Strona główna » Czasopis » Nr 06/10 (CZERWIEC/ ЧЭРВЕНЬ 2010) » Coś
Coś
Tamara Bołdak-Janowska

Chcę coś napisać o katastrofie w Smoleńsku, ponieważ wiele osób oczekuje mego punktu widzenia. Chcę coś napisać o katastrofie w Smoleńsku w sposób niezależny. Chcę coś napisać z mego autsajderskiego punktu widzenia, ponieważ taki punkt widzenia uważam za najistotniejszy, a poza tym nijak nie ustawia mnie on na pozycji wyższej, jak to się mówi „ponad tłumem” (na to bycie „ponad tłumem” silą się niektórzy moi koledzy po piórze). Mój punkt widzenia jest zarazem uczestnictwem i od środka, i od zewnątrz, ale nie we wszystkim od środka — nie wtedy, kiedy środek to mózg tłumu. Rezygnuję z uczestnictwa, jeśli chłonięcie środka uszkadza mnie, jeśli bije w mój racjonalizm lub tożsamość. Pogranicze dobrze robi — tak się wyrażę, a następnie w odpowiednim miejscu powtórzę to zdanie. Sorry, że będę poruszać się po internetowych materiałach z brzydkimi wyrazami, ale nie mogę zostawić tych materiałów bez komentarza — powodują wzrost oszołomskich teorii spiskowych. Używam słowa „chcę”, ponieważ nie wiem, czy mi się uda spokojnie dobrnąć do ostatniego zdania. Rozmiar katastrofy z trudem mieści mi się w głowie, a teorie spiskowe są tak idiotyczne, że głowa nie tylko boli, ale zaczyna strzelać rakietami. Napiszę przyjemne i nieprzyjemne rzeczy.

Jak to jest, że u nas trzeba pisać, wyznając jakiś polityczny światopogląd i żadnych innych takich tam odlotów, może jeszcze wolnomyślicielskich?

Niewiele mam miejsca dla moich wolnych myśli.

Dobrze, że w ogóle mam.

Nie mam światopoglądu politycznego. Nie interesuje mnie taki światopogląd. Każdy światopogląd polityczny u nas ma charakter przeżytku — kolejny raz to stwierdzam, bo nie liczy się z tym, co nowe: z globalizacją, mieszaniem się ras i narodów, m.in. za sprawą uchodźców, w których ojczyznach toczymy stare wojny, rozmontowywaniem demokracji obywatelskich (a w to miejsce powoływaniem kapitalizmu z garstką właścicieli i z ogólną nędzą), itede, itepe. Nowych problemów mamy istny zalew. Prawdziwym zadaniem jest obrona demokracji obywatelskiej w tym zalewie.

Poza tym nigdy nie będę miała światopoglądu politycznego, ponieważ światopoglądy polityczne wymyślili mężczyźni dla mężczyzn, którzy żyją z przemocy — mówię poważnie. żadna z naszych partii nie traktuje kobiet ani ich problemów poważnie. Kobiety są dla naszych partii niewidzialne. Nawet Partia Kobiet nie widzi kobiet — widzi malutką ich część, tę młodą, zaradną, przebojową (te i bez partii poradzą sobie). Partia Kobiet jest z kolei niewidzialna dla pozostałych partii. Najwięcej kobiet polityczek jest w PiS — to też należy dostrzec (ze zdziwieniem?) w tej ogólnej niewidzialności.

Następny powód takiego mego podejścia do spraw: pisarstwo staje się beznadziejne, kiedy czuć go politycznym światopoglądem, i to w stanie gnicia, a każdy obecny polityczny światopogląd jest w stanie gnicia, albo inaczej — każdy światopogląd w 99% trąci mychą, albo jeszcze inaczej: każdy światopogląd polityczny jest jakimś neopoglądem, czyli bardzo starym, zużytym światopoglądem, uzdatnionym przy pomocy nowomowy. Mój światopogląd wyłożyłam w „Rzeczach uprzyjemniających — Utopii” i w całości składa się z żeńskiego marzenia o życiu szczęśliwym i wolnym. Samo życie składa się przeważnie z nieszczęść, choć są w nim momenty szczęśliwe — jakże to banalnie brzmi, ale tak właśnie jest, a wszystko to trwa krótko. Bo umieramy. Śmierć aż tylu osób ze świata polityki i osób z polityką nie związanych obchodzi mnie z ludzkich, a nie politycznych względów, co nie jest tożsame z brakiem obserwowania, co się dzieje u polityków. A dzieje się źle, ponieważ — jak to wyraził matka-kurka (internetowy komentator polityczny) — partie są to towarzycha, strażnicy własnych stołków, a nie politycy z prawdziwego zdarzenia, podejmujący decyzje polityczne.

A jakoś tak jest, że o katastrofie samolotu i o tym co po katastrofie należy się wypowiadać albo z pozycji PiS-u, albo z pozycji PO. Przynajmniej tak jest na forach i w mediach. Innej opcji nie ma? Litości. Wybory wyborami, ale o samej katastrofie należy mówić niewyborczo.

Nie przepadam za politykami i nie znoszę naszych mediów. I politycy, i media ignorują prawdziwe życie. Media wykluczają ludzi tzw. niemedialnych, a politycy wykluczają z życia społecznego setki tysięcy ludzi, skazując ich na zdychanie na bezrobociu i głodowych emeryturach. Nie ma w mediach miejsca na rzeczową dyskusję ani na kulturę, która nie byłaby pustą rozrywką. Nasze telewizje są zmałpowane z tzw. wolnego świata (już z byłego), w sposób karykaturalny, wręcz patologiczny. Jeśli przez dłuższy czas nie oglądamy „Wiadomości”, a następnie z ciekawości wysłuchamy, to bardzo wyraźnie ujrzymy, że to żadne wiadomości, że to patologia. Podobnie jest z innym programami. Nie muszę tłumaczyć głębiej.

Nie krytykowałam Lecha Kaczyńskiego, ponieważ media używały w stosunku do niego argumentów spalikociałych, które to spalikociałości są według mediów medialne. A bo był niskiego wzrostu na przykład. Takiego braku klasy nie mogłam i nie mogę uznawać za argument. Edith Piaf była jeszcze mniejsza, ale miała ogromny talent. Dziś nasze media uznałyby ją za niemedialną. Media po katastrofie oczywiście wrócą do braku klasy i rozrywkowości, do błazenady. Nie usłyszałam ani razu, ani raz ze strony mediów, merytorycznych argumentów przeciw Lechowi Kaczyńskiemu za jego życia. Otrzymywałam natomiast karykaturę argumentów i kompletny brak klasy. Prezydent po prostu okazał się dla telewizji przede wszystkim niemedialny. Maria Kaczyńska też była niemedialna. Za „zwykła”? Jak powiedziałam, jestem pozbawiona światopoglądu politycznego, a brak ten umożliwia mi mówienie o każdej naszej sprawie w sposób, jaki uznam dla siebie za najrozważniejszy, a być może przydatny dla wielu.

Wystawiałam moje rysunki satyryczne i m.in. rysunek „Bliźniaki”. Narysowałam jedną postać, po czym rozdarłam je na dwie równe części, odsunęłam je i nakleiłam na kartkę. Teraz po katastrofie rysunek nabrał innego znaczenia, egzystencjalnego. Tyle było z mojej strony udziału w losie bliźniaków, niekoniecznie naszych. Przyznaję, że mój rysunek po katastrofie robi wstrząsające wrażenie. I dobrze. To, co tworzymy, z czasem nabiera charakteru wstrząsającego, albo ma charakter doraźny, sezonowy, gasnący w ciągu pięciu minut. W każdym razie mój rysunek przetrwał czas i dostąpił metamorfozy znaczeniowej — stał się rysunkiem ze wszech miar tragicznym.

Coś zaobserwowałam podczas tygodniowej żałoby i po niej i o tym opowiem. Żałobę przeżywałam z osobistym udziałem, ponieważ zginęła tam osoba, którą znałam — abp Miron. Przed laty poznałam Go na Grabarce, a nasza rozmowa była dla mnie rozkoszą intelektualną. Osobisty udział w żałobie nie zwalnia mnie ani od myślenia, ani od notowania spostrzeżeń i w tracie żałoby, i po żałobie.

Zaobserwowałam coś strasznego: część obywateli żyje zacofanym strachem i daje temu wyraz w Internecie. Ktoś puścił filmik, amatorski, o tym, że tuż po katastrofie rozstrzeliwano tam ocalałych. Chyba nie ma w Polsce osoby, która by tego filmiku nie oglądała. I zaraz posypały się komentarze i szybkie tłumaczenia na język polski okrzyków z tego filmiku. Chodzi mi o te tłumaczenia. Na olsztyńskim forum w końcu wtrąciłam się w durną dyskusję i prostowałam tłumaczenia, ale zaraz potem ten wątek usunięto, więc wracam do sprawy tutaj. Wielokrotnie wysłuchałam okrzyków z tego filmiku i są to same przekleństwa, w rodzaju „piździec”.

A oto kilka przykładów na to, jak niektórymi ludźmi rządzi zacofany strach. Zwykłe rosyjskie przekleństwo w momencie zdziwienia, które dwukrotnie kończy ten filmik brzmi, „Ni chuja siebie”. Za tłumaczenie tego zwrotu, który codziennie słyszy się w rosyjskiej telewizji i gdzie ulega złagodzeniu na „ni figa siebie”, wzięli się partacze, którzy bladego pojęcia nie mają, o czym mówią, co puszczają w Internet. Po polsku znaczy to: „o ja cię”, wulgarniej „ja pier…lę”, „o kurne”, „o kurne mana”, itp. Możemy też powiedzieć „nieźle”. Sorry, że obracam brzydkimi wyrazami, ale skoro są w filmiku i skoro wiele osób hoduje w związku z tym śledczego świra… Moje zdumienie nie miało granic, gdy na olsztyńskim forum i na innych forach, ten banalny zwrot jakiś idiota przetłumaczył na „To im się nie uda” i na — uwaga — „ni chuja Sybir”. To ostatnie („ni chuja Sybir) wciąż wisi na Youtube. Toteż ja to prostuję w tym szkicu. Przestańcie bredzić. Nie znacie rosyjskiego nic a nic i jesteście żenujący w stopniu budzącym obrzydzenie.

Dalej. Okrzyk „idziem nazad, Kuźma” tenże idiota tłumaczy „idiem tu, kuźwa”. Kuźma to rosyjskie imię. Albo białoruskie. Innej opcji nie ma. Okrzyk poza tym mieści się w gwarze pogranicza białorusko-rosyjskiego, stąd to „idziem”. Jest „idiom” czy „idziem” — nie chce mi się już odsłuchiwać tej fonetyki, bo to jest raptem fonetyka pogranicza, ale prócz tych dwóch wersji innych opcji nie ma. Pogranicze dobrze robi — powtórzę tu moje zdanie. Inny idiota tłumaczy to na „ja wam dam”(sic!).

Ktoś dopatrzył się „ubijaj siuda” i „ubijaj tuda”. Osobom, znającym język rosyjski, nie muszę tłumaczyć, że takich zwrotów w języku rosyjskim nie ma. Nie ma słowa „ubijaj”. Ponadto Polacy, słabo znając język rosyjski, nieustannie mylą rosyjskie „sdies’” i „tam” z „siuda” i„tuda”, stąd te dziwolągi w tłumaczeniach. Litości!

Zacofany strach, który wywołuje osoba tłumacząca, kompletnie nieznająca języka rosyjskiego, każe się dopatrywać rzeczy nieistniejących.

A zacofany strach jest tylko zacofanym strachem z okresu rozbiorów, a na ten strach nakłada się jeszcze Katyń, jako miejsce kaźni. Mnie się na to nic nie nakłada, ja dobrze wiem, co słyszę.

Niech mi go szanowna „oglądalność” internetowa i telewizyjna nie krzewi. Prośba: przestańcie krzewić świra!

Jak to jest, że przez kilka osób w stanie wzmożonej niekompetencji rodzą się niestworzone historie, podchwytywane przez ludzi nieracjonalnych?! Jak to jest, że ludzie dają sobie wkładać do mózgu mózgi innych niekompetentnych osób?

Internetowi moderatorzy najpierw puszczali same podziękowania dla Rosjan za współodczuwanie żałoby, ale po żałobie natychmiast przystąpili do innego dzieła: puszczali i puszczają wyżej opisanego świra w stopniu przegiętym do niemożliwości! Wraz z tymi „tłumaczeniami”. Straciłam szacunek dla moderatorów na zawsze. Oni się bawią.

Świrujący wrzeszczą: „nie ma ciał”. Jakbyście znali język rosyjski, to byście weszli na reporterskie strony rosyjskie — tam były przerażające reporterskie zdjęcia z ciałami, to znaczy z sieczką, z miazgą ciał. Jedno z tych zdjęć ściągnęłam. Ktoś, kto lamentuje, że nie ma ciał, zielonego pojęcia nie ma, jak wyglądają ciała po katastrofie samolotowej. Zdjęcia z miazgą ciał co jakiś czas ukazują się jednak w Internecie. Można je obejrzeć.

Inna sprawa mnie przy okazji zastanowiła: wiadomości telewizyjno-gazetowe po drodze dostają wariacji i na końcu, zanim dotrą do „Wiadomości”, są już jedną wielką wariacją. Wariacji doznała wiadomość o tym, kto zdecydował o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Zwrot „być może Jarosław Kaczyński” zmienił się po drodze w pewnik. Nikt długo nie przyznawał się do tej pośpiesznej decyzji. Taka wstydliwa ta decyzja? Nikt się nie przyznawał, a potem następowało medialne przyznawanie się tędy owędy, półgębkiem. Czyli nadal jest to wstydliwa decyzja?

Ale następna sprawa. Uroczystości pogrzebowe były piękne. Kazania pełne klasy. Było normalnie, z udziałem duchownych innych wyznań, bez rusofobii. Tak jeszcze nie było.

Pochowaliśmy Polskę — taka myśl zajęła mnie na długo. Pochowaliśmy Polskę ksenofobiczną w pięknej długiej uroczystości — chodzi mi wyłącznie o charakter ceremonii żałobnej. Okazuje się, że biskupi mogą mówić mądrze, że można pięknie odśpiewać i pięknie zmówić liturgię, że w takiej postaci sacrum może stanowić część polskiej tożsamości, a patriotyzm nie wygląda tak strasznie, jak go przedstawiają media. Przemówienie Prezydenta ukazywało się w Internecie w dwóch wersjach. Podano, że pierwsza nie jest tą właściwą. Nie wnikam w to, która prawdziwa, a która nieprawdziwa, a może „poprawiona” przez kogoś tam. W obu wersjach jest mowa o tym, że w Katyniu zostali zamordowani obywatele Polski różnych narodowości i różnych wyznań. I to jest dla mnie niesłychanie ważne. Nareszcie. Nareszcie to usłyszałam w telewizji. Przemówienie to jednak zostało odczytane przez osobę prowadzącą strasznym tonem, strasznym głosem. Po co? Nie można było spokojniej, dorównując tonem do kazań? Dla mnie był to medialny dysonans w ogólnym pięknie.

Nie wypowiadam się po pochówku na Wawelu ani za, ani przeciw, gdyż lubię rzeczy piękne spoza światopoglądów politycznych, a ceremonia była piękna. I co innego, podkreślam, mnie interesuje, niezmiennie stale — interesuje mnie to, co dla siebie znajduję w przekazach medialnych, czy mogę w tym uczestniczyć jak wolna obywatelka wolnej obywatelskiej demokracji i czy nie kaleczy to mego rozumu. Jaki kto podtekst polityczny w to powkładał, nie obchodzi mnie. Obchodzi mnie, że pochowaliśmy Polskę ksenofobiczną. Czy tylko na chwilę?

Myśl, która mnie zajęła, zgasła w kilka dni po państwowej żałobie. Wiadomości z tzw. kanałów misyjnych kilkudniową nieumiarkowaną „przyjaźń polsko-rosyjską” w sekundę zamieniły na to samo, co było: nieumiarkowaną fobię i kabaret. Rozumiem, że telewizje to jeden wielki światowy koncern w dobie globalizacji i chcemy mieć w tym coś swego, telewizję publiczną, ale nie róbmy z niej farsy i skansenu. Chrońmy ludzi intelektualnych — tych naprawdę intelektualnych, których zawsze jak na lekarstwo.

Oby politycy nie zaczęli się rządzić w taki sposób, że katastrofę będą traktować jako zamach stanu, bo w istocie jest do zamachu stanu podobna, choć jest tylko katastrofą. A z komentarzy zagranicznych jasno wynika, jakie państwo czego od Polski oczekuje.

Niemcy oczekują polsko-rosyjskiego pojednania na wzór „niemiecko-polskiego”, a USA oczekują szybkiej prywatyzacji wszystkiego w Polsce, jak leci i w żwawym pośpiechu.

Państwa oczekują od polskiej katastrofy korzyści dla siebie — co widzę wyraźnie po tej reakcji amerykańskich mediów. Niemcy dają trochę luzu dla teorii romantycznych i poetyckich. Zagraniczne media stawiają również na „umocnienie PO” i „robienie przez Polskę poważnych interesów z Rosją”.

Umocnienie bez opozycji nie jest umocnieniem — delikatnie zauważę, proszę panów demokratów i liberałów. Polacy zadecydują. Co do drugiej sprawy: interes widzę taki na razie, że z czytelni Polityki zniknęła nareszcie „Wojna polsko-ruska”. Niebawem się pojawi.

Tydzień żałoby pokazał, jak szybko znika z uwagi to, co komercyjne, popkulturowe, bez znaczenia dłuższego, niż sezon w pękającej bańce.

Media zagraniczne mylą się w ocenie zbiorowego żalu Polaków. Spiegel się myli, kiedy pisze, że Lech Kaczyński stał się „polską ikoną narodową”. A nie. Polacy nie gromadzili się z takiego powodu. Gromadzili się, ponieważ system skutecznie rozbija więzi międzyludzkie, odbiera wspólne punkty odniesienia. I nagle ten wspólny punkt się wytwarza z powodu katastrofy o niewyobrażalnych rozmiarach — wszak tu nie chodzi tylko o Lecha Kaczyńskiego. Gromadzili się ludzie o różnych światopoglądach, a nie jedynie sympatycy PiS-u. Gromadzili się ludzie różnej narodowości i różnych wyznań, a także ateiści.

Myli się też medialny kolega po piórze, Pilch, kiedy mówi w telewizji, że Polacy uwielbiają takie sytuacje. Jakie sytuacje uwielbiają, kolego po piórze? Ogrom tej katastrofy uwielbiają? Nie żartuj i nie mów tak wąsko. Tu chodzi o zupełnie co innego, o coś nowego. O coś nowego i o katastrofę, stanowiącą precedens w skali globu i historii czasu pokoju.

Rosja obecna jest demonizowana w naszych wiadomościach misyjnych. A bo Czeczenia, tam zabijają. Dobrze, co my robimy? Co robimy w Afganistanie? To nasza wojna? Napisałam w jednej z książek, że utrzymujemy cudze wojny i zdania nie cofam.

Ale wspólny punkt — o tym jeszcze. Wspólny punkt, tragiczny, który gromadził nas, gromadził także Rosjan. Nie było to żadne „pojednanie” czy „początek pojednania”, jak ględzą dziennikarze. Znowu był to ten wspólny punkt w systemie, który rozbija więzi międzyludzkie.

Politycy nie spodziewali się aż tak gromadnego ruchu obywateli. Właśnie. Obywateli. Nie narodu, tylko obywateli. I nie dwóch narodów, tylko obywateli dwóch takich samych systemów — rozbijających więzi międzyludzkie. I okazuje się, że tak naprawdę do końca rozbić więzi międzyludzkich żaden system nie może.

Zobaczyłam obywateli. Nareszcie zobaczyłam obywateli.

Obywateli, pełnych klasy.

Wyraźnie widzę, że ten ogrom obywatelski bardzo niepokoi naszych polityków. Jedni skłonni będą uznać, że to z sympatii do PiS-u, a inni, że to wyznawcy PO gromadnie nawrócili się na PiS, a jeszcze inni coś tam innego zauważą — uwielbienie dla ceremonii żałobnych. A nie. Ludzie, gromadząc się, biorąc tłumny udział ceremoniach, nie tworzyli wiecu wyborczego. Tworzyli zgromadzenie obywateli wobec katastrofy, stanowiącej precedens.

I właśnie ten czynnik, obywatelskości, niepokoi wszystkich, którzy nie dorośli do demokracji.

Ktoś z tego tłumu wolnych obywateli powiedział: „Nagle zobaczyliśmy, że nie jest obciachem przyznawać się do polskiej tożsamości”.

Składniki polskiej tożsamości nie muszą być obciachem i nie są. Na obciach przerabiały go nasze kabaretowe media — ciągle będę wracać do tej patologii. Dziennikarze wyrywają z ust kawałki kazań, kawałki wypowiedzi polityków i podają to w formie drwiny, tworząc serial-farsę.

Z mego punktu widzenia, osoby dwukulturowej, o podwójnej tożsamości, widać więcej, znacznie więcej.

Przede wszystkim zobaczyłam miły mi widok: różnorodności wyznaniowej na czas wszystkich ceremonii. Jeszcze niedawno byłoby nie do pomyślenia, aby nasze media uznały, że Polska to kraj wielowyznaniowy. Owszem, telewizje informowały o świętach prawosławnych, ale tak na doczepkę, z musu. Tym razem wszystko było widać, jak na dłoni: Polska nie jest monolitem.

Obciachem jest medialne kreowanie monolitu.

Duchowni innych kościołów modlili się za prezydenta tej samej ojczyzny. I nie dlatego, że wielbili jego poglądy i sposób prowadzenia polityki, lecz dlatego, że był prezydentem tej samej ojczyzny i ze względu na to, że był prezydentem. Innego na ten czas nie mieliśmy.

Z mego punku widzenia, osoby dwukulturowej i o podwójnej tożsamości, tydzień żałoby wygląda inaczej, niż go widzą dziennikarze. Mnie obchodzi obywatelskość i dopuszczenie możliwości stałego życia w różnic zdań.

Piszę o tym, ponieważ mnie to żywo obchodzi i chcę, aby polska różnorodność stała się faktem, obecnym w mediach na zawsze. Jest to oczywiście marzenie ściętej głowy. A musi być?

Media pozostaną głupawo-rozrywkowe, nienadające się na żadną okazję.

Pozostaną męczące i obce. Obce w sensie: istniejące same dla siebie. Ludzie są naprawdę zmęczeni głupawą telewizją. Telewizje z zetknięcia się z katastrofą w Smoleńsku nie wyniosą lekcji innej niż zmęczenie.

Mój kolega po piórze, wymieniony wyżej, cóż on tam mógł powiedzieć. Jest zażyły z takim kształtem mediów, który mnie brzydzi i który brzydzi się mną. Tym się różnimy.

Dziennikarze usiłują podpinać żałobę 2010 pod żałobę po Janie Pawle II. Nie. Papież umarł, bo był stary, chory, a dramat 2010 dotyczył wielu tragicznych śmierci, prawie setki osób, w tym starych, dojrzałych i bardzo młodych, reprezentantów władzy, w tym najwyższej, i nie tylko władzy. Zginął ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Anna Walentynowicz. To różnica zasadnicza. Pod Smoleńskiem zginęli duchowni wielu wyznań i osoby z Rodzin Katyńskich. To druga zasadnicza różnica. Pod Smoleńskiem zginęli najwyżsi rangą wojskowi. To trzecia zasadnicza różnica. Pod Smoleńskiem zginęła Jaruga-Nowacka, a takiej drugiej już nie będzie. Zastąpi ją jakiś mdły mężczyzna.

Sytuacji dramat 2010 nie można podpiąć pod żadną podobną sytuację, gdyż podobnych w Polsce nie było.

Ta pierwsza śmierć gromadziła przede wszystkim tłumy wiernych. Ta druga gromadziła obywateli Polski.

Ta pierwsza gromadziła ludzi w różnym wieku, tych medialnych i tych niemedialnych. Ta druga również gromadziła ludzi w różnym wieku, tych medialnych i niemedialnych. Obie żałoby gromadziły dzieci, młodzież, dojrzałych i starców. W telewizji znaleźli się obok siebie ludzie w każdym wieku, dobrze i źle wyglądający. Obecność ludzi medialnych i niemedialnych w telewizji była czymś drogocennym. Tyle że trwało to lewie tydzień. Dziennikarze z roztkliwieniem mówili o obecności dzieci. A co, nie mamy dzieci w Polsce? Nagle dostrzegliście dzieci?

Dziennikarze usiłowali stworzyć „pokolenie JPII”. Co za beznadzieja. Jak dziennikarze coś wymyślą! Wyrwali jedynie samych młodych z tamtej pierwszej żałoby i nazwali „pokoleniem JPII”. A co z resztą?

Tym razem wyrwać jakąś (medialną) grupę z tłumu i nadać jej jakiegoś pokoleniowego imienia już się nie da. Bo byli to obywatele. Obywatele nie mogą mieć wyrywkowego charakteru i nie mogą mieć wspólnego imienia, różniącego się od słowa „obywatele”. Po dramacie 2010 nie da się już wyrywać ludzi z ludzi i stawiać na jakąś jedną grupę, polityczną, wyznaniową, czy inną.

Nie da się też na dłuższą metę forsować słowa „pojednanie narodowe”, ponieważ nie było takiego pojednania. Było bardzo szerokie manifestowanie obywatelskości niepojednanych, bo obywatelskość nigdy nie bywa pojednana, czy to się komu podoba, czy nie. Widzę, że politycy są tym zdumieni i nie mogą zrozumieć sedna sprawy: obywatele Polski do demokracji dorośli. Z tym dorośnięciem do demokracji obywatelskiej miałam do czynienia, gdy tworzyłam moją przedostatnią książkę-ankietę pod bezczelnie prowokującym tytułem „Co dobrego było w peerelu?”.

Zrozumiałam, tworząc tę książkę, że Polacy toczą sensowne rozmowy poza internetowymi forami, poza telewizją, poza gazetami. Sensowna rozmowa według mniemania naszych dziennikarzy, nie jest medialna.

Co jest sensowne dla nich — poglądziki głąbów, zadymiarzy i ta oglądalność przez takich samych?

Pojawia się pytanie po katastrofie: cui bono? Dla mnie odpowiedź jest jasna: musi być na korzyść demokracji obywatelskiej. Jeśli w kalkulacjach politycznych w grę wchodzi inna odpowiedź, to będę załamana.

Jeśli już w czasie żałoby i nazajutrz po żałobie politycy myśleli o „wyłonieniu wspólnego kandydata na prezydenta”, aby „jednoczyć się ponad podziałami”, to znaczy, że do demokracji nie dorośli, że nie zrozumieli zasady demokracji obywatelskiej.

Rosyjskie władze również zachowały klasę, to trzeba przyznać. Jednak „przyjaźń polsko-rosyjska” została w czasie żałoby nieznośnie w mediach przegięta.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Tamara Fic
Comment
...
Komentarz #1 wysłany 2010-06-29, 17:07:43
CYTAT:Prawdziwym zadaniem jest obrona demokracji obywatelskiej w tym zalewie.
dokładnie tak, zgadzam się w całej rozciągłości tego zdania, popierając nawet przerwy pomiędzy słowami...
Jednakże doświadczenie uczy, moje doświadczenie, że broniąc obywatelskiej demokracji, nawet w swoim maleńkim życiu, można je łatwo stracić....I wcale nie żartuję!
tamara bołdak-janowska
Comment
Wiem, Tamara wiem,
Komentarz #2 wysłany 2010-07-23, 08:53:50
że życie można łatwo stracić,kiedy walczymy o własną obywatelskość.Demokracje są rozmontowywane na oczach niedawnych obywateli w państwach U, a u nas jeszcze jej nie było. Tym bardziej rodzą się układy tu pan, tam niewolnik, tu nadludzie (bo czym są WIP-y?), a tam podludzie. Coraz bardziej czuję się podczłowiekiem. Proces ten stale się pogłębia.Po co to robić? Po co montować te "nowe porządki świata"? Dla garstki nadludzi? Dla podludzi w takich systemach jest jedynie ogłupiająca popkultura.Moje czarne proroctwa z tego eseju spełniają się w całości. Neoliberałowie "biorą wszystko". Każde neo jest dla mnie nie do przyjęcia.To już było i było złe. Mam zamiar przygotować mowę, którą zechcę wygłosić w naszym sejmie, jeśli mi na to mości panowie pozwolą.Kulturze ci neopanowie odebrali wszystkie pieniądze!!! SPP nie otrzymało ani grosza, a więc autorzy za spotkania ani grosza nie otrzymują. Czyli neoliberałowie zwyczajne chcą mnie zagłodzić.Nie. Ja się na to nie godzę, i będę się upominać o moje obywatelskie prawa, choćbym miała stracić życie.
karen
Comment
lekcja
Komentarz #3 wysłany 2010-08-03, 12:19:21
dzięki Tamara za piekna lekce pokory , za rozjaśnienie mego punktu widzenia , za tłumaczenia , za to ,ze chce Ci sie pisac tak madrze i pieknie ...
Tamara Fic
Comment
nie umrzesz, Tamara!
Komentarz #4 wysłany 2010-08-17, 14:46:27
Tamara, spokojnie..! chociaż wiem, jak trudno o spokój.
Pamiętasz nasze pierwsze rozmowy? Przepowiedziałam Ci Twoją pisarską Przygodę, i sprawdza się :-)
Zatem przepowiadam raz jeszcze: Ty swego życia w tej walce nie stracisz. Mówiąc skrótowo: Twoje Słowo zostanie, ich czołgi, ich armaty, ich miny wcześniej czy później zużyją się. Nie przetrwają. Są zła metaforą /!/ , a Słowo szlachetne zawsze przetrwa, zostanie. I JESZCZE MOCY NABIERZE.
A jakbyś potrzebowała CHLEBA w tym sejmie....to chętnie się podzielę!;-)
Daniel Paczkowski
Comment
Re: Coś
Komentarz #5 wysłany 2010-08-23, 00:18:01
Pani Tamaro,
Od kilku lat czytam Pani oryginalne artykuły w Czasopisie. Bez nich to pismo byłoby nadal dobre, ale Pani pisanie to perełka. I powyższy felieton dotyczący żałoby po katastrofie smoleńskiej należy do tych najlepszych. Dlatego, że jest od siebie. Oryginalny.
tamara bołdak-janowska
Comment
Chleba!
Komentarz #6 wysłany 2010-08-23, 12:17:46
Dzięki za mądre, a przede wszystkim za przychylne komentarze. To jest ten chleb.To najważniejszy dla mnie chleb. W papierowej wersji "Czasopisu" ten esej jest dłuższy i bardziej drapieżny, ale cieszy mnie skrócona moja obecność w Internecie. Ta katastrofa była i pozostaje przerażająca, choć obrasta błazenadą, cyrkiem, zbanalizowanymi idiotyzmami, pacanami, głąbami,medialną sieczką itede. Sorry, że tak mówię, ale tą szopą jestem przerażona. Ten dalszy ciąg katastrofy trwa i trwa w formie poniżej wszelkiego poziomu. Słuchajcie, medialni dziennikarze, dobrze się bawicie, prawda? Macie rozrywkowego naczelnika nad sobą, czy jak?
Czasopis.pl na Facebook