Strona główna » Czasopis » Nr 09/10 (WRZESIEŃ/ ВЕРАСЕНЬ 2010) » Od redaktora
Od redaktora
Jerzy Chmielewski
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Spór o to, czy Puszcza Białowieska cała lub nie ma być chroniona jako park narodowy, od początku śledzimy z uwagą i niepokojem. Ten unikatowy na skalę europejską las pierwotny jest bowiem nie tylko olbrzymim bogactwem przyrodniczym, ale i naszym historycznym świadectwem. Okołopuszczańskie tereny całe stulecia były ostoją tutejszej białoruskości i wiary prawosławnej. Tutejszej — unikatowej jak i sama Puszcza, bo ze specyficznym folklorem, w każdej wsi nieco innym językiem, własną drewnianą architekturą i krajobrazem. Ta tutejsza tożsamość zanika na naszych oczach. I to nie stopniowo, ale wręcz skokowo. To skutek przede wszystkim przemian cywilizacyjnych, ale i demograficznych. Po przeprowadzce autochtonów do miast w opuszczonych wsiach pozostali sami niemal staruszkowie. Nie ustaje napór ludności napływowej, przejmującej — głównie na cele rekreacyjno-wypoczynkowe — odwieczne siedziby białoruskie. Ci przyjezdni najczęściej nic nie wiedzą o lokalnej historii, niepolskiej kulturze i nie zależy im na zachowaniu miejscowej specyfiki. Świadomie bądź nie burzą harmonię tutejszego krajobrazu, na siłę wpychając do niego obce kulturowo bryły architektoniczne i współczesną tandetę budowlaną. Przykładem jest sama Białowieża, która stała się, niczym drugie Zakopane, celem wypoczynkowo-turystycznych wypadów i miejscem ekskluzywnych sympozjów i konferencji. Prawdziwe, jakże bogate, oblicze tej miejscowości pozostało już tylko we wspomnieniach, publikowanych w „Cz” przez Piotra Bajko. Niestety, żadna ze stron zaangażowanych w spór białowieski nic sobie z tego nie robi. A przecież nawet na chłopski rozum widać, że nie da się zachować naturalnego charakteru Puszczy bez jej rdzennej kulturowej otoczki. Mówiąc wprost — bez Białorusinów nie będzie to już żywe bogactwo, a jedynie bezduszny sztuczny relikt przyrodniczy. Dziwię się zatem samorządowcom przypuszczańskich gmin, że w targach z ministerstwem takiego argumentu wcale nie wysunęli. Domagając się w zamian za zgodę na poszerzenie Parku funduszy na inwestycje infrastrukturalne, mogliby przecież upomnieć się i o tutejszą kulturę białoruską. Ale może nie jest za późno i do listy potrzeb, takich jak oczyszczalnie ścieków, kanalizacje, instalacje solarne, likwidacja gminnych wysypisk śmieci, dałoby się jeszcze dopisać muzeum białoruskie w Hajnówce, dofinansowanie białoruskich imprez i wydawnictw czy też działań mających na celu zachowanie tradycyjnej architektury i krajobrazu. To są zresztą propozycje nie tylko pod adresem gmin okołopuszczańskich. Wszystkie samorządy naszego regionu ostatnio dość hojnie korzystają ze środków zewnętrznych, w tym funduszy unijnych, na inwestycje na terenie swych gmin. Z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich stosunkowo łatwo pozyskać pieniądze chociażby na remont świetlic. W naszych miejscowościach znajdują się one przeważnie w opłakanym stanie, mają powybijane okna i drzwi, przeciekające dachy. Bywam czasem w takich budynkach po remoncie — na stypach po pogrzebach i nabożeństwach żałobnych, sarakawych i rakavych, bo głównie do tych celów służą one teraz mieszkańcom. Nigdzie jeszcze nie napotkałem świetlicy, którą wyremontowanoby w zgodzie z miejscową tradycyjną architekturą. Za to wszędzie nawtykano plastiku ile tylko wlezie. Plastikowe okna, elewacja z sidingu, a wewnątrz takież panele na ścianach i podłodze… A przecież niezbędnym dokumentem przy ubieganiu się o dotację na ten cel jest tzw. plan odnowy miejscowości. Jest to obszerne opracowanie, które obowiązkowo musi zawierać rys historyczny, tradycyjne nazewnictwo i uwzględniać specyfikę terenu. Takie dokumenty przygotowują na zamówienie gmin wyspecjalizowane firmy i to za niemałe pieniądze. Mają gotowe szablony i zmieniają jedynie niezbędne informacje, zaczerpnięte nie zawsze z wiarygodnych źródeł i publikacji. Mimo to dziwi praktyka urzędu marszałkowskiego, który przekazując dotacje, nie konfrontuje projektów budowlanych z tymiż planami. Inaczej niż w przypadku obiektów zabytkowych, ale tam wszystkiego pilnuje wojewódzki konserwator.

Oprócz samorządowców i ekologów — ekoterrorystów, jak się ich ostatnio nazywa — stroną w białowieskim konflikcie są jeszcze leśnicy, których planowane poszerzenie Parku ponoć uderzy po kieszeni. Może nie tak po ich własnej, jak Lasów Państwowych, bo ograniczy wpływy ze sprzedaży puszczańskiego surowca drzewnego. To zresztą żaden argument, gdyż ten ubytek w budżecie giganta pozostanie pewnie niezauważalny. Jednak białowiescy leśnicy się uparli i straszą miejscowych drwali bezrobociem . Rzeczywiście, z wycinki drzew utrzymuje się całkiem sporo mieszkańców, nie tylko zresztą przypuszczańskich okolic. Niestety jest tu i druga — ciemna — strona medalu. Tak jak w rozgrywającej się na Mazurach mistycznej powieści Zbigniewa Nienackiego „Wielki las”, nasze leśne połacie pochłaniają śmiertelne ofiary! W połowie sierpnia zginął w lesie trzydziestokilkuletni mieszkaniec mego rodzinnego Ostrowia. Pracując w upalnym skwarze, śmiertelnie pokaleczył się piłą motorową. Była to już trzecia podobna tragedia w tych stronach w ciągu ostatnich kilku lat. Do śmiertelnych wypadków przy wyrębie lasu w regionie dochodzi coraz częściej, ale nikt jakoś nie bije na alarm.

Wracając do zawirowań wokół Puszczy, myślę że dobrze się stało, iż póki co zdecydowano się na rozwiązanie częściowe. Rozszerzenie Parku nie na cały obszar Puszczy, jak domagali się ekolodzy, a na razie na 35 proc. jej obszaru (obecnie 17 proc.) pokaże, czy obawy oponentów były zasadne. Samorządowcy zaś będą mieli czas do namysłu, co jeszcze można by wytargować od ministerstwa.

Zaangażowanych w spór ekologów taki bieg wypadków nie satysfakcjonuje i można ich zrozumieć. Jednak podjęta przez nich w odpowiedzi desperacka próba wyrugowania lokalnych społeczności z procesów decyzyjnych, gdy chodzi o „ogólnonarodowe dobro”, jest posunięciem dość radykalnym. Bo skoro takie mają być standardy prawne, to my z kolei postulowalibyśmy, aby na przykład o wprowadzeniu nazw dwujęzycznych miejscowości w naszym regionie nie decydowali sami ich obecni mieszkańcy, czyli prości, nieraz zastraszeni, staruszkowie oraz przyjezdni.

Паколькі ў школах вось-вось пачынаецца новы навучальны год, настаўнікам беларускай мовы трэба звярнуць увагу, каб у працы з вучнямі праяўлялі больш аўтэнтычнасці. Каб апрача беларускай літаратурнай мовы не забываліся пра мясцовыя гаворкі, перадавалі вучням веды пра мясцовы фальклор, гісторыю і традыцыю. З непакоем наглядаю на Беласточчыне постсаветызацыю беларускай культуры, што праяўляецца менавіта ў часта ненатуральнай мове, якую чуем у радыё- і тэлеперадачах ці ў час беларускіх імпрэзаў. Ну, і тыя ўсе аднолькавыя амаль, бо пашытыя ў мінскай фабрыцы, касцюмы нашых калектываў — яны ж аніяк не асацыююцца з тутэйшай традыцыяй. Як дырэктар Дому культуры ў Гарадку, я стараюся гэтай нядобрай з’яве супрацьдзейнічаць. Свайму калектыву „Каліна” з Залук я нядаўна дапамог пашыць касцюмы паводле даўніх мясцовых узораў. Ці хто іншы возме з нас прыклад?

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook