Strona główna » Czasopis » Nr 06/10 (CZERWIEC/ ЧЭРВЕНЬ 2010) » Od redaktora
Od redaktora
Jerzy Chmielewski
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Nie milknące echa kwietniowej katastrofy pod Smoleńskiem, kampania przed rozpisanymi na 20 czerwca przedterminowymi wyborami prezydenckimi i majowa powódź na południu kraju przesłoniły przypadające właśnie ważne dla Polski rocznice. To przede wszystkim 20-lecie samorządu terytorialnego, powołanego w wyniku przemian ustrojowych po pamiętnych wyborach z 4 czerwca 1989 r. Wydarzenia te znacząco zapisały się także w historii naszej społeczności na Białostocczyźnie. Już nigdy nie przejawiliśmy tak wielkiej aktywności, jak wtedy. W żadnych kolejnych wyborach nasi kandydaci, startujący z list białoruskich, nie uzyskali tak dużego poparcia, jak Eugeniusz Mironowicz do kontraktowego jeszcze Sejmu i Sokrat Janowicz do odrodzonego Senatu. Podobnie nie powtórzył się też ogromny entuzjazm, jaki w naszych gminach zapanował po pierwszych wyborach lokalnych z maja 1990 r. Do samorządów pod szyldem jednoznacznie białoruskim weszło wówczas bardzo wielu przedstawicieli naszej mniejszości. W bliskiej mi gminie Gródek z osiemnastu mandatów radnych siedemnaście przypadło kandydatom miejscowego Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego pod wodzą Leona Tarasewicza. Białorusini, choć otwarcie jeszcze się narodowo nie afiszując, objęli władzę niemal wszędzie, gdzie zwarcie zamieszkiwali. Niewątpliwie posłużyło to umocnienieniu białoruskiej tożsamości w naszym regionie.

W miarę upływu kolejnych kadencji ta swoista manifestacja stopniowo przygasała. Nie sprzyjały temu regulacje prawne, które w konsekwencji doprowadziły wręcz do likwidacji zasady reprezentatywności. O ile w początkowych kadencjach radni wybierani byli w okręgach jednomandatowych, to potem ordynacja zaczęła preferować już duże komitety, a w większych miastach wybory stały się areną rywalizacji partii politycznych. Szczególnie stało się to widoczne po reformie samorządowej, wymuszonej wejściem Polski do Unii Europejskiej. Działania radnych oraz wójtów i burmistrzów, choć wyłanianych już w wyborach bezpośrednich, zostały obwarowane licznymi odgórnymi regulacjami prawnymi, a najbardziej jakby na powrót scentralizowanym finansowaniem własnych zadań gmin.

Początkowo wielu samorządowców autentycznie szło do wyborów, aby „brać sprawy we własne ręce”. W naszym regionie znam gminę, gdzie wójt i radni w pewnym momencie postanowili uniezależnić się od rynku zewnętrznego. Skłonił ich do tego wysoki budżet, zasilany z podatków potentata, prowadzącego działalność na tym terenie. Włodarze ci postanowili tę falę pieniędzy w jak największym stopniu zatrzymać u siebie. Wymyślili, że inwestycje — budowę dróg, wodociągów, kanalizacji itp. — będą realizować własnymi siłami. Zaangażowali do tego gminny zakład gospodarki komunalnej, zatrudniając tam masę osób (aby likwidować bezrobocie) i pompując z budżetu miliony przede wszystkim na zakup specjalistycznych maszyn i urządzeń. Rozumowali logicznie, ale wkrótce takim innowacyjnym pomysłem zainteresowali się... funkcjonariusze CBŚ. W gminnej „firmie” szybko doszło bowiem do nadużyć i korupcji.

Wracając do spraw białoruskich, warto wspomnieć o do dziś nie zrealizowanym pomyśle naszego środowiska, dotyczącym powołania w Białymstoku Centrum Kultury Białoruskiej. Taki postulat przewijał się w programach Białoruskiego Komitetu Wyborczego przy każdych wyborach. Dziś wydaje się on coraz mniej realny, w czym się upewniłem po rozmowie, którą do tego numeru przeprowadziłem z dyrektorem departamentu kultury urzędu marszałkowskiego, Anatolem Wapem. Przypomnę, że centrum, o które zabiegaliśmy, miało być instytucją kultury, finansowaną z budżetu państwa bądź województwa. Odkąd jednak jesteśmy w Unii Europejskiej, takie inicjatywy są wprawdzie mile widziane, ale organizowane w zupełnie inny sposób — przez stowarzyszenia, fundacje. I nie w dużych miastach, ale na uboczu. Choćby tak, jak od trzech lat robi to Związek Młodzieży Białoruskiej, który remontuje budynek byłej szkoły w Szczytach w gminie Orla, adaptując go — za dotacje z MSWiA — na Centrum Edukacji i Promocji Kultury Białoruskiej.

Takim przykładem, ale na dużo większą skalę, jest też najnowsza inicjatywa Fundacji Pogranicze z Sejn, która pozyskała fundusze z Norwegii na odbudowę rodzinnego dworu Czesława Miłosza w Krasnogrudzie. Mieścić się tam ma Międzynarodowe Centrum Dialogu, które będzie prowadzić szkołę liderów w środowiskach wielokulturowych.

Z kolei olsztyńskie Stowarzyszenie Borussia powołało fundację, która zakupiła zabytkowy dom z zamiarem utworzenia w nim Centrum Dialogu Międzykulturowego. Środki na ten cel zbierane są m.in. z 1 proc. podatku.

I oto od jakiegoś czasu ja także jestem zaangażowany w podobną inicjatywę. Ubiegłej jesieni wespół z Sokratem Janowiczem, Leonem Tarasewiczem i Pawłem Grzesiem powołaliśmy w Krynkach Fundację Villa Sokrates. W jej ramach chcemy prowadzić ośrodek na rzecz kultury białoruskiej, choć nie tylko. Sokrat Janowicz niedawno przekazał na własność fundacji swój dom, w którym ta działalność będzie prowadzona. Jednym z priorytetów jest zachowanie, pielęgnowanie i propagowanie dorobku pisarza. Statutowe cele fundacji są dość szerokie, bo obejmują też ochronę kulturowego i przyrodniczego krajobrazu regionu, a także przełamywanie barier społecznych w naszym wielo(dwu)kulturowym społeczeństwie.

Będziemy organizować warsztaty, sympozja, wystawy, wydawać książki, a nawet własny periodyk, oraz prowadzić bogatą artystycznie stronę w internecie. To oczywiście tylko niektóre z naszych planów. Fundusze chcemy gromadzić, składając wnioski i oferty do donatorów, jak też z 1 proc. podatku (jako pierwsza w regionie tego rodzaju organizacja w białoruskim środowisku).

9 мая давялося мне пабываць на святкаванні Дня перамогі ў Вялікай Бераставіцы. Быў я ў складзе дэлегацыі ад самаўрада гміны Гарадок, якая ад многіх гадоў — яшчэ з часоў Народнай Польшчы — мае падпісанае пагадненне аб супрацоўніцтве з Бераставіцкім раёнам. Як госцю, дырэктару гарадоцкага Дома культуры, прыйшлося мне нават падняць тост. Як адзіны прамаўляў я да прысутных па-беларуску. На вобліках рускамоўных маіх слухачоў, у тым ліку ветэранаў з бліскучымі медалямі на грудзях, не заўважыў я ніякага здзіўлення. Ім надта даспадобы былі мае словы: „У вас і ў нас — адна гісторыя. У час другой сусветнай вайны мы былі разам, і перамога над фашыстамі сталася гістарычнай падзеяй для нас усіх, хаця пасля раздзяліла нас дзяржаўная мяжа”.

У тую сонечную нядзельку адчуваў я сябе, быццам нехта перанёс мяне ў савецкі час. Святкаваў увесь горад. Было больш урачыста, чымсьці на Вялікдзень. Дарэчы, нідзе не бачыў я святароў — ні бацюшкоў, ні ксяндзоў.

Хоць я і не пагаджаюся з такім савецкім падыходам у Беларусі да ўласнай гісторыі, то, у адрозненне ад некаторых польскіх палітыкаў, лічу, што кантакты з суседзямі і суродзічамі ўсё-такі трэба нам падтрымліваць.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook