszczy Knyszyńskiej.

Wybudowałam mały biały domek wśród drzew i zamieszkałam we wszechogarniającej Ciszy.

Żyłam tu prosto, najuczciwiej jak umiałam. Wybaczyłam wszystkim swoim wrogom, naiwnie sądząc, że wybaczono także i mnie. Na nowo odkrywałam znaczenia takich słów jak przyjaźń, dobroć, zgoda... Uratowany przed rzezią koń zaglądał do moich okien i cieszył się wolnością, podobnie jak ja. Czułam się coraz lepiej, zdrowiałam, ciśnienie uspokajało się.

Nie chciałam już walczyć. Chciałam doświadczać codzienności poprzez otwartość. W kominku spaliłam wszystkie dotychczasowe pyskate słowa, złośliwe literki, bezczelne kropki i wykrzykniki ostre jak noże! Łagodniałam z dnia na dzień.

Nie chciałam udawać metafory, przemieniać swego istnienia w lustro. Nie chciałam przyjmować ciosów zrozpaczonych, wściekłych ludzi. Zupełnie odgrodziłam się od świata. Zwykłą leśną siatką.

Dla bezpieczeństwa założyłam monitoring w Krajowej Sieci Alarmowej — tam było najtaniej. Właściwie ochronę dostałam w prezencie.

I nie tylko ochronę. Na nowym stole mego życia przybywało najprzeróżniejszych gratisów, mnóstwo barw, tych najprostszych, i tych wyrafinowanych. Malowanych wiosennym zapachem pierwszych kwiatów, letnim powiewem wiatru, szeleszczącą jesienią, czy też mroźnym uśmiechem zimy. Poranną kawę nieraz słodziłam wschodzącym słońcem. W upały na sen połykałam światełka schłodzonych gwiazd. A zimą wygrzewałam zmarzniętą ciszę przed kominkiem.

Nie musiałam płacić za śpiew ptaków, rechotanie żab... Kredyt rósł, a ja stawałam się coraz bogatsza!

Niestety, co pewien czas słyszałam złowrogi głos zza bramy:

— Hej, ty tam, naiwniczko!

Czasami przytrzymywałam się przy słowie naiwniaczka, po czym wracałam do mojej ukochanej Ciszy, zapominałam, i dalej żyłam po swojemu szczęśliwie.

Coraz częściej jednak nie dawano mi spokoju...

— Hej, ty tam, naiwniaczko, czarownico! — krzyczał ktoś za bramą, i to już nie był jeden głos, a dwa, i trzy... I przybywało tych krzyków. Żebym chyba wreszcie usłyszała, czym jestem.

A przecież słyszałam, tylko nie chciałam i nie miałam czym się bić. Naiwniak za moich czasów to tzw. dobry człowiek. Obecnie — ktoś nieprzystosowany do pędzącej na oślep współczesności. Ktoś spoza układów, ktoś inny, niezrozumiały... No właśnie, niezrozumiały jak czarownica, a jak czarownica to i stos!

Tak, przeczuwałam coraz potężniejsze płomienie krzyków...

Przykre. Przecież całym swoim życiem tu, na odludziu, prosiłam o wybaczenie! Dlaczego nie wybaczono mi Inności? Żyjemy w religijnym kraju, więc jak to?!

...No tak to, bo wcale że nie żyjemy, to Układy żyją, a ja... ja poza życiem jakby nie dobita jeszcze...

E, tam — nie będę tego słuchała, — postanowiłam, — w końcu to tylko głosy spoza mojej Ciszy — nie tęskniłam do przeszłości.

Wielki świat szkodził mi jak zepsute piwo! Jak linie energetyczne wiszące nad moim sercem. W wielkim świecie nie miałam gdzie zamieszkać. Brakowało przecudnych przestrzeni, brakowało nowych doświadczeń... Wszystkie miejsca były już zajęte. Wszędzie, dosłownie wszędzie — nawet w kulturze — rozgrywały się potworne igrzyska.

Próbowałam spotkać pisarza — a odnajdywałam boksera!

Próbowałam spotkać poetę — a odnajdywałam karatekę, próbowałam poznać malarza — a odnajdywałam oszusta barw... Szukałam Twórcy, a znajdywałam Grabarza!

Nie, nie, dość przemocy! Dość artystycznego mordobicia, intelektualnego chuligaństwa. To tam, właśnie tam, palono na przemądrzałych stosach współczesne czarownice, naiwniaków takich jak ja.

Ale wtedy jeszcze walczyłam, wtedy miałam noże wykrzykników, wtedy nawet czasami wygrywałam... ale to nie było moje! Nie nadawałam się na kolekcjonerkę cudzych ran. Cudze bolało — jak własne... Ech, co za idiota wymyślił ring dla kwiatów? Zamiast podarować zapachom łąki szerokie, a tłumom możliwość zachwytu. Ale nie, nie zostaliśmy zmuszeni do wdychania śmierci! Do nieustannego zabijactwa.

Odeszłam, nie nadawałam się do igrzysk.

Wstyd się przyznać, ale nie kręciła mnie nawet super modna inteligencja, hit światowych salonów. Przeciwnie, inteligencja przerażała mnie, wydawała mi się tak samo groźna jak broń chemiczna, jak broń jądrowa, niehumanitarna... Nie, nie, nie... Inteligencja wysiedlona z najprostszych wartości mdliła mnie. Nie potrafiłam oglądać spokojnie igrzysk z jej udziałem. Tam ginęły malutkie, oryginalne naiwności, rzadkie, przepiękne gatunki istnień, które, jak zwierzątka, sądziły, że świat je karmi z miłości, a nie dla mięsa.

Dobroć, przyjaźń, pokój... już dawno zostały wykupione. Sprywatyzowane. Wysiedlone ze swoich znaczeń. Wykoślawione. Politycy, biznesmeni, urzędnicy... wielki świat, ten, który mi szkodził jak zepsute piwo, potrzebował przecież reklam. A ja malutka, głupiutka szara idiotka potrzebowałam autentycznych wartości. Wciąż czułam głód. W oczach świata byłam nie tylko naiwniaczką, ale i złodziejką. Byłam po prostu przestępcą!

— Ty szpiegu białoruski... — krzyczał ktoś zza bramy.

Próbowałam się bronić łagodnie. Wszak spaliłam pyskate słowa, i pyskatą duszę moją!

— Kochani, przepraszam, ja wiem, że ja trochę Białorusinka, trochę Niemka. Ale Polką też jestem... No, taki kundel międzynarodowy z pewnością. Tak, właśnie kundel... Można go zastrzelić, gdy wbiegnie do lasu bez smyczy, bez obroży, bez właściciela.

Pozwólcie mi pożyć jednak, proszę was. Mam serce takie samo jak wy! I mogę udowodnić to naukowo, są przecież rentgeny, są tomografie, są rezonanse.

Na nic słowa łagodne. W styczniu wjechał ciężki sprzęt i złamał moją Ciszę! Zniszczył ogrodzenie. To tak po sąsiedzku...

— Co to jest? — pytałam znów łagodnie, bo zapomniałam co to cios, i co — rzut kamieniem...

— Wzmacniamy XXI wiek, nie pytając naiwniaków o zgodę! — usłyszałam od inteligentnego pana. Oto wedle prawa i zgodnie z najnowocześniejszymi osiągnięciami naszej techniki, wykorzystując talent naszych urzędników i naszych inżynierów, fundujemy ci stację energetyczno-przesyłową wysokiego napięcia. Budujemy stos!

— Jak to?! — przeraziłam się — przecież z ufnością czekałam na żurawie, a nie na pole elektromagnetyczne!

Byłam przerażona. Uciekłam przecież z bloku... a potem z innej działki. Zakochałam się w niej od pierwszego wrażenia. Była tak piękna, jak moja Cisza, jednak bliższy kontakt rozczarował mnie. Poczułam się kiepsko. Nie potrafiłam tego racjonalnie wytłumaczyć. Ktoś zwrócił uwagę, że oto stoję pod linią WN. Nie zainwestowałam więc w jej urodę...

Zawsze byłam elektrowrażliwą. I okoliczni ludzie o tym wiedzieli. Pod liniami czułam jakieś dziwne mrowienia na skórze i niepokój. To był okres, gdy mogłam kłaść sobie na ciele różne metalowe przedmioty, a one nie spadały, tylko wsysały się w moje ciało... Byłam Inna! Byłam Czarownicą.

No tak, tylko dlaczego nikt mnie nie powiadomił o planach budowy tej stacji? Mogłam zabrać swoją Ciszę, swoje koniki i swoją malutką Baśń i grzecznie oddalić się od świata. Odeszłabym pokornie. Cichutko... W stronę innych drzew... Albo poprosiła świat o zgodę.

Na moje pytania odpowiadano tajemniczo: nie jesteś dla nas stroną... I zaraz potem padało światowe, symboliczne, cywilizowane słowo: Won!

Nie przeszkadzaj! Nie gadaj, nie ruszaj się w tej sprawie, nie oddychaj na ten temat!

Patrzałam na pijanych robotników uziemiających stację tuż pod moimi metalowymi słupkami. Któryś dla zabawy wyciągnął długi drut spod słupa i zaplątał na moim płocie, też metalowym. Gdy zaczęłam protestować, po kilku dniach zlikwidowano ten głupi żart.

Próbowałam szukać ratunku, dzwoniłam, gdzie się da.

Do Starosty też... Hahahaha, dziś się śmieję. Co za pomysł! Byłam przecież człowiekiem tylko. A kto przypomina urzędnikowi o tym, że jest człowiekiem? Kto? No kto? Wiadomo, naiwniak, czarownica!

Urząd musiałby taką prośbę zrozumieć... A nie może, bo przepisy, bo ustawy, bo układy, bo procedury, bo a bo, bo się nie chce...

Nie ustępowałam. Od PGE dowiedziałam się, że nie mam żadnych praw, stacji nie przesuną, chyba że na mój koszt. Bo oni działają dla dobra ogółu... W aureoli świętości, wszechwiedzy i nieomylności.

Prosiłam innych urzędników... I wciąż słyszałam „won, won, won!”.

Ponowiłam prośbę do Starosty. Może po prostu nie miał czasu odpowiedzieć?

Tym razem usłyszałam już groźne ostrzeżenie: jeszcze chwila, a usmażymy ciebie w przepisach, w ustawach, w paragrafach, doprawimy pieczęciami państwowymi! Jesteśmy przecież modni, inteligentni.

O nie, nie! Z tego schematu trzeba uciec! Tylko dokąd? I jak nagle przestać być sobą? Gdzie schować serce?

Czy zdążę nafaszerować się pseudointelektualnymi sterydami, napakować przepisami? Czy zdziczałej naiwniaczce w ciągu kilku dni uda się przemienić w mięśniaka i odeprzeć atak państwowego chuligaństwa? Czy poradzę sobie z kolejnym ciosem administracyjnej pięści?

Wciąż szukałam pomocy. Bez moich starych wykrzykników czułam się taka bezbronna... Prosiłam znajomych o pożyczkę, o jakieś inne, zaostrzone wykrzykniki. Ale wszyscy gdzieś nagle zginęli — w pracy, w domu, w chorobach, na wyjazdach... OK, ok, nie ma sprawy. To mój Raj, to ja kocham Ciszę, a wy świat. Każdy ma prawo przecież, nie ma sprawy...

Z moim sercem zaczęło się coś dziać niedobrego... Ale nie miałam czasu, żeby o tym myśleć, nie miałam czasu na siebie... Prosiłam, dzwoniłam... I słyszałam wciąż to samo:

Zgodnie z prawem tworzymy XXI wiek, krzyżując marzenia naiwniaków.

Powiadasz, że straciłaś wartość działki... Dla nas to bez znaczenia!

Boisz się, że porazi Cię prąd... Hm, twój strach nie mieści się w żadnej ustawie.

Uszkodzono ci ogrodzenie... Bez przesady, nas jest więcej, udowodnimy ci, że zmyślasz.

Martwisz się o swoje zdrowie... Nasze jest ważniejsze, daj odpocząć.

Źle się czujesz na własnym podwórku? A co nas to obchodzi!

Masz jakieś marzenia w naszych prywatnych czasach... Ooo, to już może być karalne!

Czułam się coraz gorzej, byłam już zmęczona.

Pewnego dnia wyszłam na chwilkę ze swojego Raju. Oparłam się o bramę. Nie chciałam martwić Ciszy. Nie mogłam znieść jak patrzy na mnie oczami przebiśniegów i próbuje nakarmić bielą. Symbolem niewinności. Świat już mnie namierzył, i nie odpuści...

Niczego mi nie wybaczono! Ani białoruskości, ani mego pochodzenia ze slamsów, ani rzekomo komunistycznej papy na dachu, ani samochodu złej marki, ani wykrzykników starych... Ani nic.

Boże, podczas, gdy ja tak kochałam ludzi, oni za moimi plecami knuli intrygę!

Popłakałam się jak małe dziecko, ja — stara czarownica...

Dlaczego? Za co? Potężny dąb stał obok mnie dumnie i twardo, mimo że ucięto mu kawałek ciała, żeby zmieścić transformator... Czułam się taka samotna, miałam Ciszę, drzewa, konie... Ale nie miałam żadnego człowieka, któryby wraz ze mną stanął na świecie.

Było mi słabo, oparłam się jeszcze mocniej o bramę i wtedy poczułam jakiś dotyk na swoim ramieniu. Odwróciłam się.

A to nic takiego, to tylko Krajowa Sieć Alarmowa... Róg tabliczki, zakurzony zresztą. Przetarłam łzy. Łzami umyłam literki.

Zauważyłam numer telefonu... Kolejny... Westchnęłam. Dzwonić? — pytanie zadało mi się samo.

I samo się odpowiedziało. Eee... Co oni mają z tym wspólnego?! Usłyszę kolejne Won... Nie, nie, bez sensu. Ośmieszę się znowu. Już lepiej od razu poddać się i na stos! Pójść dobrowolnie, niech mnie ktoś ustrzeli. Upoluje do końca.

Ale myśli kusiły... A co to szkodzi, 198 czy 199 telefon? No co? Boisz się? Że będzie o jedno won za dużo, a co za różnica... Przecież wygnanie już na stałe wpisało się do twego życiorysu...

Trudno, wróciłam do domu. Niech się śmieją! Wykręciłam numer, powiedziałam kilka słów i... oniemiałam.

Ten nieznajomy Ktoś wcale nie powiedział do mnie won! Przeciwnie.

Ten nieznajomy Ktoś potraktował mnie zupełnie inaczej niż setki innych ważnych ludzi w naszym kraju. Jego słowa nie przypominały ognia, nie pachniały dymem. On usłyszał, że mam problem i chciał mi pomóc. Ot, tak zupełnie bezinteresownie. Jakby pomaganie było jakąś Oczywistością!

Niczego nie obiecywał, nie... ale, podał mi rękę i... wyciągnął z naiwniactwa. Nagle, dosłownie w ciągu kilku zdań — stałam się człowiekiem. I to w świecie, którego tak nie znosiłam. Szok!

Od razu porozumiałam się ze swoją Ciszą. Przekazałam jej, że może nie do końca miałam rację z tymi Igrzyskami.

W odpowiedzi usłyszałam krzyk żurawi, wysoko w górze leciał długi sznur. Mogłam więc ze zdumienia powiesić się na własnym niebie. Pozostałam jednak przy przebiśniegach. Jako człowiek mogłam z czystym sumieniem posilić się bielą. To było pyszne uniewinniające śniadanie... Ratownicy z Krajowej Sieci Alarmowej pomogli mi się wyrwać nie tylko z naiwniactwa, ale też urzędowych sideł. Przekonali, że nie warto uciekać przed administracyjnym cwaniactwem! Pokazali jak stawić czoła Potężnej Machinie specjalizującej się w paleniu Czarownic. Jak zmusić nieuczciwą firme do naprawienia szkody. Jak szlachetnie zawalczyć o siebie.

Zaczynałam powoli dostrzegać, że my, ludzie, bez względu na pochodzenie, w różnych sytuacjach swego życia stajemy się Mniejszością (Polacy też) i jak bardzo boli wtedy ta mniejszość, jak bardzo potrzebujemy wsparcia, a nie dymu i ognia.

Ciąg dalszy mojej historii jest bardzo administracyjny i nieco nudny. Od postanowienia Starosty odwołałam się do Wojewody. Na szczęście Wojewoda uznał moje zażalenie. Dziękuję Wojewodzie. Czekam na wznowienie postępowania... Zobaczymy... Może zdarzy się cud i PGE uzna wreszcie, że jestem stroną w postępowaniu... I że może warto za dobro publiczne uznać również samotnego człowieka. Bo — jak napisał do mnie dyrektor PGE — jest taka możliwość. Tyle, że na mój koszt...

Niestety, coraz trudniej się tu żyje. Najeżdżają mnie jacyś dziwni ludzie, nie przedstawiają się, coś dziwnego mówią — że nie mam praw, że coś nie tak robię, że mój konik niszczy nawierzchnię dróg publicznych w lesie, że nie wolno mi jeździć poza własnym płotem, itp., itd. Co pewien czas znów mam uszkadzane ogrodzenie. No, ale już wiem że mam prawo zawalczyć o siebie.

Najbardziej jednak przeszkadza mi moje serce. Wstyd.

Odkąd uruchomiono stację, czułam się coraz gorzej. Próbowałam sobie wmawiać, że stres, że przemęczenie, że brak witamin... Ale nic z tego. Pewnego dnia straciłam przytomność. Raz, drugi... Karetki, lekarze... Podpisywałam jakieś oświadczenia, że na własną odpowiedzialność nie idę do szpitala. Nie miałam z kim zostawić swojej ukochanej Ciszy. Była taka bezbronna. Nie umiała krzyczeć ani mówić. Ani protestować. Ona umiała tylko koić... Była miłością, przestrzenią, w której po kryjomu odnawiałam wartości i wypełniałam nimi puste słowa, skradzione światu. Była zatem moją wspólniczką. Przestępcą. Musiałam ją osłaniać... Sobą!

Zresztą, wolałam sznur dzikich gęsi na niebie niż sznury pacjentów w szpitalach czy przychodniach... Niestety w pewnym momencie nie mogłam oddychać. Nie dawałam rady przejść nawet kilku metrów. Musiałam poddać się badaniom. Diagnoza koszmarna: Niewydolność serca!

I co teraz? Co będzie dalej? Czy z nienormalnym sercem dam radę wrócić do normalnego życia?

I co z Nią, gdy będę musiała odebrać światu całą armię wykrzykników i pyskatych słów, żeby zaistnieć na Igrzyskach? I nie poddać się od razu? Nie zginąć w pierwszej rundzie? A może nawet wygrać? Tylko co wygrać? Kolejną wiarę? Kolejna nadzieję? Kolejny malutki Raj? Czy mam na to czas? Ja, kaleka życiowa. Coraz bardziej czująca zapach wiecznego piachu niż marzeń... Wybacz mi Ciszo, jednak odchodzę. Na kolanach, wciąż patrząc w Twoją przepiękną, dobrą twarz. Może uda mi się jeszcze wrócić, choćby na chwilę... Może zdarzy się jakiś cud.

Bardzo szkoda, że nie udał mi się mój malutki, prywatny Raj... Ale przecież nawet Panu Bogu nie wyszło z ludźmi...

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Monika
Comment
Raj Piekłem Się Stał
Komentarz #1 wysłany 2010-08-16, 22:34:40
Wilki atakują owce, ale są one bezpieczne w stadzie. Wilk wtedy nie podejdzie.Ci co tak głośno krzyczą, ci co mają patent na mądrość i stoją poza prawem tak naprawde przegrali swe życie dlatego tak głośno krzyczą. Ale Głos Sprawiedliwego będzie słyszany we wszechświecie. W słusznej sprawie walczysz i życzę Ci z całego serca powodzenia. Masz prawo do swego małego Raju. Nie zapominaj o stadzie.
Tamara
Comment
Re: Cios w ciszę
Komentarz #2 wysłany 2010-08-17, 14:28:01
dziękuję Ci ; stado jest , o wiele większe niż nam się wydaje. Jednak słabością tego Stada jest życie w rozproszeniu, i działanie w rozproszeniu. Nie widzimy się, nie słyszymy....a jeśli nawet próbujemy się przywołać to głos nasz zanika gdzieś w przestrzeniach, pomiędzy literą pozornego prawa, a mocą instynktów zorganizowanych w Układy.
Moniko, wilki nie są aż tak złe, jak wymykające się spod kontroli czołgi, armaty, i miny przeciw-obywatelskie! Samotny człowiek zginie. PRZEGRA. Ale taka przegrana, jeśli nie umierasz na kolanach, jeśli powołujesz własne Słowa przeciwko przemocy jest piękną przegraną. I wcześniej czy później pozwoli Komuś podnieść się ze śmierci. CZASU TRZEBA.....ja już chyba nie zdążę....:-)
tamara bołdak-janowska
Comment
wyślij , Tamara
Komentarz #3 wysłany 2010-09-24, 14:32:51
ponownie mi swój mejl na moją skrzynkę, bo przez pomyłkę wykasowałam. A twego telefonu nie mam. Jeśli tu zajrzysz. Mam nadzieję, że tak.
Daniel Paczkowski
Comment
Re: Cios w ciszę
Komentarz #4 wysłany 2010-10-13, 23:33:29
Cieszę się, że Pani znów pisze i publikuje w Czasopisie. Mam nadzieję, że tak będzie. Choć smutne toto.
Małgorzata
Comment
Re: Cios w ciszę
Komentarz #5 wysłany 2011-03-14, 02:39:32
Żyć w stadzie i godzić się na wszystko tylko i wyłącznie dla uzyskania poczucia bezpieczeństwa to swego rodzaju hipokryzja. Chyba, że ktoś lubi tak żyć i znajduje inne przesłanki do takiego życia. Ma do tego pełne prawo. Można natomiast chcieć "grzać zmarzniętą ciszę przed kominkiem" i "posilać się bielą przebiśniegów", za przyjaciółkę mieć ciszę, a do stada wracać sobie albo nie wedle własnego życzenia. Każdy dokonuje wyboru jak żyć i nikt nie ma prawa mu tego utrudniać. Ty Tamara nigdy nie będziesz na kolanach i dlatego jesteś THE BEST! Jesteś prawdziwa. Cieszę się bardzo, że mogłam przeczytać "Cios w ciszę" co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy to spotkanie z pięknym, delikatnym i bardzo poetyckim przedstawieniem Twojego, własnego miejsca na ziemi. Czytając prawie czułam zapachy, wiatr, słońce, drżenie listków kwiatków i widziałam ptaki na niebie.... Drugi powód to przypomnienie, że warto czasami wyjść przed tzw. szereg, aby zawalczyć o swoje prawa,nawet malutkie. Pozdrawiam serdecznie!
Eddie
Comment
Próbowałam spotkać...
Komentarz #6 wysłany 2011-06-07, 18:36:37
Spróbuj spotkać żołnierza ;)
Czasopis.pl na Facebook