Bój o prezydenturę i Białorusini
W drugiej turze wyborów prezydenckich centroprawicowy Bronisław Komorowski mógł być spokojny, że lewicowy elektorat podlaskich Białorusinów udzieli mu jednoznacznego poparcia. Już dwa tygodnie wcześniej okazało się, że kandydat SLD, który uzyskał zaskakująco dobry, trzeci wynik w kraju, u nas zdobył głosów względnie mało. Zatem PO elektorat prawosławno-białoruski na Białostocczyźnie, dotąd zawsze wierny lewicy, jak na razie w zdecydowanym stopniu przejęła. To na wyniki zbliżających się wyborów samorządowych i parlamentarnych oczywiście już tak jednoznacznie się nie przełoży.
Przed 4 lipca PiS mimo wszystko próbował jeszcze ugrać głosy naszego elektoratu. Miała w tym pomóc przyjęta na potrzeby końcowej fazy kampanii taktyka, ukierunkowana — z myślą o całym kraju — na resentymenty po PRL-u. Wychwalanie epoki gierkowskiej, którą mniejszość białoruska do dziś wspomina bardzo ciepło, z tych ust nie zabrzmiało jednak przekonująco. Jarosław Kaczyński w przedostatnim dniu kampanii próbował jeszcze przekonać do siebie nasz elektorat, przyjeżdżając do Supraśla, by zapalić świeczkę na grobie abp. Mirona, ofiary katastrofy pod Smoleńskiem. — Podlasie to region, który pokazuje, że dobrymi Polakami można być i pod zwykłym krzyżem, i pod tym przekreślonym — powiedział wówczas. Jednak takie nieroztropne zestawienie symboli religijnych wielu prawosławnych zabolało.
Wcześniej Jarosław Kaczyński kontrowersyjnie wypowiedział się o Białorusi. W pierwszej debacie z kontrkandydatem wyraził on przekonanie, że o politycznym kursie Mińska należy rozmawiać z Moskwą. Te słowa wywołały jednoznaczny sprzeciw zarówno ze strony oficjalnych władz białoruskich, jak i opozycji.
Wkrótce wybory samorządowe
Wielkimi krokami zbliżają się wybory samorządowe, podczas których na następną czteroletnią kadencję wybierzemy prezydentów i burmistrzów miast, wójtów gmin oraz radnych. Muszą one odbyć się między 14 listopada a 9 stycznia. Najczęściej brany pod uwagę termin to niedziela 21 listopada.
Duże partie rozpoczęły już kompletowanie list wyborczych. Pojawiły się też nieoficjalne informacje, iż niektórzy doświadczeni samorządowcy z naszego regionu nie będą się ubiegać o reelekcję. Chodzi m.in. o wójtów gminy Narew Jakuba Sadowskiego, gminy Dubicze Cerkiewne Anatola Pawłowskiego oraz burmistrza Hajnówki Anatola Ochryciuka, a także starostę powiatu hajnowskiego Włodzimierza Pietroczuka (niemal wszyscy oni mogą już pobierać emeryturę).
Można jednak nie mieć złudzeń, że po wyborach w lokalnej polityce cokolwiek się zmieni. W wyludnionych gminach nowych kandydatów na samorządowców jest jak na lekarstwo, a połowa mieszkańców na wybory nie chodzi wcale. We władzach gmin i powiatów już dawno potworzyły się powiązania o charakterze rodzinnym, biznesowym lub nawet politycznym. Dlatego komuś nowemu objąć stery samorządu jest już niezwykle trudno. Przekonała się o tym kontrkandydatka na wójta gminy Narew sprzed czterech lat, której potem z tego powodu uprzykrzano życie.
Inna rzecz, że realia dzisiejszego samorządu nie pozwalają na swobodę działania. Funkcjonowanie gmin obwarowane jest odgórnymi przepisami z niezwykle obecnie rozbudowaną biurokracją. Mieszkańcy nie zawsze też mają jak rozliczać wybranych przez siebie radnych, gdyż teraz reprezentacyjność jest wieloosobowa.
Mimo to samorząd lokalny ma jeszcze realny wpływ na oblicze gmin i jakość życia ich mieszkańców. W naszym przypadku kandydaci w najbliższych wyborach powinni wykazać też swą troskę o sprawy białoruskie. Niemal wszystkie gminy, uprawnione do wprowadzenia u siebie dodatkowego języka urzędowego i podwójnego nazewnictwa, odłożyły to na nową kadencję.
Jaka wielokulturowość?
To słowo w ostatnim czasie stało się bardzo modne. Ma to przede wszystkim odzwierciedlenie w imprezach o tzw. wielokulturowym charakterze. To nic, że po większości tychże kultur w naszym regionie pozostały już tylko historyczne wzmianki i trochę zabytków (często zapomnianych). Owszem, mieszkańców o niepolskich korzeniach trochę jeszcze jest, ale czy wszyscy oni jednakowo świadczą o tejże wielokulturowości?
W naszym regionie jest już kilka imprez o takim charakterze. Największa z nich to Podlaska Oktawa Kultur. Pomysłodawcy postanowili prezentować kultury krajów związanych z ośmioma mniejszościami narodowymi i etnicznymi zamieszkującymi Podlasie. W informacjach festiwalowych wymienia się jednak tylko siedem. To Białorusini, Litwini, Tatarzy, Ukraińcy, Rosjanie, Romowie i Żydzi. A kto jest tą ósmą mniejszością?
Tak czy inaczej ten festiwal aż takiego rozmachu jednak nie ma. A to dlatego, że odbywa się na ulicy, a nie w dużym amfiteatrze czy na stadionie. Inna rzecz, że takiego obiektu w stolicy Podlasia jeszcze nie ma.
Ale czy zaproszeni wykonawcy, nieraz z odległych krajów, swymi występami pomagają zachować tożsamość tychże mniejszości, by umocnić ową wielokulturowość? Bo o to przecież powinno chodzić. W tym roku organizatorzy posunęli się jeszcze dalej i formułę rozszerzyli, zapraszając muzyków z Chorwacji, Grecji, Indii czy Turcji. Ktoś powie — i bardzo dobrze, urozmaicenie jest dodatkową atrakcją. Tylko co, powtarzam, mają z tego mniejszości?
W nieco mniejszej skali podobna impreza jest też organizowana w mych Krynkach. Nazwę — Wieczór Czterech Kultur — zapożyczono z Łodzi. Tymi czterema kulturami w Krynkach mają być polska, białoruska, tatarska i żydowska. Rzeczywiście, te wspólnoty jeszcze nie tak dawno tu ze sobą koegzystowały i to w jakże innych proporcjach niż teraz (Żydów obecnie nie ma wcale). Ta impreza jednak ma niewiele wspólnego z autentyczną troską o kultury, które — prawda, że szczątkowo — jeszcze przetrwały. Mam na myśli oczywiście przede wszystkim naszą białoruską. Najlepiej wie o tym najsławniejszy mieszkaniec Krynek, Sokrat Janowicz, który — jak dziwią się w Krynkach — „czemuś chce być tym Białorusinem”. Niedawna oddolna inicjatywa, zmierzająca do zapoczątkowania nauczania języka białoruskiego w kryńskiej szkole, w lokalnej społeczności wywołała wprost furię.
Nieco dziwi, że ponieść się sztucznej idei tzw. wielokulturowości dają się też organizatorzy imprez w gminach z dominacją mniejszości. Jak w Orli, gdzie tego lata zapoczątkowano... Orlański Tygiel Kulturowy.
Dobry przykład daje organizowane w Białowieży „Peretocze”. Jest ono dotowane przez MSWiA i dlatego białoruskość jest na tej imprezie eksponowana szczególnie. Ale wcale nie przeszkadza to w zachowaniu wielokulturowej formuły imprezy.
Wiara czyni...
Święta Góra Grabarka jest jak serce prawosławia w Polsce. Tu można odczuć siłę wiary. W lesie olszyn i sosen i w lesie krzyży otaczających cerkiew. Nie trzeba nic — tylko tu być. Grabarka obrosła dziś ludzką infrastrukturą. Przed laty, gdy po pożarze rozpoczynano odbudowywać cerkiew w formie niezmienionej (jeśli chodzi o bryłę) podczas jednej z rozmów spotkałem się z opinią, by budynek wznieść zupełnie nowy — większy, wygodniejszy, podkreślając w ten sposób znaczenie miejsca. Nie zrobiono tego na szczęście. Skłonność do gigantomanii projektantów i budowniczych obiektów sakralnych często nie idzie w parze z poszanowaniem estetyki, kultury, miejscowej tradycji. Akademizm ręki architekta zabija emocjonalny przekaz miejsca, a wielkie świątynie okazują się być wielką pustką — akustycznym pudłem rezonansowym, gdzie strach się odezwać.
W 1710 roku pewnemu staruszkowi w Siemiatyczach przyśnił się sen, że zbawienia od zarazy doznają ci, którzy udadzą się z modlitwą i krzyżami na uroczysko Sumieńszczyna, jak wtedy nazywano Górę Grabarkę. Według przekazów wyruszyli i zdrowi, i chorzy. Zdrowi nie bali się, że zarażą się od chorych. Modlili się i pili wodę z cudownego źródełka. I epidemia ustała. Minęło 300 lat i nadal prawdziwy dramat rozgrywa się nad źródełkiem. Tu, w rozdeptanym błocie i setkach mokrych chusteczek zawieszonych na gałęziach. W wielkiej sile wiary ludzi obmywających swoje chore i zdrowe ciała i dusze. Dobrze by było nie zapominać o tym, wznosząc wzrok ku górze, gdzie nowoczesne kamery robią najazdy i zbliżenia i błyszczy Dom Pielgrzyma…
Запішыцеся беларусамі!
Do początku Narodowego Spisu Powszechnego w 2011 r. pozostało jeszcze siedem miesięcy. Już wiadomo, że to przedsięwzięcie będzie miało inny charakter niż poprzednio w 2002 r. Teraz pojawi się też m.in. pytanie o wyznanie religijne. Jednak rewolucyjnym novum jest to, że Główny Urząd Statystyczny planuje do tej akcji zaangażować znacznie mniej rachmistrzów. Poprzednio było ich 180 tys., teraz ma być ich tylko 20 tys. Oczywiście chodzi o mniejsze koszty operacji. GUS zamierza skorzystać z dobrodziejstw Internetu i szacuje, że większość osób tą właśnie drogą wypełni ankiety. Przed spisem zostanie przeprowadzona wielka kampania informacyjna, mająca zachęcać do tzw. samospisania. Można będzie także zrobić to, odpowiadając na pytania telefonicznie. Co więcej, w odróżnieniu od poprzedniego spisu wcale nie trzeba będzie spisywać wszystkich obywateli. GUS, jak twierdzi, jest w stanie podać w miarę dokładne wyniki, posługując się tylko próbą reprezentacyjną (metodami stosowanymi przez ośrodki badania opinii społecznej). Jej minimalna wielkość to 40 proc. spisanych (lub samospisanych) obywateli tam gdzie nie ma mniejszości narodowych oraz 60 proc. w gminach przez nie zamieszkałych. Inaczej mówiąc, GUS-owi nie będzie wcale zależeć zbierać informacji powyżej tych progów.
Zmienioną koncepcją są właśnie zaniepokojone mniejszości. Ich przedstawiciele 28 lipca na spotkaniu w Warszawie z prezesem GUS-u (zaproszono też przedstawicieli urzędów statystycznych ze wszystkich województw) stwierdzili, że w wyniku spisu może być sfałszowany obraz polskiego społeczeństwa. Najbardziej kontrowersyjne są bowiem pytania o narodowość. Każdy ze spisywanych będzie pytany o przynależność narodową i osobno o odczuwany związek z inną grupą narodową lub etniczną. Przy czym — przynajmniej na razie — odpowiedź na to drugie pytanie ma być nieobowiązkowa, a to oznacza, że przy podsumowaniu wyników spisu może nie być brana pod uwagę. Mniejszości wolałyby, aby odpowiedź na obydwa pytania była obligatoryjna i wkrótce sformułują wspólne stanowisko w tej sprawie. Kolejne spotkanie z GUS we wrześniu.
Przedspisową akcję uświadamiającą „Niwa” na swych łamach prowadzi już od kilku miesięcy. Na ten temat wypowiedzieli się już niektórzy przedstawiciele naszej mniejszości. Pytani o prognozy, najczęściej wyrażali obawy, że spis wykaże mniej obywateli narodowości białoruskiej niż poprzednio (48 tys.). Jedynie poseł Eugeniusz Czykwin stwierdził, że ta liczba wzrośnie, choć — jak zaznaczył — nieznacznie.
Sposobem na to, aby w naszym przypadku spis w możliwie dużym stopniu odzwierciedlał rzeczywistość, jest zachęcić i przekonać do tego jak najwięcej krewnych, sąsiadów, znajomych. I tak jak radzi „Niwa”:
1. jak najwięcej z nas powinno zostać ankieterami, by świadomie spisać swoją społeczność,
2. nie czekać aż przyjdzie rachmistrz, tylko jak najszybciej wypełnić ankietę — dla siebie i rodziny — za pomocą Internetu,
3. w kwestii narodowości odpowiedzieć tylko na pierwsze pytanie.
GUS póki co zaproponował pytanie o narodowość w takim oto brzmieniu:
A. Jaka jest Pana(i) narodowość?
(Przez narodowość należy rozumieć przynależność narodową lub etniczną — nie należy jej mylić z obywatelstwem)
1. polska
2. białoruska
3. czeska
4. karaimska
5. litewska
6. łemkowska
7. niemiecka
8. ormiańska
9. romska
10. rosyjska
11. słowacka
12. tatarska
13. ukraińska
14. żydowska
15. inna (podać jaka)
B. Jeśli identyfikuje się Pan(i) także z jakąś inną wspólnotą narodową lub etniczną niż wskazana w poprzednim pytaniu, to proszę ją określić.
