Strona główna » Czasopis » Nr 09/10 (WRZESIEŃ/ ВЕРАСЕНЬ 2010) » Odeszli...
Odeszli...
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Zbigniew Żakiewicz

Helena Głogowska

Był zwolennikiem idei Giedroycia

24 czerwca zmarł w Gdańsku Zbigniew Żakiewicz, prozaik i eseista, mocno osadzony w tematyce „kresowej”, a więc także i białoruskiej. Należał do grona tych polskich literatów, którzy Białoruś i Białorusinów znali z autopsji. Zbigniew Żakiewicz doskonale znał też język białoruski. Mawiał, że w jego oszmiańskich okolicach uformował się jego literacki wariant. Mimo że uważał się za Polaka kresowego, jak mało kto w Polsce rozumiał Białoruś z „jej wiernym ludem”. Wśród Białorusinów miał wielu przyjaciół. Najbliższym z nich był prozaik Janka Bryl, który w 1965 r. zapraszał Zbigniewa Żakiewicza na Białoruś, w swoje rodzinne strony. Pisarz odwdzięczał się tłumaczeniami jego opowiadań i uwiecznieniem go w swej twórczości. Przyjaźnił się także z profesorem Adamem Maldzisem. Korespondował z Sokratem Janowiczem. W „Czasopisie” publikował teksty o Julianie Sierhijewiczu, który był jego nauczycielem w 1944 r. (2002, nr 6; 7-8 ), o bandyckim napadzie na profesora Adama Maldzisa (2004, nr 2, s. 38-39) oraz o Janku Brylu (2006, nr 11, s. 23-25).

Zbigniew Żakiewicz był niezwykle twórczym pisarzem, który nie potrafił oderwać się od „kresowego” kontekstu. Urodził się w Wilnie 6 czerwca 1932 r. (po wojnie zmieniono mu w metryce rok urodzenia na 1933). Z urodzenia był więc wilniukiem — jak o sobie mawiał. Dzieciństwo spędził w Mołodecznie, w XVIII-wiecznym dworze Tyszkiewiczów, gdzie ojciec jako nadleśniczy i plenipotent Zdzisława Tyszkiewicza miał służbowe mieszkanie. Był świadkiem wkraczania wojsk sowieckich do Mołodeczna 17 września 1939 r. W latach 1941-1942 mieszkał z matką w Poniziu Tatarskim, majątku jej ojca Antoniego Oganowskiego, siedem kilometrów od Smorgoni. W lipcu 1944 r., gdy spłonął dwór Tyszkiewiczów w Mołodecznie, rodzina Żakiewiczów udała się do folwarku matki — Leonpole pod Krewem. Dwunastoletni Zbigniew rozpoczął tam naukę w szkole białoruskiej w Lenkowszyźnie, gdzie uczył go Julian Sierhiejewicz, białoruski poeta i patriota. Odwiedził go po latach, a następnie wspominał go w jednym z esejów oraz w opowieści z lat 1987-1993 „Wilio, w głębokościach morza”: „Zazwyczaj Siergiejewicz zaczyna po białorusku: „Dobry dzień, dziaŭczata i chłopcy...”. (...) Nasz nastaŭnik jest po polskich szkołach, zna się też na książkach białoruskich. Bo są też książki białoruskie! „Mało tego, królowie Polski i Litwy mówili i pisali po białorusku i w białoruskim wydawali różne statuty i uniwersały” — mówi Siergiejewicz. (...) Ot, co ja wam powiem: niepotrzebna nam ni Polsza ni Rasija. Białoruś — kraj bahatyj, i sól mamy swoją, i kierasin będziem mieć. Biada w tym, że my lud rzewny, cichy i skryty, po kątach lubiący sia chować. A jak znowuż ktoś nas swoją łaską obdaruje, dyk wtedy Białorus gotów za durnego Iwanuszkę być, z pańskiej ręki jeść — czy to polskiej, czy ruskiej. Wstydzimy się my swojej biedy, swojej Białorusi. Tak nie można, dzietaczki! I my swoją dusza mamy, tutejsza ona — białoruska. A kto swoja dusza nie kocha, ten się matki rodzonej wyrzeka. Głupi on, durak! I Polak jego kupi, i Ruski za morda jego weźmie i będzie miał za nic. Jak i on sam siebie ma za nic!” („Tryptyk wileński”, Gdańsk 2005, s. 357-358 ).

Julian Sierhiejewicz odkrył talent literacki Zbigniewa Żakiewicza, co ten odnotował potem w swej opowieści: „Nastaŭnik wchodzi do klasy. (...) Przynosi kupkę naszych zeszytów, zrobionych z czego się dało, popisanych atramentem własnego wyrobu. (...) „Dobry dzień, dziaŭczata i chłopcy...” — mówi. (...) Siergiejewicz kładzie zeszyty na stoliku. Jest zadowolony. (...) Nastaŭnik bierze zeszyt, poznaję „hrabiowskie papiery zszyte dratwą”, i zwraca się do mnie: — A z ciebie, Ryśka, to będzie białoruski poeta. Masz ty wyobraźnia i umiesz zobaczyć ptaka na niebie, i arbuz na grzędzie. Mówia ja tobie — poeta z ciebie będzie, wielki białoruski poeta. Tematem wypracowania był ogród warzywny” (s. 359-360).

Julian Sierhiejewicz był dla Zbigniewa Żakiewicza pierwszym poznanym Białorusinem-inteligentem, do tego piszącym wiersze. Pisał: „Dla nas białoruskość to był żywioł chłopski, mużycki, kierujący się groźnymi odruchami, ciężko spracowany. Ale też tworzący piękne wyroby, rękodzieła, samodziały, z tymi pieśniami chwytającymi za serce, które z podobnym natchnieniem wykonywały zaściankowe panny” (Julian Sierhiejewicz — mój białoruski nauczyciel, w: „Rosja, Rosja...”, s. 211).

W lutym 1946 r. w ramach tzw. repatriacji Zbigniew Żakiewicz wyjechał z matką do Polski na „wygnańczą gehennę” — jak sam przyznał. Po „badzianiu” się po Polsce — Łódź, Wrocław, Opole — w 1968 r. jako dr nauk humanistycznych, rusycysta, osiadł w Gdańsku.

Wielokrotnie pisał o kulturotwórczej roli białoruskości w esejach, publikowanych w latach 90. i na początku XXI w. w sopockim parafialnym dwutygodniku „Gwiazda Morza” i w „Kwartalniku Artystycznym”, próbując przełamać funkcjonujący w świadomości społecznej stereotyp „polskich kresów”. Jeszcze w połowie lat 60., po wizycie na Białorusi i spotkaniu z Janką Brylem, Adamem Maldzisem, Uładzimierem Karatkiewiczem i Uładzimierem Kaleśnikiem, pisał: „Uświadamiam sobie, że to, co tak bogato karmiło kulturę polską w okresie romantyzmu i jeszcze dziś owocuje w twórczości Iwaszkiewicza, Wańkowicza, Konwickiego, Odojewskiego — jest przecież dla mych towarzyszy nie żadnymi kresami, pograniczem, lecz centrum, bo o białoruskim ludzie mówił w „Dziadach” Mickiewicz, ukraińskim — Słowacki. Wyjeżdżam z Mińska z uczuciem żalu, że tak mało znamy współczesną kulturę białoruską — wciąż zapatrzeni we własny pępek, gdy spotykamy się z młodą kulturą i wciąż nieuleczalnie chorzy na nieodwzajemnioną miłość do starych nacji i kultur”. („Rosja, Rosja...”, s. 204).

W posłowiu do książki Nadziei Bittel-Dobrzyńskiej „Jak wiedźma Agrypicha znachorstwa mnie uczyła” (Gdańsk 1993), pisząc o Oszmiańszczyźnie jako miejscu akcji, stwierdzał: „To miejsce graniczne, miejsce wysoko podniesione ponad monotonię wielkiej równiny europejskiej było bogate w lud mieszanych kultur, religii i obyczajów. Podstawę etniczną stanowił lud białoruski, wciąż poszukujący swej tożsamości narodowej. Można z powodzeniem powtórzyć za Tadeuszem Łopalewskim („Między Niemnem a Dźwiną”), że lud ten był „najczyściej słowiański wśród innych plemion słowiańskich Europy Zachodniej, z kulturą rolną, w rozwoju swym nie bardzo daleki od form sprzed lat tysiąca”. Z takim ludem spotkałem się jeszcze podczas dzieciństwa spędzonego u podnóża Oszmiańszczyzny: w Poniziu dziadkowym, w Mołodecznie lub na samej Wyżynie Oszmiańskiej. (...) Obok zwartych, białoruskich wsi ciągnęły się tam szlacheckie zaścianki, tworząc Okolicę — polską z ducha, lecz rodowodu rozmaitego: byli to osadnicy tatarscy jeszcze z Witoldowych czasów, przybysze z Korony, spolszczone bojarstwo i starodawni Litwini. Miasteczka zamieszkiwała ludność żydowska. Majątki i folwarki były siedliskiem polskiej, nieraz jeszcze sarmackiej z ducha kultury, z Wańkowiczowskim poczuciem humoru i fantazją iście ułańską” (Oszmiańszczyzna, w: „Rosja, Rosja...”, s. 205).

Dzięki kontaktom z białoruskimi pisarzami Zbigniew Żakiewicz dostrzegał odrębność ich kultury oraz podmiotowość Białorusi i jej europejskość, skażoną sowieckością. Był cichym zwolennikiem idei Jerzego Giedroycia. Po jego śmierci pisał: „Należę do tego pokolenia kresowiaków, które historia posadziła okrakiem na barykadzie. Po jednej stronie była tradycja Polski Jagiellońskiej z legendą kresowych stanic, cywilizacyjnej misji Polski łacińskiej, odwiecznego trwania (bo przynajmniej od XVI stulecia) na Kresach, tych obrzeżach Rzeczpospolitej. Z drugiej zaś strony? Opuściliśmy Kresy jako nastolatki, lecz nasi rodzice i dziadkowie utrzymywali nas w przekonaniu o tymczasowości wyjazdu, nazwanego eufemistycznie repatriacją. To przekonanie trwało aż do okresu dojrzałości. Wówczas to zaczęliśmy pojmować, że nie można odwrócić biegu rzeki, że nikomu nie udało się dwa razy zanurzyć w tej samej wodzie. Oczywiście, skazywało to nas na konflikt z pokoleniem ojców, które wciąż szykowało nam powrót na ziemie zabrane przez Sowietów. Moje podróże na Wschód w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a szczególnie na Białoruś, Ukrainę i Litwę, nagle ukazały mi Kresy z tamtej, z ich perspektywy. Chociaż narody te przeżywały trudny okres sowietyzacji, to — przy całym sentymencie do czasów przedwojennych — wcale nie zamierzały powracać do starych układów. Chciały w nas mieć przyjaciół, jako dawnych współziomków, ale siedzących bezpiecznie za Niemnem i Bugiem. Dawne Kresy z ich punktu widzenia okazywały się nie Kresami, czyli obrzeżem polskiego centrum — ale Białorusią, Ukrainą, Litwą. Mimo to na spotkaniach autorskich, które za czasów PRL-u należały do stałego obrządku, jako pisarz kresowy nie ośmieliłem się mówić moim kresowym czytelnikom o Wilnie dla Litwinów czy Lwowie dla Ukraińców. W większości byli to ludzie z pokolenia moich rodziców i jakakolwiek próba trzeźwego, rozsądnego rozstrzygnięcia tego dylematu kończyła się konfliktowo. Znalazłem się więc w sytuacji podobnej do tej, w jakiej był Jerzy Giedroyc, który naraził się całej emigracji, przyznając konieczność uznania praw tych krajów do ziem niegdyś kresowych — jako podstawę realnej polityki wobec Wschodu. To właśnie Giedroyc od początku z uporem budował podwaliny dobrosąsiedzkich stosunków ze wschodnimi sąsiadami. (...) Dopiero po śmierci Giedroycia możemy ocenić wagę jego argumentów. To dzięki niemu Polska wychodzi zwycięsko z tej, nie przeczę, bolesnej, amputacji, jaką była utrata szczególnie Wilna, Grodna i Lwowa. Możemy tam powracać, ale tylko jako sprzymierzeńcy, bez chęci panowania, bo dla Litwinów, Białorusinów, Ukraińców prawdziwą groźbą unicestwienia wciąż jest Rosja, która nie może się rozstać ze swą imperialną, zaborczą mentalnością. Oni to dobrze rozumieją, natomiast w interesie imperialnej Rosji jest wzniecenie waśni polsko-litewsko-białoruskich czy ukraińskich” (Ziemia wielkiego pogranicza, w: „Rosja, Rosja…”, s. 215-217).

Po śmierci Janki Bryla pisał: „Z radia (niezawodnej w sprawach kultury „dwójki”) dociera do nas wieść o zgonie Janki Bryla. Polska prasa jakby nie zauważa odejścia człowieka tak ważnego dla zbliżenia białorusko-polskiego” (Ostatnie lata Janki Bryla, czyli diaboliczny grymas historii, w: „Rosja, Rosja...”, s. 229).

Pisząc o wspomnieniach Jana Bułhaka „Kraj lat dziecinnych” podkreślał: „Nie zapominajmy, że polska warstwa, tak żywotna kulturowo, stanowiła wąską grupę społeczną. Żywioł białoruski, szczuty przez carskiego zaborcę, otaczał Polaków morzem coraz bardziej niechętnym, choć nie tak wrogim jak na Ukrainie. I cała ta szlachta wywodząca się z białoruskiego bojarstwa czy z Tatarów, jak protoplasta Bułhaków, Bułhak syn Seida Achmeta z Krymu, czy Radziwiłłowie — miała za punkt honoru cytować, często żartobliwie, białoruskie powiedzonka i przysłowia oraz znać białoruskie przyśpiewki. Ze wzruszeniem odczytuję białorutenizmy starego Bułhaka, które zapamiętał w dzieciństwie: „horko zjeść, żal pakinuć” („trudno zjeść a szkoda wyrzucić”) lub „wołk sabaki nie baitsja, adno zwiahi nia lubić” („wilk psa się nie boi, tylko brechania nie lubi”), albo przyśpiewki o Apanasie, „katoryj wołki pas, a Katiaryna byczki”. Mój ojciec również uwielbiał białoruskie przysłowia, a jego przyśpiewki białoruskie zapamiętałem na całe życie. Jego teść, a mój dziadek, grzmiał na cały dwór, z białoruska piorunując służbę. Jego ulubione „abacz” (czyli: zobacz) stało się imioniskiem nadanym przez bliskich, stąd tytuł mojej opowieści o Poniziu — „Ród Abaczów” (Kraina lat dziecinnych naszych ojców i dziadów, w: „Rosja, Rosja...”, s. 234).

Twórczość literacka Zbigniewa Żakiewicza przesiąknięta jest białorutenizmami, zwłaszcza w dialogach, powiedzonkach i pieśniach. Zbigniew Bieńkowski w „Nowych Książkach” (nr 3) w 1994 r. pisał: „Wilcze łąki” i „Ród Abaczów” nie są porównywalne z czymkolwiek, co powstało w literaturze poświęconej Kresom. Nie są to typowe opowiadania, nie są to typowe utwory narracyjne. Żakiewicz wypracował bardzo własną formę wyrażania siebie. Narracja nie stroni od anegdoty, ale ma też funkcję sondażu, dochodzenia do prawdy, własnej, lecz nie sublimującej się egocentryzmem. W prozie Żakiewicza nie ma śladu cepelii. Tu obowiązuje surowość, rzetelność, tu nawet piękno ma własną twarz. Jest trwalsze i czas nie spłukuje jego rysów. Żakiewicz nie szuka korzeni, nie ma kłopotów z tożsamością. Wie, kim jest, wie, skąd jest. To skąd go nie opuszcza. (...) Broni swej rodzinnej ziemi, ziemi wileńskiej, ziemi polskiej, litewskiej, białoruskiej, przed inwazją niepamięci. Przyzywa na ratunek rodzimy język tej ziemi, w którym polszczyzna nie zmaga się, lecz sprzymierza z białoruszczyzną, aby wyrazić całą prawdę historii, psychologii i natury” („Tryptyk wileński”, s. 446).

W pamięci przechowuję kilka szczególnych spotkań ze Zbigniewem Żakiewiczem. 25 października 1998 r. z okazji 200-lecia urodzin Adama Mickiewicza gościliśmy w Gdańsku profesora Adama Maldzisa- oficjalnie w Nadbałtyckim Centrum Kultury i na Uniwersytecie Gdańskim. Były też spotkania nieoficjalne — u doktor Nadziei Bitel-Dobrzyńskiej oraz u Anny i Czesława Miękinów. W tym ostatnim uczestniczył też Zbigniew Żakiewicz oraz garstka gdańskich Białorusinów — poza mną — Irena Godończuk, Michał Kuptel, Halina Miękin-Urbanowa.

Inne spotkanie miało miejsce przy okazji sesji tłumaczy w Nadbałtyckim Centrum Kultury (w 1997 r.), kiedy to objawiły się nowe młode tłumaczki literatury białoruskiej w Polsce (Małgorzata Buchalik i Katarzyna Kotyńska), które nie bacząc na obecność na sali takich osób, jak chociażby Zbigniew Żakiewicz, śmiały twierdzić — jak to noworyszki — że nikt dotąd nie tłumaczył literatury białoruskiej w Polsce i nikt się na niej nie zna, i nikt nie zna języka białoruskiego, i że one też go nie znają, ale znają „bukwy”, a kto dziś w Polsce je zna. Tytułem testu rzuciły w stronę publiki pytanie: „Kto zgadnie, co to jest benzapiła”. I wtedy nie „ścierpiawszy wypowiadanych bzdur” Zbigniew Żakiewicz ryknął: „Jak to co? Przecież wiadomo, że to piła motorowa!”. Resztą komentarza podzielił się z siedzącymi obok, podając siebie jako przykład tłumacza literatury białoruskiej na język polski, o czym pewno młode tłumaczki nigdy nawet nie słyszały. Tak, jak i nie wiedziały pewnie kim jest dostojny starszy pan, który je publicznie speszył.

Ostatni raz spotkałam Zbigniewa Żakiewicza w Gdańsku 23 czerwca 2007 r. na odsłonięciu obelisku, poświęconego Jance Kupale. Już schorowany, przyszedł specjalnie „dla Kupały”, po burzy medialnej, która się rozpętała na łamach lokalnej „Gazety Wyborczej”. 3 kwietnia 2004 r. Krzysztof Katka napisał w niej artykuł „Kupała Kupale nierówny”, przedstawiając w nim zarzuty jednego z mieszkańców Gdańska przeciwko upamiętnieniu Janki Kupały. W obronie Janki Kupały stanął Zbigniew Żakiewicz. Zadzwonił do redakcji. „Mieszkańcy ulicy Kupały powinni być dumni, że na ich ulicy stanie pomnik poety o tym nazwisku — powiedział. — Janka Kupała był tym białoruskim poetą, który wyszedł z polskiej szlachty. Był łącznikiem między Polską a nową Białorusią, która w końcu XIX w. powstawała w oparciu o chrześcijańskie tradycje. Zasłużył się także dla naszej kultury jako tłumacz”. 4 kwietnia w tejże gazecie Krzysztof Katka zamieścił kolejny artykuł, „Żakiewicz: bądźcie dumni z Kupały”, przywołując wypowiedzi pisarza w obronie Janki Kupały. Zacytował w nim fragment z ostatniej książki Zbigniewa Żakiewicza „Rosja, Rosja…” (Gdańsk 2006): „W Moskwie w 1964 r. przebywałem na stypendium jako historyk literatury. Znany białoruski pisarz Janka Bryl zaprosił mnie na obiad do hotelu. Była jesień. Po obiedzie z gruzińskim koniakiem Janka Bryl niespodziewanie zaprowadził mnie na ostatnie hotelowe piętro, przy bocznym wejściu i wskazał miejsce, z którego w 1942 r. NKWD zrzuciło Janka Kupałę, pozorując wypadek. Ponieważ Mińsk był wtedy w rękach niemieckich, Janka Kupała przebywał w Moskwie. Stalin traktował go jak białoruskiego nacjonalistę. Dla nas jest istotne to, że tłumaczył Mickiewicza, Konopnicką, Syrokomlę” (K. Katka, Żakiewicz: Bądźcie dumni z Kupały, „Gazeta Wyborcza. Trójmiasto”, z dn. 4.04.2007 r., s. 3).

W czasie odsłonięcia obelisku Zbigniew Żakiewicz stał o lasce w tłumie, w cieniu ważnych gości. Przeżywał bardzo to polsko-białoruskie pojednanie. Wtedy podziękowałam mu osobiście i publicznie za „obronę Janki Kupały”. Zapraszałam go na wystawę, poświęconą Jance Kupale, którą otwieraliśmy w Bibliotece Głównej Uniwersytetu Gdańskiego. Nie obiecał, że przyjdzie, gdyż trudno mu chodzić.

W mojej pamięci na zawsze pozostanie jego stwierdzenie: „Jaką pani jest Białorusinką? Ja tu jestem prawdziwy Białorusin!”. Szkoda, że pozostawał z tą deklaracją sam dla siebie. Znając doskonale psychikę Białorusina, pisał o nim: „tajemniczy, skryty”. Takim w pewnym sensie pozostanie na zawsze w mojej pamięci także i sam Zbigniew Żakiewicz. Niezależnie od poczucia swej tożsamości należał do pokolenia, które rzeczywistość na ziemiach białoruskich pamiętało sprzed wojny. „Tu jeszcze człowiek nie przełknął adamowego jabłka samoświadomości, jest jeszcze szczery i bezpośredni, jest wprost — nie rozdzierany przez owo „ja” i „nie ja”. Jeszcze sam może być naturą” (Janka Bryl — Mińsk 1965 rok, w: „Rosja, Rosja...”, s. 203-204).

Zbigniew Żakiewicz, tkwiący kulturowo w tradycji „dziadów białoruskich”, w opowieści „Gorycz i sól morza” (Gdańsk 2000) pisał: „A teraz szliśmy, aby po czterdziestu dniach nawiedzić świeżą mogiłkę, gdy dusza ludzka przeszedłszy przez czas pustynny, poddana trzem ziemskim pokusom, oddala się niby błędna gwiazda w swe wszechświaty. Ale przedtem, po raz ostatni, musi musnąć o prochy, z którymi stanowiła jedność nierozłączną. (...) Nikt z nas nie potrafił wybąkać paru słów modlitwy, więc staliśmy tak w pewnym zakłopotaniu, zupełnie zdesakralizowani. Przez koronę sosny przemknęła bystra wiewiórka i wystawiając zza pnia łebek, z ostrym uchem i z wielkimi, wypukłymi ślepiami, w złości czy w zdziwieniu cmoknęła parokrotnie niby niemowlę ciągnące smoczek. Zgodnie pomyśleliśmy o tym samym i Wiesio wyciągnął z torby butelkę i jeden kieliszek. — Na pamin duszy — mruknął Kniaziejko, przełykając piekący płyn i rozglądając się się za jakimś „zakonszaniem”, bo oczywiście Kaszubi o kutii przyrządzanej z pszenicy, miodu i orzechów nic wiedzieć nie mogli. A tu tymczasem nawet kawałka kiełbasy nie ma. — Dziadów odprawiać oni nie nauczeni — pouczyłem Kniaziejkę. — A tym bardziej trapiezy” (s. 143-144). I dalej: „- Pani Ewelino, prawdziwe dziady tu odprawiać nie nauczone. Theatrum jakieś by się przydało... — zaczyna domagać się swego Kniaziejko. (...) — Nie tuży, bratok — mówi ciotuleńka. — Mamy winko na gorzkich ziołach robione, bo wiadomo, że według bożego rozkazu, kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie, mój kochanieńki” (s. 154). Ciotuleńka, w którą często wciela się pisarz, w „Goryczy i soli morza” snuje smutną refleksję: „Dochodzi do samozniszczenia nasz ludek białoruski. Podobno po pięćdziesiątce nikogo z mężczyzn tam nie znajdziesz: jeden w rowie — zamarzł, drugi na traktorze się rozbił, trzeci czwartemu łeb rozbił hołoblą, piątego spirytus spalił od środka. Rozdarty tam naród przez swoją dobrotliwość i „tutejszość”, co to mówi „Moja chata skraju, ja niczaho nie znaju” — a kołchozowe bisurmaństwo przez Ruskich twardo wprowadzone. Mówisz, że i ty w mózgowym rozdarciu byłeś, w jakieś czarne głębiny wpadałeś, gdzie odnalazłeś swego Boga. Musiał to być Bóg straszny. Nasza biedna Luśka, zanim całkowicie zwariowała, też coś o Bogu mówiła i to w ogromnej męce duchowej. Widać z tego, że dziwnymi drogami przychodzi do nas Bóg. Jedno jest pewne, jak mawiała twoja babcia Wandzia — kto za życia doznał piekła, ten nie trafi tam po śmierci. Tak czego tobie się bać?” (s. 188).

Pozostaje wierzyć, że dusza Zbigniewa Żakiewicza wróciła na rodzinną Białoruś, a być może niegdyś zbiałoruszczone tam zostaną jego opowieści i eseje, by na trwałe wpisać się w białoruską pamięć.

Był przyjacielem Białorusinów

9 lipca w Inowrocławiu zmarł Piotr Milchert. Spośród wielu znanych mi Polaków, przyjaciół Białorusinów i Białorusi, był on jednym z największych. Najlepiej ze wszystkich rozumiał Białoruś oraz złożoność jej losów i ludzi. Wszystko to zdawałoby się normalne, gdyby nie to, że śp. Piotr Milchert urodził się w 1936 r. w Wielkopolsce — w Nowym Tomyślu. W 1959 r. ukończył zootechnikę w Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu. Pracował w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Janocinie i w Kościelcu Kujawskim. Był humanistą, pasjonował się sztuką i zajmował się fotografią artystyczną. Działał w Inowrocławskim Towarzystwie Fotograficznym (latach 70. był jego prezesem).

O Białorusi dowiedział się od Jazepa Najdziuka, który jako Józef Aleksandrowicz osiadł po II wojnie światowej w Inowrocławiu. Tam też pracował i mieszkał do śmierci. Józef Aleksandrowicz zmarł 14 lutego 1984 r. Nad jego grobem przemawiał wówczas Piotr Milchert. Mówił o nim jako o zasłużonym dla Inowrocławia działaczu kultury. Mimo że wiedział o białoruskiej przeszłości zmarłego, informację o niej odłożył na lepsze czasy. W 1996 r. opublikował w „Gońcu Kujawskim” (nr 3, s. 17-22) artykuł o białoruskiej stronie życia Jazepa Najdziuka. Ujawnienie białoruskiej przeszłości Józefa Aleksandrowicza odbyło się za zgodą jego żony — Stanisławy, z którą Piotr Milchert pozostawał w przyjaźni po śmierci jej męża. Gdy dzięki Zbigniewowi Karpusowi, profesorowi Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dotarłam w maju 1999 r. do Stanisławy Aleksandrowiczowej w Inowrocławiu, pojawił się też u niej Piotr Milchert. To z nim jesienią tamtego roku odwiedziłam grób Józefa Aleksandrowicza na cmentarzu św. Józefa. Wtedy też zrodziła się idea upamiętnienia tablicą bytności słynnego Białorusina w Inowrocławiu. Początkowo myśleliśmy o umieszczeniu jej na domu przy ul. Ustronie 13. Wizyty w Inowrocławiu i spotkania z Piotrem Milchertem uświadomiły mi jego duże zaangażowanie społecznikowskie, wielką przyjaźń łączącą go z Józefem Aleksandrowiczem oraz jak szczerą ma chęć upamiętnienia jego imienia. Mimo przyjaźni Jazep Najdziuk nigdy o swojej białoruskiej przeszłości wprost mu nie powiedział. „Doniósł” mu o tym współpracownik służby bezpieczeństwa, oświadczając że Aleksandrowicz jest białoruskim nacjonalistą. Wtedy urósł on jeszcze bardziej w oczach Piotra Milcherta i odtąd uważniej słuchał jego gawęd o Białorusi. Nie pisano o niej w podręcznikach, więc skąd mógł o niej wiedzieć człowiek urodzony w Wielkopolsce.

W Inowrocławiu na przełomie wieków XX i XXI powołano specjalną komisję, która miała uczcić najważniejsze postacie, związane z Inowrocławiem w XX w. Jedną z czołowych był Józef Aleksandrowicz. Wielokrotnie snuliśmy z Piotrem Milchertem wizje jego upamiętnienia — nawet górnolotne, na szczeblu międzynarodowym. Rzeczywistość te nasze pomysły sprowadzała na ziemię — do polskich i białoruskich realiów. A ich realizacja nie była prosta — i z powodu polskiego nierozumienia Białorusinów, i z powodu złożonej sytuacji na Białorusi. Piotrowi Milchertowi przyszło się tłumaczyć przed społecznością Inowrocławia za niby „wydumaną” białoruskość ich zacnego współobywatela. Również i mnie przyszło się napisać do „Gońca Kujawskiego” o białoruskim okresie życia i działalności Jazepa Najdziuka. Ratowałam też Piotra Milcherta w Urzędzie Miejskim w Inowrocławiu, gdy 8 września 2003 r. odbyło się tam pierwsze posiedzenie Społecznego Komitetu Upamiętniającego Józefa Aleksandrowicza-Jazepa Najdziuka, któremu przewodniczył. Dlaczego mieszkał tu pod zmienionym nazwiskiem? Dlaczego nie wrócił na Białoruś? Jakie przewinienia miał na sumieniu? — padały w moją stronę pytania od władz miasta Inowrocławia.

Wspólnie z Piotrem Milchertem opracowywaliśmy scenariusz uroczystości z okazji 20. rocznicy śmierci Józefa Aleksandrowicza. W pamięci pozostało wiele rozmów bezpośrednich oraz telefonicznych. Na podstawie zachowanych listów odtwarzam, wypowiadane na papierze słowa:

11 listopada 2000 r.: „Pierwszą sprawą, którą musimy załatwić w Inowrocławiu, jest wmurowanie tablicy upamiętniającej życie i dzieło naszego Bohatera. To jest priorytet!!! W moich marzeniach wyobrażam sobie taką chwilę, że po zerwaniu szarfy biało-czerwono-białej i biało-czerwonej, Pani po białorusku wypowie słowa: „Dla przyjaźni między Białorusinami i Polakami”, natomiast ja: „Dla przyjaźni między Polakami i Białorusinami”. Tak bardzo pragnę, aby zaczątek naszej nowej, lepszej historii narodził się na dalekich Kujawach, a ożywczą iskrą była Postać i Dzieło Jazepa Najdziuka-Aleksandrowicza. Nie wiem jak Pani, ale ja coraz mocniej odczuwam, że oboje jesteśmy narzędziem ducha Pana Józefa”.

22 grudnia 2000 r.: „Pani osoba potwierdza moją tezę o cieple emanującym od ludzi z tamtej strony Wisły. Doznałem tego, gdy otrzymałem nakaz pracy na „Ziemiach Odzyskanych”. Gdyby nie oni, byłoby mi ciężko. Może tamto doświadczenie sprawiło, że to samo wyczułem u śp. pana Józefa i to nas zbliżyło. Wyznam Pani, że to, co u Aleksandrowicza było nadzwyczajne, to jego fascynacja dokonaniami młodych ludzi. Wówczas i ja do takich należałem. Osobiście tego doświadczyłem i dziś, gdy do młodych już nie należę, staram się wspomagać działania młodych. W tym zakresie czuję się kontynuatorem Aleksandrowicza. Również myślę, że on, choć znany z działań na rzecz współczesnego — XX-wiecznego Inowrocławia, przede wszystkim jest Wielką Postacią w historii Białorusi. Parafrazując, jest takim białoruskim Domeyką lub Pułaskim. Donoszę Pani, że 18 grudnia br. odbyła się w ogromnej sali (2000 osób) uroczysta sesja Rady Miasta Inowrocławia — na pożegnanie XX wieku i powitanie nowego. Czynna była przy okazji wystawa najznakomitszych inowrocławian w XX stuleciu. Wśród wybrańców był duży portret z podpisem: „Józef Aleksandrowicz — Jazep Najdziuk wybitny drukarz, twórca nowoczesnej poligrafii w Inowrocławiu, autor pierwszego podręcznika historii Białorusi, białoruski działacz narodowy”. Tak oto publicznie powiedziano prawdę o tym człowieku w miejscu, gdzie spędził większą część swojego pracowitego życia. Ale czy całą prawdę? Przemówcie Wy, białoruscy historycy! Jego życiorys — dzieje ziemskiej egzystencji, to przyczynek do zwariowanej historii stulecia, w którym przyszło i nam egzystować. Czy w przyszłym stuleciu spełni się wypowiedziane do mnie marzenie Jazepa Najdziuka o jedności Białorusi i Polski? Myślę sobie, że coś do powiedzenia mogą mieć ludzie o otwartych sercach i umysłach. Może Pani, może ja? (...) P.S. Cieszę się, że w Encyklopedii Hist.[orii] Białorusi jest biogram Najdziuka. Upraszam o ksero — jeśli to możliwe.

2 lutego 2001 r.: „Pismo (od sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika — przyp. H. G.), które przesyłam, świadczy, że czeka nas dłuższa „walka” o tablicę. Sądzę, że trzeba będzie gruntownie urzędasom wyjaśnić o co chodzi, że za sprawą kryje się ważna, czysta i pożyteczna idea. Wyakcentowanie określenia „podburzanie” jest fatalnie użytym słowem ze slangu policyjnego tamtego okresu. Upomnienie się o prawa — o równe prawa i godność — nie jest podburzaniem. Jeśli jest, to czym są wystąpienia pielęgniarek, lekarzy, górników i nauczycieli w III RP? Chyba nie podburzaniem! Trzeba to po prostu wyjaśnić. Proszę na razie jako BTH nie interweniować. Zrobimy to z Inowrocławia. Swoją drogą nie sądziłem, że będą takie kontredanse... Pani S.[tanisławy] (Aleksandrowiczowej — H.G.) nie informuję o toku sprawy, aby nie ranić serca”.

5 czerwca 2001 r.: „Szanowna Pani Doktor! Przed ponad miesiącem dowiedziałem się, że jestem terminalnie chory — mam raka złośliwego prostaty. Jestem w szoku. Niech mi Pani wybaczy, że moje zabiegi o upamiętnienie osoby i dzieła Pana Józefa nie są takie, jak dawniej. Mimo tego, sekretarz Urzędu Miasta zwrócił się o roboczą redakcję inskrypcji, którą przekazałem. Znaczy to, że w Urzędzie jest nadal wola erygowania tablicy. Będę tam 11 bm. i dowiem się co dalej. Ja przechodzę intensywną kurację. Przytyłem 5 kg, wzrosło ciśnienie, zawroty głowy i mam niebywałe bóle stawów. Prawdopodobnie przejdę serię naświetleń w Centrum Onkolog. w Bydgoszczy. Szczęście, że trochę sobie we łbie już poukładałem. (...) Ślę serdeczne pozdrowienia i wznoszę okrzyk: Polacy i Białorusini — kochajmy się!”.

13 kwietnia 2002 r. „Oto w końcu lutego odbyło się zebranie Tow. Miłośników Inowrocławia. Jego członkiem założycielem, a później długoletnim prezesem był Najdziuk-Aleksandrowicz. Na tymże zebraniu osobiście zgłosiłem wniosek o upamiętnienie osoby i dzieła naszego bohatera. Wniosek mój poddany przez prezesa Wnuka (b. prezydenta Inowr.[ocławia], a obecnie posła R.P.) pod głosowanie został przyjęty jednogłośnie. Mnie zobowiązano do napisania wniosku (oczywiście roboczego) do Rady Miasta o zgodę na upamiętnienie poprzez erygowanie stosownej tablicy. B. szybko ów wniosek napisałem wraz z uzasadnieniem i przekazałem go pod nieobecność Wnuka pani sekretarz Towarzystwa, mgr Dzikowskiej. W swojej naiwności sądziłem, że sprawa ruszyła z kopyta, bo znany Pani sekretarz miejski p. Piotr Strachanowski napierał, aby wniosek był rozpatrzony na sesji kwietniowej. (...) Myślę, że jeśli sprawa dojrzeje do realizacji, to dopiero w II półroczu. Przedstawiłem ją obecnemu prezydentowi miasta p. mgr. Domańskiemu. Zwrócił uwagę na koszty i dziurę bilansową. Oświadczyłem, że ja osobiście zbiorę potrzebną kwotę u inowrocławskich drukarzy, z których każdy ma wiele do zawdzięczenia Aleksandrowiczowi. Obecny właściciel drukarni, którą Al.[eksandrowicz] zbudował (F-ma „Pozkal” inż. Chęsego) sugeruje, aby tablicę umieścić na budynku drukarni, która jest niejako pomnikiem naszego bohatera. Ciekawe — trzeba to rozważyć... Jeśli chodzi o mnie, no to żyję — jeszcze żyję! To już 5 rok z moim robalem. Jest nieoperacyjny. Stosuję kurację hormonalną, która daje doskonałe rezultaty urologiczne, ale także fatalne skutki uboczne. Przytyłem 9 kg, mam b. częste „dołki”, obniżyła się moja sprawność intelektualna — zwłaszcza w pierwszym tygodniu po injekcji, którą otrzymuję co 4 tygodnie w naszym szpitalu. Ważne, że nie boli. (...) Jest Pani drugim przedstawicielem Narodu Białoruskiego, którego poznałem osobiście. Przez Was kocham Białorusinów i Białoruś. Szczerze boleję nad tym, że Wasze sprawy nie idą tak, jak marzył Jazep Najdziuk. Prawdziwa wolność to jednak trudna rzecz, bo wymaga i krwi, i mozołu i czasu. Jestem dobrej myśli. Mój przyjaciel psycholog — dziś uczony międzynarodowej sławy powiedział mi, że jak ktoś bardzo czegoś chce, to zawsze się spełni. Wy tego bardzo, bardzo pragniecie. Wiem to!!!”.

17 czerwca 2002 r.: „Dziś na posiedzeniu Komisji Kultury pozytywnie zaopiniowaliśmy imię Naszego Bohatera dla nowej ulicy w Inowrocławiu”.

26 czerwca 2002 r. „Proszę mi wierzyć, że sprawa upamiętnienia Józefa Najdziuka-Aleksandrowicza bardzo mi leży na sercu, ale wyczuwam narastanie niezrozumiałego oporu. Były prezydent, a teraz poseł, zaczyna się migać, chociaż w oczy świeci. Obecny prezydent nie bardzo wie, o co chodzi, chociaż przyrzekł sprawę poprzeć (nie jest inowrocławianinem). Wakacje się rozpoczęły i wszyscy w magistracie mają ździu-bździu w głowie. Przesyłam Pani projekt uchwały, którą zaopiniowała Komisja Oświaty i Kultury o nadanie nowej ulicy nazwy Józefa Aleksandrowicza. Jego imię miała nosić inna ulica — moim zdaniem „gorsza” i udało się wybrać ulicę ładniejszą, na której będą wille i ogrody. Gdyby ten akt miał zastąpić upamiętnienie, o które my się bijemy, to by było coś nie tak. Powinno być jedno i drugie, bo bardziej będzie oddawać uznanie dzieła życia bohatera dwóch narodów (nie boję się, że to patos!)”.

14 lutego 2004 r. w 20. rocznicę śmierci Józefa Aleksandrowicza świętowaliśmy uroczyste odsłonięcie tablicy memorialnej na byłej Drukarni Kujawskiej — wspólne dzieło Piotra Milcherta, społeczności i władz Inowrocławia oraz Białorusinów. Najpierw w kościele św. Józefa była msza w intencji Józefa Aleksandrowicza — Jazepa Najdziuka, potem składanie kwiatów na jego grobie. Wreszcie odsłonięcie dwujęzycznej tablicy na budynku drukarni „Pozkal” i zwiedzanie drukarni, otwarcie wystawy i sesja popularnonaukowa „Józef Aleksandrowicz — Jazep Najdziuk (1909-1984). Osoba i dzieło” w Galerii Miejskiej i Sali Koncertowej im. Ireny Dubiskiej. Wszystko dopięte na ostatni guzik, dzięki niespożytej energii Piotra Milcherta. Z udziałem władz miejskich, wojewódzkich, lokalnych działaczy, tłumnie przybyłych mieszkańców, w tym młodzieży oraz Białorusinów z Białorusi (historyk Świeta Słowik z rodzinnych stron Jazepa Najdziuka, bard Zmicier Bartosik z Mińska), z Wilna (Ludwika Kardzis z Muzeum Białoruskiego im. Iwana Łuckiewicza), z Białegostoku (pisarz Sokrat Janowicz, historyk Oleg Łatyszonek — prezes Białoruskiego Towarzystwa Historycznego, Jerzy Szulski), z Gdańska (członkowie Białoruskiego Towarzystwa Kulturalnego „Chatka”: Anna i Czesław Miękinowie, Aleksander Józefowicz, Irena Godończuk, Ksenia Kuklik, Maria Poluchowicz, Anna Sobecka i niżej podpisana), z Warszawy (Jerzy Turonek), z Łodzi (Mikołaj Dawidziuk) oraz Konsula Generalnego Republiki Białoruś w Gdańsku Michała Alaksiejczyka i rodziny Jazepa Najdziuka (córki Łucja z wnukiem z Wilna i Lucyna z synem Marcinem z Białegostoku). Wszyscy podziwialiśmy kujawską gościnność, szczodrość oraz poszanowanie dla Jazepa Najdziuka i Białorusinów. Nad wszystkim czuwał Piotr Milchert, który wówczas był już poważnie chorym człowiekiem. Dotychczas nie spotkałam się jeszcze z tak perfekcyjnie i z tak bogato oprawionym programem upamiętnienia działacza białoruskiego ani w Polsce, ani na Białorusi, ani na Litwie. Wszystko to świadczyło także o charyzmie i mirze Piotra Milcherta wśród inowrocławian.

W przeddzień Piotr Milchert „meldował” pełną gotowość do uroczystości. Późnym wieczorem odwoziliśmy do pokoju gościnnego przy drukarni Sokrata Janowicza. Nad drukarnią powiewała już białoruska flaga, którą wywiesił dyrektor drukarni „Pozkal” Tadeusz Chęsy. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że zamiast biało-czerwono-białej, specjalnie z tej okazji uszytej przez Marię Mackiewicz z Gdańska, w wieczornym świetle falowała czerwono-zielona. Mimo późnej pory (po godzinie 22.00) zadzwoniłam rozczarowana do Piotra Milcherta. Najwyraźniej obudziłam go. W słuchawce usłyszałam: „Niech się Pani nie przejmuje. Wszystko będzie dobrze”. W ciągu półgodziny zjawił się u nas dyrektor drukarni Tadeusz Chęsy, który przepraszał nas za flagę i obiecał, że rano będzie wisiała właściwa. Flagi biało-czerwono-białe wiózł w swoim samochodzie ówczesny konsul generalny Republiki Białoruś w Gdańsku Michał Alaksiejczyk. Mimo późnej pory dyrektor odnalazł go w hotelowym pokoju i zatrudnił żonę do zszycia dwóch flag w jedną. Rano nad drukarnią łopotała obok biało-czerwonej, biało-czerwono-biała. Dyrektor Tadeusz Chęsy podwożąc nas po uroczystościach na dworzec kolejowy, zapytał: „Czy może mi pani wytłumaczyć, o co chodziło z tą flagą? Gdyby pani wiedziała, ile zabiegów kosztowało mnie zdobycie flagi czerwono-zielonej, nie kazałaby mi jej pani zamieniać”. „Kazałabym — powiedziałam — bo inaczej Jazep Najdziuk przewróciłby się w grobie”. Nie było czasu na dyskusje i wyjaśnienia.

Mimo zakończenia wspólnej inicjatywy, związanej z upamiętnieniem Jazepa Najdziuka — Józefa Aleksandrowicza, pozostawałam z Piotrem Milchertem w bliskich kontaktach — listownych, a częściej nawet telefonicznych. Kilka razy odwiedziłam go w gościnnym domu w Inowrocławiu przy ulicy Słowackiego, gdzie rozmawialiśmy przy obiedzie, przyrządzonym przez jego dobrą żonę Genię, o zwyczajnych ludzkich sprawach — o rodzinie, o Białorusi i o Polsce. To dzięki Piotrowi Milchertowi zasmakowałam w jego domu w leczniczym soku z kwiatu czarnego bzu, aby potem robić go i w swoim domu. W sezonie zbioru przez kilka lat dzwoniłam i prosiłam o przepis. „Niech Pani wreszcie zapisze — powiedział za którymś razem Piotr Milchert — bo ja nie jestem wieczny”. Przy okazji rozmów wymienialiśmy uwagi o Polsce i o Białorusi. Piotr Milchert zabiegał o wydanie w Inowrocławiu historii Białorusi, napisanej przez Józefa Aleksandrowicza przed śmiercią, interesował się wydarzeniami na Białorusi, na którą my Białorusini, nie zdążyliśmy go zawieźć. Ciągle pytał, dlaczego białoruskie media w Polsce nie interesują się Jazepem Najdziukiem, dlaczego Biełsat nie chce o nim zrobić filmu, póki żyją ludzie, którzy go pamiętają, dlaczego nie zainteresuje się nim radio „Racja”. Przyznam — nie umiałam znaleźć odpowiedzi na te pytania, ale i nie chciałam przed nim rozwiewać mitu o dobrych „braciach Białorusinach”.

2 marca 2008 r. Piotr Milchert pisał: „Pani Heleno! Dalibóg — stoczyłem ze sobą bój okrutny. Czy wysłać załączony wycinek (o Józefie Aleksandrowiczu — przyp. H. G.) córce, czy Pani? Wygrała Pani! Zadecydowała o tym moja admiracja dla Braci Białorusinów... Jest to wynik mojej niesłabnącej fascynacji śp. Aleksandrowiczem-Najdziukiem i nadzieją, że Pani doprowadzi do wydania pracy o życiu i dziele tego syna narodu białoruskiego i ważnego Kujawianina ze zrządzenia losu. Rozmawiałem w wiadomej sprawie z Chęsym. Odesłał mnie AD CALENDAS GRECAS, bo teraz jest b. zajęty... Ale nie podaruję!”.

Gdy Piotr Milchert umierał, dzieło Jazepa Najdziuka akurat było w druku w drukarni „Pozkal” w Inowrocławiu...

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Pobierz inny obrazek...
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
czasopis.pl na Facebook